Książki Proste życie

Życie zero waste. Eksperyment

23/09/2017
życie zero waste

Nie lubię poradników. Nie przepadam za tym, by ktoś podpowiadał mi jak żyć. Jednak po tę książkę sięgnęłam z przyjemnością. Nie tylko dlatego, że Katarzyna Wągrowska, autorka książki “Życie Zero Waste” jest moją blogową kumpelą, ale też dlatego, że marzę o tym, by ograniczyć ilość produkowanych przez nas śmieci. Marzę i robię wiele, by tak się stało, mimo to co dwa tygodnie śmieciara odbiera spod naszego domu pełen studwudziestolitrowy pojemnik na odpady. Miałam cichą nadzieję, że książka “Życie Zero Waste” podpowie mi jak żyć.

Żyj bez śmieci i żyj lepiej

Ekologia jest mi bliska, uwielbiam segregowanie, przetwarzanie i przerabianie. Na zakupy zabieram szmaciane siatki, kupuję ziarna i kasze w pięciokilogramowych opakowaniach, wybieram jedzenie sezonowe. Gotuję obiady z resztek, robię kompost i uprawiam własne warzywa. Piję wodę z kranu, herbatę w liściach, a na wycieczki zabieram termos. Mimo to codziennie w naszym koszu ląduje pełno śmieci. Co jeszcze mogę zrobić?

Książka “Życie zero waste. Żyj bez śmieci i żyj lepiej” Katarzyny Wągrowskiej przyszła do mnie w prezencie od wydawnictwa Znak razem z bawełnianymi woreczkami i zachętą do bezśmieciowego eksperymentu. Czy mogę chociaż jeden dzień zmienić myślenie i spróbować żyć w duchu zero waste? No jasne! Z ochotą podjęłam to wyzwanie, ale najpierw zajrzałam do książki, by zebrać wskazówki. A tych znalazłam sporo.

Dużą zaletą książki Kasi jest to, że dziewczyna nie tylko podpowiada, jak ograniczyć tworzenie śmieci, ale również jakich błędów nie popełniać na początku drogi ku zero waste. Czy chodzi o źle rozpuszczony domowy proszek, czy nieudany eksperyment mycia włosów mąką żytnią Kasia nie wstydzi się przyznać do błędów i jednocześnie zachęca do własnych eksperymentów. To, co sprawdziło się u niej, nie musi i u nas, a to, co jej się nie udało, może doprowadzić nas do bezśmieciowego sukcesu. Wywiady przeprowadzone z osobami, którym życie bez śmieci nie jest obce, skłaniają do przemyśleń i inspirują do poszukiwań kolejnych rozwiązań w duchu zero waste.

Bezśmieciowy eksperyment zakupowy

Własne słoiki, wielorazowe woreczki, szklane butelki i lniane chustki to asortyment potrzebny tym, którzy wybierają się na bezśmieciowe zakupy. Ja na moją wyprawę do supermarketu uzbroiłam się w bawełniane siatki i sprezentowane woreczki. Zachęcona opowieścią Kasi o jej codziennych zakupach postanowiłam, że warzywa i owoce wrzucę luzem do koszyka, kupię jogurt i przecier pomidorowy w szkle, a w ser i wędlinę zaopatrzę się później w lokalnym sklepiku i to do własnego pojemnika.

Kiedy pełna entuzjazmu weszłam na dział owocowo-warzywny supermarketu coś sobie uświadomiłam. Mój plan niepakowania warzyw do foliówek był dobry, ale nie do końca przemyślany. W Auchan trzeba przecież zważyć swoje zakupy luzem i umieścić na nich nalepkę z ceną. Czyli śmieć. Zrezygnowałam więc z zakupów świeżyzny w supermarkiecie na rzecz wyprawy na targ. Nie do końca powiódł się również mój plan zakupów w szkle. Kiedy spojrzałam na skład jogurtów w słoikach (guma guar, skrobia modyfikowana, barwniki) od razu pobiegłam po moje znajome jogurty w plastikowych kubeczkach (tylko mleko i bakterie). Potem z ulgą ściągnęłam z półki passatę w szklanej butli.

Zakupy na targu to, wbrew pozorom, wcale nie raj dla ludzi wierzących w zero waste. Kilka razy musiałam tłumaczyć sprzedawczyni, że nie ma potrzeby pakować w foliówki osobno marchewek, pora czy jabłek. Mam swoją siatkę, proszę wrzucać. Pani w mięsnym kręciła nosem na mój plastikowy pojemnik, w końcu spakowała mi wędliny do papieru. Po tych przebojach nie miałam już ochoty na tłumaczenie moich antyplastikowych wyborów w piekarni. Postanowiłam upiec chleb w domu. Dzięki tej decyzji w końcu znalazłam idealny przepis na chleb, który zawsze się udaje. Od tamtej pory co trzy dni w piekarniku rośnie chleb razowy, a co dwa dni – pszenne ciabatty.

Codzienność zero waste

Życie zero waste to nie tylko zakupy bez nadmiaru śmieci, to również inne świadome codzienne wybory. Czytając książkę z zażenowaniem patrzyłam na rosnącą kupkę jednorazowych chusteczek wspierających mnie w przeziębieniu. Zadzwoniłam do mamy i po jakimś czasie już grzebałam w zakamarkach mojego dawnego pokoju w poszukiwaniu bawełnianych chusteczek, niezbyt przyjemnego wspomnienia z dzieciństwa. Wyprane i wyprasowane są o wiele milsze – i ładniejsze – niż te papierowe piórka zapakowane w plastik.

Jest jeszcze inna kwestia – nie tylko ja w tym domu produkuję śmieci. Bartek uznaje tylko picie wody gazowanej z butelki, wycieranie blatu ręcznikiem papierowym i picie kawy ze stacji na trasie do pracy. Nie mówię, że jestem lepsza – w końcu używam jednorazowych płatków kosmetycznych, czasem zahaczę o fast food czy kupię ugotowane buraki w plastikowym opakowaniu próżniowym – ale wiem, że potrafię bardziej utrzymać bezśmieciową dyscyplinę. Nie tracę jednak nadziei, że i mąż się przekona, szczególnie po tym, jak z entuzjazmem zareagował na ściereczki z wytartego ręcznika kuchennego. “Fajne i można je wyprać!” ucieszył się. Będą z niego ludzie.

Życie zero waste

Oprócz pomysłów na zakupy bez plastiku w książce Kasi znalazłam też podpowiedzi na wykorzystanie resztek w kuchni, przepisy na proste posiłki czy naturalne środki kosmetyczne. Mycie sodą i octem nie jest mi obce, ale chętnie wypróbuję inne sposoby ich wykorzystania w gospodarstwie domowym zaproponowane w książce. No i może w końcu pójdę na kurs szycia, na który wybieram się od stu lat. Na razie doprowadzam do perfekcji fastrygowanie, by przekonać niektórych, że mała dziurka na szwie nie oznacza, że bluza nadaje się już tylko do prac ogrodowych.

Lektura “Życia zero waste” natchnęła mnie do zmian. Być może nie zrobię własnego kremu, ale pietruszkowy płyn do przemywania twarzy na pewno. W końcu kupiłam wielorazowe płatki kosmetyczne, wyprasowałam wielorazowe chusteczki, a nawet zastanawiam się nad kupnem kubeczka menstruacyjnego, mimo że nigdy nie brałam tego pod uwagę. Kasia Wągrowska potrafi nie tylko zmusić do myślenia na temat naszych codziennych wyborów, ale również zainspirować do stopniowego wprowadzania w życie drobnych (i dobrych) zmian. Na podstawie własnych – nie zawsze pozytywnych – doświadczeń autorka udowadnia, że bezśmieciowe życie wcale nie jest takie skomplikowane. Wystarczy chcieć.

Kasia pokazuje, że życie bez produkcji śmieci to jedynie kwestia determinacji i zmiany nawyków. Każda zmiana znajomej codzienności na początku jest trudna, ale z czasem staje się niezauważalną rutyną. Im wcześniej zdamy sobie sprawę, że ograniczenie produkcji śmieci jest warte zachodu, tym lepiej dla nas, naszego środowiska i naszych portfeli.

Książkę Katarzyny Wągrowskiej “Życie zero waste” możecie kupić tutaj:

Przeczytaj także

  • Bardzo ciekawy post. Tematyką zero waste zainteresowałam się ponad rok temu za sprawą bloga i filmików na YouTube Beau Johnson „Zero Waste Home”. Cieszę się, że idea zero waste staje się popularna w Polsce. W kwestii mojego zero waste jeszcze wiele pracy przede mną jednak z każdym dniem uczę się i wiem, że podążam w dobrym kierunku – pozdrawiam serdecznie :)

  • patchworked

    Nie do końca powiódł się również mój plan zakupów w szkle. Kiedy spojrzałam na skład jogurtów w słoikach (guma guar, skrobia modyfikowana, barwniki) od razu pobiegłam po moje znajome jogurty w plastikowych kubeczkach (tylko mleko i bakterie).

    Skoro wypiek własnego chleba nie jest Ci obcy, zrobienie własnego jogurtu w domu nie będzie żadnym wielkim wyczynem ;).
    Oczywiście jestem tu totalnym hipokrytą, bo z jednej strony boli mnie widok ~25 dużych kubków po jogurcie które miesięcznie produkujemy w naszym domu, ale z drugiej zwyczajnie szkoda mi czasu na wyrób własnych przetworów mlecznych. Może na emetyturze, jak nie będzie innych rzeczy do roboty? ;)

    • Moje podejście do robienia własnych jogurtów było totalną porażką. Poza tym nie mam dostępu do prawdziwego mleka, bo z uht podobno się nie udają. Oczywiście chodzi mi to po głowie i pewnie skuszę się na drugie podejście do domowego jogurtu :) Domowe zawsze smaczniejsze 😄

      • Barbara Wardziukiewicz

        Witam serdecznie:-) też myślałam o swoich jogurtach, ale co z tego, że nie kupie jogurtu w kubeczku, skoro kupię mleko w plastikowej butelce:-( W mojej mieścinie nie ma mleka w szkle, są 3 markety, ale żaden nie ma takiej alternatywy. Podobnie masło, nigdzie nie ma w pergaminie, w starym stylu pakowany jest tylko jakiś masłopodobny mix a prawdziwe masła w sreberkach. Przed naszym handlem dłuuuga droga a właściwie cofniecie się w czasie, wystarczyłoby, aby wróciła oferta z lat komuny – szklane butelki na mleko i śmietanę, w sklepach na ladzie arkusze papieru do pakowania a nie foliówki. Pozdrawiam:-)

        • Tak! To prawda. Nasze chęci niewiele dadzą jeśli nie będzie na rynku bezśmieciowych rozwiązań.

          • Barbara Wardziukiewicz

            Ciekawie mnie, jak sobie radzą w Danii, tam ponoć na obywatela przypadają 4 foliówki rocznie a u nas ok. 500, przepaść ogromna. Jak tak mało jednorazówek używają to może i innych plastikowych opakowań też? Może ktoś wie, jak to tam wygląda? Swoją drogą, jak to jest, że kiedyś opłacało się funkcjonowanie skupów szkła, makulatury, w każdym spożywczym można było butelki oddać a w większych skupach słoiki i dostać kilka złotych albo kilka rolek papieru toaletowego;-) Teoretycznie teraz powinno to być znacznie łatwiejsze, tyle się mówi o recyklingu, powstają firmy przetwarzające odpady. Na plastiki powinna być akcyza, jak na alkohol, od razu by się okazało, że jest tyle innych rozwiązań.

          • Widzę, że masz pełno pomysłów dla rządzących w tej kwestii. Ja też zbieram makulaturę, ale w skupie dają takie grosze, że niezbyt to dopinguje do segregacji… Podobno od nowego roku mają być szerzej dostępne automaty do zwrotu butelek, a do tego wszystkie foliówki mają być płatne, no zobaczymy, co jeszcze się zmieni.

  • Daleko mi do „zero waste” ale pierwsze kroki za mną – szmaciana torba na zakupy (częściej koszyk), odruch obronny na widok jednorazówek i butelka z filtrem zamiast mineralnej półlitrówki na wycieczki. Teraz „wspiera” mnie jeszcze Państwo – kaucja za plastikowe butelki po wodzie i napojach, szklane po piwie czy albuminowe puszki powoduje, że ciężko o tego typu śmieci w rowach, lesie czy nawet w koszach. A wszechobecne kolorowe kontenery są czymś naturalnym. Mam nadzieję, że te zwyczaje przekroczą niedługo Odrę i wkroczą do PL

  • kpirozek

    Przy zakupach w stylu “zero waste” trzeba przede wszystkim mieć refleks ;) Ostatnio poszłam na targ z własną siatka wielorazową i papierową torebką na grzyby. Nim zdążyłam się zorientować, miły pan sprzedawca grzyby zapakował mi do swojej papierowej torebki (dobrze chociaż, ze to szary papier, można skompostować” a resztę zakupów elegancko do plastikowej reklamówki. Sprzedawcy odeszli od ważenia rzeczy np. w wielorazowych miskach. Wygodniej im wsypać do siatki, woreczka i tak zważyć. Nie ustaję oczywiście w wysiłkach, ale musiałaby się zmienić także mentalność sprzedających (może tez przepisy – w końcu w wielu sieciach zawsze pada pytanie, czy chce reklamówkę za dodatkowe kilka groszy).

    Zakupy w supermarkecie nie są chyba w ogóle dobrym miejscem na wdrażanie tej filozofii, chyba że owoce i warzywa waży się przy kasie. Natomiast z tymi samodzielnie ważonymi udało mi się ograniczyć o tyle, ze jak biorę 1 sztukę lub np. kiść bananów, to naklejam nalepkę (która tez jest śmieciem) bezpośrednio na towar.

    Kubeczek menstruacyjny mam, ale na razie leży, bo pierwsze użycia nie przyniosły mi komfortu, tylko stres, ze “przecieknę”, co zresztą się stało. Ale wielorazowe płatki kosmetyczne już zaczęłam sobie robić z bluzek bawełnianych po mojej młodszej córce, myślę, ze to ma większe szanse powodzenia niż kubeczek :)

    • Dzięki za podzielenie się swoimi doświadczeniami! Z tymi foliówkami na targu to dla mnie szok i śmiech w jednym. Naprawdę nie umiem zrozumieć, po co pakować osobno jedną marchewkę i główkę kapusty, a czasem tak bywa…

      • Kasiu, da się wychować sprzedawców. My chodzimy przeważnie do tych samych, z koszami wiklinowymi. Potrafią już zważyć bez torebki całe naręcze marchewek, a pomidory w misce. Ewentualnie biorę małe pojemniki i uczę tarować wagę. Konkurencja jest duża, o klientów się dba, i tak małymi kroczkami idziemy ku lepszemu.

        • Jasne, że się da wychować, wszystko się da. Ja – z natury nieśmiała – czasem się bezsensownie wstydzę powiedzieć nie darmowym siatkom, ale pracuję nad tym ;) Im częściej powiemy nie, tym szybciej sprzedawcy wprowadzą dobre bezśmieciowe nawyki.

  • Bardzo ciekawy eksperyment przeprowadziłaś. Z tymi reklamówkami w supermarketach to tragedia, ale dlatego, że sklepy uważają to za podniesienie jakości obsługi klienta – skoro za darmo to trzeba brać. Na ryneczkach też mam taki sam problem, sprzedawcy najchętniej dawaliby na wszystko te reklamówki. I niestety cały czas dziwnie patrzą jak proszę o wrzucenie do mojej płóciennej torby. Pamiętam, że moja babcia kiedyś nosiła na zakupy takie siatki na warzywa, z ogromnymi dziurami, teraz jest je ciężko dostać.

    Nie doświadczyłam problemu z kupnem jogurtów czy mięsa, bo jem roślinnie więc ten temat mnie nie dotyczy ale tutaj problem niepakowania w swoje pojemniki jest chyba najbardziej uciążliwy. Szkoda, że czasy PRLu się skończyły, wtedy chociaż pakowali mięso w gazety :D. U mnie główny problem stanowią makarony, kasze i ryż. W niektórych dużych sklepach można spotkać takie rzeczy na wagę. Z odsieczą przychodzi osiedlowy ekosklep, w którym są wielkie, otwarte wory z suchymi produktami. Tylko niestety czasem można spotkać jakiegoś mola co też odstrasza.

    • No właśnie produkty na wagę w supermarketach mnie odstraszają, bo już nieraz widziałam tam spleśniałe rodzynki czy zawilgoconą kaszę… Co innego małe sklepiki albo te specjalizujące się w produktach na wagę – tam to szybciej schodzi i produkty bywają lepszej jakości.
      Nie rozumiem też dlaczego w ofercie sklepów jest tak mało produktów w szkle… Skoro butelki po piwie są zwrotne, to można by wprowadzić to samo dla opakowań po nabiale. No ale z drugiej strony – cena czyni cuda…

      • Myślę, że głównym powodem jest wyższa cena. Nasi zachodni sąsiedzi (np. Niemcy) poradzili sobie świetnie z nadmierną produkcją plastikowych butelek przez konsumentów. Chodzi mi o te maszyny, które od razu gniotą butelki w sklepach. Moim zdaniem jest to genialny pomysł, bo dzięki temu, że odda się te butelki (szklane też) dostaje się bon na wydanie w sklepie, czyli mamy tańsze zakupy. Życzyłabym sobie czegoś takiego u nas. :)

        • Ann Steff

          “Bon na wydanie w sklepie” za oddanie butelek w DE jest po prostu zwrotem kaucji. Więc trudno uznać, że zakupy są tańsze :-)
          I choć sam pomysł kaucji i zwrotu butelek plastikowych (i niektórych szklanych oraz puszek) też mi się podoba, to trudno mi uznać (a do ZW mi daleko), że Niemcy poradziły sobie z nadmierną produkcją plastikowych opakowań, patrząc na to jak przytłaczająca ilość owoców i warzyw w sklepach zapakowana jest w plastik. I nie ma znaczenia, czy jest to kiść winogron w plastikowym pudełku, czy obrany ananas w kubeczku z wieczkiem, czy dwa mini ogórki (najczęściej – o paradoksie – z tzw. ekologicznych upraw), leżące na plastikowej/styropianowej tacce, szczelnie owinięte folią spożywczą, czy też 0,5 kilowy worek marchewek. A w innych działach wcale nie jest lepiej.

          • Dzięki za wyjaśnienie. Widzę, że w Niemczech jeszcze większa skala problemu. W każdym razie, te maszyny w sklepach świetna sprawa :)

          • O jak ja nie znoszę widoku ogórków w plastikowej otoczce! :[