12 niecodziennych rzeczy

#12niecodziennych – październik

03/11/2017

Wydaje się, że po wrześniowym letargu przyzwyczailiśmy się już do jesieni i wracamy do przygód związanych ze zbieraniem nowych doświadczeń. Październikowe podsumowanie #12niecodziennych to chyba tegoroczny rekord pod względem liczby słów. Rozsiądźcie się więc wygodnie i przeczytajcie, co takiego doświadczyłyśmy w ubiegłym miesiącu. Mam nadzieję, że i Wam udzieli się nasz entuzjazm i radość z poznawania siebie i świata.

Moje październikowe niecodzienności

Cztery lata temu Bartek i ja wybraliśmy się na wycieczkę objazdową po Niemczech, Belgii i Holandii. Nocowaliśmy wtedy w hotelach z sieci Accor Hotels i od tamtej pory jesteśmy jej wierni – czy to we Francji, Holandii czy Polsce wszystkie Ibisy trzymają się standardów, jest czysto, miło i… znajomo. Pierwszym przystankiem na naszej wyprawie był Poznań, który wtedy bardzo nas rozczarował – było zimno, ponuro i pusto. Kiedy więc Accor Hotels zaprosił nas do jednego ze swoich hoteli nie musieliśmy się długo zastanawiać. Była to doskonała okazja, by połączyć przyjemne z pożytecznym i odwiedzić Poznań. Z jednej strony chcieliśmy trochę odczarować to miasto, z drugiej – zobaczyć wystawę prac Fridy Kahlo i Diego Rivery, która od września gości w Centrum Kultury Zamek. Zaproszenie do hotelu Mercure Poznań Centrum potraktowaliśmy jako weekend tylko we dwoje, co oznaczało pierwszy wyjazd bez Mai na tak długo. Ugoszczono nas w wygodnym Pokoju Podróżnika, gdzie rozkładając się na wygodnym łóżku ze szklaneczką powitalnego piwa mogliśmy zatopić się w lekturze przewodników i książek o Poznaniu. Sam pobyt w hotelu tak wysokiej klasy był wyjątkowym i przyjemnym doświadczeniem. Od czasu do czasu warto zdać się na opiekę innych, skorzystać z room service czy leniwie zjeść pyszne pięciodaniowe śniadanie.

Te trzy dni obfitowały w niecodzienne doświadczenia. Najpierw spacer po Poznaniu, który okazał się fantastycznym miastem, zupełnie nie jak to, które zapamiętaliśmy. Potem odkrycie przyjemnych knajpek, które poleciliście mi na Facebooku i Instagramie (Dziękuję!). Wystawa prac Fridy i Diego była wyjątkową odskocznią od codzienności – mimo że prac samej malarki było niewiele, to cały kontekst (w tym sala poświęcona wystawie sztuki meksykańskiej z 1958 roku) sprawił, że wyszliśmy nie tylko zadowoleni, ale i pełni nowych wiadomości o świecie. Na sam koniec weekendu rzutem na taśmę udało nam się spotkać ze wspaniałą Kasią Wągrowską, która nie tylko podzieliła się z nami swoimi doświadczeniami z pisaniem książki czy prowadzeniem biznesu, ale i pokazała, gdzie w Poznaniu można wypić dobre piwo. Poznań został odczarowany.

Nie lubię wesel. Nigdy nie przepadałam za hucznymi imprezami na wiele osób, przesiadywaniem przy suto zastawionym stole i uciekaniem przed udziałem w głupkowatych zabawach. To październikowe wydarzenie było jednak wyjątkowe. Ślub brał siostrzeniec, moje najstarsze “dziecko”. Jak na starą ciotkę przystało pół ślubu i wesela przepłakałam ze wzruszenia. Przecież jeszcze niedawno był taki malutki, a teraz stał się mężem! I to jeszcze takiej pięknej dziewczyny. Ach, co to był za ślub, chciałoby się rzecz. Naprawdę, było fantastycznie. Wszyscy genialnie się bawili. Nie było żadnych awantur, bijatyk, nikt się nie upił, wszyscy tańczyli i poznawali się z nową rodziną. Na takie imprezy mogę chodzić.

(Dostałam wiele pytań odnośnie sukienki. Po kilku miesiącach poszukiwań zdecydowałam się na taką z Zalando.)

A jakie niecodzienne doświadczenia zebrały inne uczestniczki naszego wyzwania?

Karolina

pinchofsalt.pl

W ramach 12 niecodziennych udało mi się odwiedzić koncert nie byle kogo, bo “samego” Davida Garretta. Nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu od niedawna pracuję w branży związanej z szeroko pojętymi wydarzeniami muzyczno-kulturalnymi, ale bilety VIP dostałam od chorej koleżanki, dwa dni przed koncertem. Nie miałam pojęcia kim David jest (David Garrett? Brzmi jak David Guetta), dopóki moja koleżanka z biletem i życzeniami dobrej zabawy nie teleportowała się do łóżka leczyć zapalenie płuc.

Jak podobał mi się koncert bez wokalisty? Cóż, był świetny! Garrett to utalentowany skrzypek, który umiejętnie łączy granie klasyków z interpretacjami popu, rocka czy nawet metalu. Do tego to urodzony showman i słodki optymista. Jego interpretacje “Lose Yourself” Eminema czy “Killing in the Name of” Rage Against The Machine na stałe dołączyły do mojej playlisty.

Żeby jednak nie było za słodko – nie wiem czy to starość, moje minimalistyczne podejście, czy coś innego, ale byłam zbulwersowana zachowaniem dobrej połowy siedzących koło mnie na płycie słuchających. Co druga osoba… nagrywała cały koncert telefonem. Mając artystę na żywo tuż przed nosami, woleli obserwować go przez ekraniki smartfonów niż po prostu skupić się na tym, jak przeżyć muzykę na żywo. Nagrywanie z fleszem włączonym w telefonie, kilkanaście telefonów uniesionych wysoko jeden obok drugiego- to skutecznie psuło mi przyjemność płynącą z koncertu. A ci wpatrzeni w Davida przez telefony stracili większość niepowtarzalnej atmosfery. Apeluję – bądźmy bardziej tu i teraz, odłączmy się na chwilę od telefonu. Pokażmy, że nie tylko mamy kilkaset złotych do wydania na bilety, ale wiemy, jak zachować się w takim miejscu i posiadamy odrobinę kultury. Po koncercie zostałam wielką fanką grzywny za przeszkadzanie innym namolnym nagrywaniem. Skoro nie można wnosić aparatów, może następnym krokiem będą panie, które zasłaniają widok swoim wielkim tabletem?

Iza

Miesiące zaczynają upływać mi coraz szybciej, pewnie w związku z tym, że pomieszkiwanie w nowym mieszkaniu wiąże się z ciągłym planowaniem, ustawianiem, zmienianiem, doposażaniem itp., a to potrafi człowieka mocno zająć. Najbardziej cieszę się, że w tym miesiącu udało mi się stworzyć (poniekąd własnoręcznie) taką ławę kawową, jaka mi się marzyła, a jakiej w sklepach nie znalazłam. Połączyłam blat ze znanej meblowej sieciówki z zamawianymi w internecie drewnianymi nogami, które pomalowałam częściowo na biało. Wyzwaniem było znalezienie odpowiednich okuć do nóg, ale wszystko się udało. Przerobiłam też komodę z szufladami, zastępując jej brzydkie czarne kółka drewnianymi nóżkami, tak aby całość pasowała do mojego minimalistycznego wystroju.

Październik był też bardzo intensywny kulinarnie, wciąż testuję nowe przepisy – tak aby były sycące i wartościowe, ale nie wymagały mnóstwa pracy. Przetestowałam tunezyjską szakszukę i placuszki budyniowe z bananami.

Jeśli chodzi o odkrywanie nowych miejsc, to ograniczyłam się do chodzenia po nieznanych mi uliczkach mojego osiedla – w ten sposób odkryłam piękny, zabytkowy budynek poczty z końca XIX w. Ale byłam też- wprawdzie służbowo – na drugim końcu Polski, na słabo mi znanej Suwalszczyźnie, tuż przy granicy z Litwą. I zachwyciłam się, zwłaszcza że wokół panowała piękna, kolorowa jesień.

Największe nowinki październikowe? Poszłam na pierwsze zorganizowane zajęcia jogi i planuję je kontynuować. Byłam też na lokalnym Jarmarku Jadwiżańskim – nie przepadam za tłumami i tą specyficzną atmosferą, ale przy okazji zaszłam do leśnickiego Zamku i obejrzałam bardzo ciekawą wystawę malarza Rocha Urbaniaka. Warto było!

 

Emilia

every-day-matters.weebly.com

Październik-brzydka pogoda w Krakowie, było tylko kilka ładnych dni. Zupełnie jakby pogoda chciała podrażnić nasze pragnienie słońca, a później odwróciła się do nas plecami i znowu zaczęło padać. Prawie cały październik przechorowałam. Jednak mimo tych niesprzyjających okoliczności ten jesienny miesiąc na długo zostanie mi w pamięci.

Po raz pierwszy w życiu brałam udział w profesjonalnej sesji zdjęciowej. Szłam tam z lekką obawą, że wydaję pieniądze na nic, że znowu wyjdę źle na zdjęciach. Okazało się zupełnie inaczej. Ponadto to był przemiły czas. To był czas dla mnie, taka przestrzeń, którą zrozumieją chyba tylko kobiety. Nie chodziło tylko o połechtanie mojego ego, ale o to, że podniosłam swoje poczucie wartości. Jak człowiek zaczyna wierzyć w siebie to od razu chce mu się działać i po prostu żyć.

Drugie doświadczenie to warsztaty kulinarne – prezent od mojego męża. Jak widać, idealny prezent dla minimalistki. Mało tego, że fizycznie było to papierowe zaproszenie w kopercie, to jeszcze samo zaproszenie musiałam oddać na warsztatach. Czyli w domu fizycznie nie zostaję nic, a w głowie i sercu zostaje wiedza, wspomnienia, no i pyszne jedzenie w żołądku. Były to wegańskie warsztaty kulinarne inspirowane indyjską kuchnią. Nauczyłam się tam robić zupę kokosową od podstaw. Chociaż gotowanie to moja codzienność, to np. miałam okazję skorzystać z przypraw których nigdy jeszcze nie odważyłam się kupić. Znałam liście kafiru, ale to zupełnie inna jakość, jak można trzymać je w dłoni i wdychać ich piękny cytrynowy aromat. Do tego wychodzenie ze swojej strefy komfortu. Kuchnia to moja samotnia, pustelnia, a tu naraz przyszło mi gotować z kilkunastoma obcymi mi osobami. Dobrze jest czasami zmierzyć się z samą sobą i odnaleźć w niekomfortowych warunkach.

Ola

punktstwarzania.wordpress.com

 

Seks, alkohol i narkotyki nie stały się wprawdzie tematem przewodnim moich blogowych doświadczeń w październiku. Stało się nim natomiast coś o podobnych efektach jeśli chodzi o dawanie przyjemności, tyle że zupełnie bezpieczne i bez post-używkowej traumy. W wyniku wprowadzenia 30 dniowego treningu podnoszenia wibracji śmiechem zaczęłam – śmiać się tak że aż brzuch boli, turlać się, kwiczeć i chrumkać. Dowiedziałam się też, że aby zostać komandosem uśmiechu, trzeba przezwyciężyć opory przed – niepoważnością, śmiesznością i frywolnością.

Poza tym poszerzyłam mój zasób wiedzy o informacje dotyczące śmiechoterapii i jej efektów, dowiedziałam się między innymi, jak długo trzeba się śmiać, żeby trafić do księgi rekordów Guinnessa i z jakiego kraju pochodzi aktualny mistrz. Moje zmagania z uwalnianiem energii śmiechu opisałam na Punkt Stwarzania. Jeśli po przeczytaniu tego tekstu nadal się nie uśmiechasz, to może warto coś z tym zrobić?

***
Czy w październiku spotkało Was coś równie niecodziennego? Jakieś podróże, nowe smaki, ciekawe warsztaty, nowe książki? Proszę, podzielcie się wszystkim w komentarzu.

Przeczytaj także

  • Naszą niecodziennością był włoski urlop, 14 dni na południu Italii. Nowe miejsca i smaki, wiele spotkań i rozmów, masa inspiracji. Właśnie dlatego uwielbiam podróże.
    Drugą, już niewłoską nowością, była przeprowadzka (dlatego ten miesiąc minął mi jak szalony!). To niesamowite jak zmiana miejsca mobilizuje do bezlitosnych porządków i pozbywania się zbędnych rzeczy!

    • Przeprowadzka oznacza wiele zmian, oby tylko na lepsze! Mam nadzieję, że w listopadzie podzielicie się wrażeniami z włoskiego urlopu dorzucicie zdjęcia na ocieplenie klimatu ;)

  • Ruda

    1. Zdecydowałam się pójść na jogę i bardzo mi sie spodobało. Bałam się, że wynudzę się jak mops, ale te ćwiczenia bardzo mi odpowiadają. I tak chodzę raz w tygodniu na zajęcia, a 2-3 razy w tygodniu ćwiczę w domu z filmikiem z youtube.
    2. Nie poszłam na studia filologiczne. Po tym jak chwaliłam się tu miesiąc temu, że idę… Okazało się, że moja szkoła wyższa nie zdołała zebrać na mojej specjalizacji wystarczającej liczby osób i studiów nie będzie. Zaproponowano mi studia on-line (filologia on-line?) ale mam już pracę online i się nie zdecydowałam. Mąż mówi mi, abym się zastanowiła, czy za rok nie pójść na studia zaoczne na UŚ (najbliżej mojego miejsca zamieszkania), ale nie wiem, czy podołam. Może ktoś wie – jaki jest poziom na zaocznych na filologii angielskiej?

    • Przykro mi z powodu studiów… Ale może tak miało być? ;) Zawsze podziwiałam osoby, które zdołały studiować zaocznie pracując w tygodniu.
      Kiedy prowadziłam zajęcia ze studentami na niestacjonarnych zawsze miałam wrażenie, że materiału jest strasznie dużo, a czasu niewiele (szczególnie, że program na zaocznych teoretycznie powinien pokrywać się ze stacjonarnymi). Bywało, że cały program jednego przedmiotu musiałam przerobić na jednym zjeździe, co często odbijało się na jakości… Wszystko zależy od siatek i rozkładu zajęć. Może przyjrzyj się planom tego roku i lat poprzednich? Jeśli anglistyka to Twoje marzenie, to warto je spełnić :)

      • Ruda

        Też to sobie tak tłumaczę – może tak miało być. Staram się to sobie rozpracować: po co mi te studia? Może zamiast tego zrobić sobie jakiś dobry intensywny kurs języka. Opcją byłoby też zmiana pracy na taką, gdzie muszę używać angielskiego – nawet w pobliżu szukają prawnika z angielskim i niemieckim, ale ja nie chcę zmieniać pracy, więc opcja” połącz pracę z tym, co lubisz” odpada.
        Co do planów, to niestety nie jestem z nich w stanie wyczytać, ile to zajmuje czasu. Ok, moje studia też były wymagające, ale nikt nie jest w stanie mi powiedzieć – poziom trudności x%…
        Tyle pytań, żadnych pewnych odpowiedzi :)

    • To zależy, co rozumiesz przez poziom. U mnie (na ponoć jednej z lepszych fil. angielskich w kraju bo na UW) prowadzący zawsze podchodzili krytycznie do studentów zaocznych/wieczorowych, komentowali w połowie semestru że “no tak, tutaj się zatrzymamy się z tym przedmiotem ze studentami z prywatnej uczelni/zaocznymi bo i tak to będzie dla nich za trudne żeby zaliczyć bo to banda matołków haha”… pozostawię to bez komentarza, ale takie podejście było dość standardowe niestety.

      Jeśli chcesz znać angielski to nie marnuj czasu na anglistykę, bo się go na niej nie nauczysz. Nauczysz się raczej rzeczy takich jak: czemu liczba mnoga od ox to oxen, jakie są tropy w Wielkich Nadziejach Dickensa, będziesz rozwiązywać zadania fonologiczne w języku węgierskim, albo uczyć się, dlaczego owce miały decydujący wpływ na gospodarkę Wielkiej Brytanii ;)

      Pozdrawiam, niedoszła doktorantka anglistyczna. Jakby coś, to pytaj.

      • Ruda

        Na moich studiach też podchodzono z rezerwą do studentów zaocznych. Tak to chyba wszędzie wygląda.
        Właśnie- po co mi studia? Może lubię mieć wszystko uporządkowane, tzn. jeśli znam język, to lubię mieć na to papierek. Na pewno nie chciałabym uczyć w szkole angielskiego, ale bardzo lubię uczyć ludzi indywidualnie (do czego w zasadzie nie potrzebuję papierka). A tak naprawdę, to marzy mi się uczenie prawniczego angielskiego… choć nawet nie wiem, jaki jest na to popyt.

        • No to tym bardziej nie potrzebujesz broń boże studiów i tracenia 3/5 cennych lat swojego życia, tylko raczej zdanego certyfikatu. Mówi Ci to osoba, która skończyła dwa filologiczne kierunki i w życiu by nie traciła na to drugi raz czasu.

          Prawniczego angielskiego prędzej byś się nauczyła na kierunku lingwistyki stosowanej czy jak to się tam nazywa, ale tam masz 2 języki. Jest też kolegium nauczycielskie. Ale anglistyka to nauka o literaturze, kulturze, historii. Nie o angielskim. Czy jest zapotrzebowanie na naukę prawniczego angielskiego? Raczej tylko wśród prawników których firma zapisuje na prywatne lekcje i wierz mi, że anglistyka Ci w tym nie pomoże. Bliska mi osoba prowadzi największą tego typu firmę w Polsce i zdecydowanie nie patrzy na to, czy masz papier, tylko na to, czy jesteś dobrym nauczycielem/lektorem :)

  • Ja jeszcze tak dodam, a o czym zupełnie zapomniałam, że też byłam w Poznaniu (pierwszy raz) na początku października, więc się pewnie minęłyśmy gdzieś tak o kilka tygodni :) i też byłam na Fridzie, no ale do tego jeszcze jadłam tam najlepszy ramen w życiu :)

    • I jak wrażenia po Fridzie? :) Z jednej strony czułam niedosyt (za mało!), a z drugiej byłam oczarowana.

      • Jak sam Poznań za bardzo mnie nie oczarował, to tak, z odwiedzenia wystawy byłam bardzo zadowolona. Chyba jedyne co żałuję, to tego że nie kupiłam żadnej pocztówki z wystawy :D #rozterkiminimalistki