Książki Minimalizm

James Wallman “Rzeczozmęczenie. Jak żyć pełniej, posiadając mniej”

05/09/2017

Żyjemy w erze obfitości, ale podejmujemy decyzje posługując się narzędziami psychiki, które powstały w czasach głodu. Rzeczozmęczenie to odpowiednik epidemii otyłości. James Wallman, autor książki “Rzeczozmęczenie. Jak żyć pełniej posiadając mniej”, z dziennikarską dociekliwością szuka lekarstwa na nadmiar, chorobę naszych czasów, analizując jego genezę, rozwój i hipotetyczną przyszłość.

Podtytuł może zmylić. “Rzeczozmęczenie. Jak żyć pełniej, posiadając mniej” to nie poradnik, a raczej próba odpowiedzi na pytanie dlaczego gromadzimy, dlaczego mamy ochotę przestać gromadzić i czy jesteśmy w trakcie antymaterialistycznej rewolucji. Autor docieka, dlaczego czujemy, że mamy zbyt wiele właśnie teraz i dlaczego dopiero w ostatnich latach społeczeństwo zaczyna świadomie rezygnować z materialistycznego podejścia do życia. Czy to przesyt, nuda, a może słaba kondycja ekonomiczna? Szukając przyczyn rzeczozmęczenia Wallman przytacza wyniki badań socjologicznych i psychologicznych, nawiązuje do wywodów ekologów, demografów i ekonomistów. Właśnie to naukowe podejście do tematu nadmiaru to coś, czego brakowało we wszystkich dotychczasowych publikacjach na temat minimalizmu.

Wallman stara się znaleźć receptę na rzeczozmęczenie. Nie jest to – według niego – ani minimalizm, ani proste życie, ani nawet – jak to nazwał – życie w średnim tempie. Zdaniem autora przyszłość należy do ekperientalistów. Kim jest eksperientalista? W skrócie – to ktoś, kto zbiera doświadczenia zamiast rzeczy. Wszyscy uczestnicy naszego wyzwania #12niecodziennych są więc eksperientalistami. Zamiast kupować nową sukienkę, telewizor, samochód wolą wyjechać na wycieczkę, spotkać się z przyjaciółmi, spróbować nowych smaków. Wallman przedstawia serię dowodów naukowych potwierdzających tezę, że lepiej być niż mieć. Wszystkie przytoczone badania tłumaczą, dlaczego gromadzenie doświadczeń daje więcej szczęścia niż kolejna para butów, większy dom czy najnowszy model smartfona. Jeden z powodów szczególnie przypadł mi do gustu: dzięki doświadczeniom stajemy się ciekawszymi rozmówcami. Ile można gadać o nowych butach? A ile o biwakowaniu w lesie? No właśnie… Autor wysuwa tezę, że o ile kiedyś przedmioty mówiły wiele o naszym statusie materialnym, tak teraz, dzięki mediom społecznościowym możemy pokazać innym, że stać nas na dalekie podróże, koncerty gwiazd, drogie restauracje. To wszystko zdaje się potwierdzać zmianę trendów. Ale czy rzeczywiście świat zaczyna się zmieniać?

Wallman jest dziennikarzem, futurologiem i specjalistą od prognozowania trendów. W swojej książce uchyla rąbka tajemnicy i pokazuje nam, w jaki sposób przewiduje się trendy, ich rozwój i natężenie. Podaje dane liczbowe, statystyczne i historyczne, które – według niego -potwierdzają tezę, że oddalamy się od materialistycznego podejścia do życia. Poza tym zastanawia się, co mogłoby się stać z gospodarką, gdyby nagle wszyscy przestali kupować czerpiąc zadowolenie jedynie ze zdobywania doświadczeń. Muszę przyznać, że jego gdybanie jest bardzo interesujące.

Oprócz tych wszystkich badań, dowodów, liczb i prognoz w “Rzeczozmęczeniu” znajdziemy mnóstwo ciekawostek. Mamy tu historię początków reklamy, genezę biurowych przegródek znanych jako korporacyjne boksy, rolę tajemniczych kapitanów umysłów. Czy ktoś z Was słyszał o biodegradowalnych butach holenderskiej marki OAT, które po zniszczeniu można zakopać w ogródku, podlewać i obserwować wyrastające spod ziemi kwiaty kiełkujące z nasion ukrytych w podeszwach? W książce Wallmana jest pełno takich perełek. Na końcu dorzuca kilka stron porad, jak pozbyć się nadmiaru i jakie nawyki wprowadzić w życie, by zacząć kolekcjonować doświadczenia zamiast rzeczy.

“Rzeczozmęczenie” Wallmana to typ książki dla mnie. Brak tu emocjonalnych wynurzeń czy opisów własnych doświadczeń, są za to dowody naukowe, wyniki badań, trochę historii i gdybania. Dzięki tej lekturze moja lista książek do przeczytania poszerzyła się o kilka pozycji. Przeszkadzały mi jedynie spore uproszczenia i stereotypowe podejście do minimalistów czy entuzjastów dobrowolnej prostoty. Według autora minimalizm razi swoim negatywnym podejściem do przedmiotów, a proste życie uwstecznia zamiast rozwijać. Takie opinie są krzywdzące i utrwalają obraz minimalistów jako nawiedzonych osób, które by tylko wyrzucały, liczyły swoje rzeczy i zabraniały innym kupować. Ci z Was, którym temat minimalizmu nie jest obcy, wiedzą, że ograniczanie przedmiotów w otoczeniu to dopiero pierwszy krok do zmian i zupełnie nie o to w tym wszystkim chodzi. Forsowany przez Wallmana eksperientalizm ma wielu zwolenników spośród tych, którzy przyjęli postawę minimalistyczną właśnie dlatego, że zrezygnowali z kupowania na rzecz doświadczania. Może jednak w 2013 roku – kiedy ukazało się pierwsze wydanie książki – to rozróżnienie było bardziej wyraźne, a “eksperientalny” trend dopiero się rozkręcał…

“Rzeczozmęczenie” polecam tym, którzy żyją jak minimaliści i chcieliby poznać psychologiczne i socjologiczne podstawy swoich wyborów. Polecam tym, którzy uważają minimalizm za fanaberię, a także tym, którzy za bardzo lubią kupować, żeby przestać to robić. Polecam także tym, dla których hasło “doświadczenia zamiast rzeczy” jest śmiesznym sloganem oraz tym, którzy uważają, że pozbywanie się nadmiaru to moda, która niedługo przeminie. Po kilku poradnikach minimalistów “Rzeczozmęczenie” to oryginalna pozycja i warto po nią sięgnąć, przynajmniej po to, żeby sobie miło pogdybać.

***

Rzeczozmęczenie ma premierę 13 września. Książkę możecie kupić tutaj:

Recenzja powstała przy współpracy z wydawnictwem Insignis.

Przeczytaj także

  • Magda Kędzierska

    Po Sasakim jestem na nie jeśli chodzi o książki o minimalizmie, choćby nie wiem jak dobre. Ale jeśli będę miała okazję przeczytać to przeczytam (bo mnie trochę intryguje że to analiza gromadzenia a nie poradnik), kupować na pewno nie będę.

    • Ja też już mam dość minimalizmu w książkach. Ileż można drążyć jedno i to samo? W “Rzeczozmęczeniu” na szczęście było więcej socjologii czy ekonomii niż wielkich porad “jak żyć”. Na pewno bym nie kupiła (bo od dawna nie kupuję książek), ale jak będziesz miała okazję pożyczyć, to zajrzyj koniecznie.

  • iwona

    Nie podoba mi się gloryfikowanie gromadzenia doświadczeń zamiast rzeczy, bo każda z nich może być w chorobliwym nasileniu. A potwierdza to zdanie mówiąc o tym że teraz możemy chwalić się znajomym dalekim podróżami czy egzotycznymi potrawami. Gromadzenie (czy to rzeczy czy doswiadczen) może być przyjemnością a może być natrectwem. Druga sprawa to “być zamiast miec” – stan być można osiągnąć dopiero po osiągnięciu pewnego minimum, trzeba mieć gdzie mieszkać i mieć na chleb. Właśnie dlatego minimalizm odbierany jest jako zabawka dla bogatych,znudzonych kolejnym elektronicznym gadżetem,czy odkrywajacym,że 200m domu to jednak za wiele. Mimo wszystko ciesze sie, ze coraz wiecej mowi sie o jakosci zycia mierzonej nie iloscia posiadanej kasy.

    • Iwona, nie zgadzam się z Tobą – zerknij na wszystkie podsumowania naszych #12niecodziennych. Doświadczenia to nie tylko podróże, restauracje, skoki na bungee. Wiele z nich zdobywamy całkowicie za darmo. Czasem nawet nie trzeba wychodzić z domu, żeby doświadczyć czegoś nowego. No i nie musimy się tym chwalić, nowe doświadczenia to nowe wiadomości o sobie i świecie.

      • iwona

        Kasiu, ja nie polemizowałam z Tobą, ani z doświadczaniem tu i teraz zamiast bezmyślnego kupowania. Polemizowałam z zacytowanym fragmentem książki “Autor wysuwa tezę, że o ile kiedyś przedmioty mówiły wiele o naszym statusie materialnym, tak teraz, dzięki mediom społecznościowym możemy pokazać innym, że stać nas na dalekie podróże, koncerty gwiazd, drogie restauracje. To wszystko zdaje się potwierdzać zmianę trendów”. Ten fragment mówi wiele o tym, jak niewiele niektórzy rozumieją z rozbuchanego konsumpcjonizmu. To jak z rzucaniem palenia; trzeba uważać, żeby zagłuszając jeden nałóg nie wpaść w inny. Nałogowe podróże by pochwalić się znajomym nie są niczym innym niż nowy laptop co pół roku by pochwalić się znajomym. Kluczem jest kupowanie tego co się potrzebuje (niezależnie czy to jedzenie, podróż czy buty)

        Nawiasem mówiąc nie wiem kiedy to się stało, że trzeba pisać książki o tym, jak się racjonalnie robi zakupy, jak się planuje posiłki i jak się nie wyrzuca jedzenia. Jeszcze niedawni większość z nas (lub naszych rodziców) miała to w naturze ze względów nazwijmy to ekonomicznych.

        • Przepraszam, źle zrozumiałam Twoją wypowiedź. W tym kontekście jak najbardziej się z Tobą zgadzam. Tak samo jak z tym, że nagle styl życia naszych dziadków czy rodziców stał się tematem poradników. Myślę jednak, że jest to kwestia kręgu kulturowego. Mieszkańcy krajów zachodnich nauczeni są innego podejścia do zakupów niż my. Tam rozbuchana konsumpcja panuje od lat ’50, u nas wszystko na półkach jest dopiero od kilkunastu lat…

        • Justyna

          Mam takie samo podejście jak Twoje :) Też nie podoba mi się pokazywanie w mediach społecznościowych nie nowych butów, czy gadżetów elektronicznych, a drogich wycieczek, ekskluzywnego jedzenia itp.
          Właśnie jeszcze nie tak dawno byliśmy prawdziwi w skromności, a teraz ze wszystkiego robimy pokaz. Nie mam nic do minimalizmu, ale nie do końca przekonuje mnie ten schemat myślenia. Jeszcze w czasach młodości naszych rodziców byliśmy jako naród eksperientalistami z krwi i kości, teraz na wszystkim próbuje się zrobić kasę.

          • Autor stawia tezę, że kupowanie rzeczy wywodzi się z naszej naturalnej potrzeby pokazania siebie samych i naszej przynależności do danej grupy (klasy czy kasty). Ta sama potrzeba obecnie wyraża się poprzez przechwalanie w mediach społecznościowych. Może nam się to podobać czy nie, ale w tym kierunku podąża społeczeństwo (co sami możemy zauważyć). Tak jak podejmujemy decyzję o niekupowaniu, decydujemy nie chwalić się swoimi wycieczkami, przygodami, wizytami w restauracji. Pamiętajmy jednak, że w tych naszych decyzjach nadal należymy do mniejszości :)

          • iwona

            Ha, czyli on wcale nie pisze o minimaliźmie. To jest nadal konsumpcjonizm, tylko płaci się nie za rzeczy. Dla mnie minimalizm to odcięcie się od wyścigu szczurów (zarówno w kwestii posiadania, jak i ścieżki zawodowej, sposobu spędzania wakacji, czy posiadania takiego a nie innego hobby), a pójście własną ścieżką. W ogóle ocenianie czyichś sukcesów po liczbie zer na koncie jest strasznie słabe (a przecież z tego biorą się te przechwałki internetowe, czy nawet sama chęć posiadania czegoś czy bycia gdzieś). Ciekawe, czy doczekamy czasów, kiedy np. Pan Gajos albo neurochirurg będą zarabiać lepiej od czołowych kopaczy w piłkę. Albo kiedy aktorstwo Pana Gajosa będzie bardziej na ustach wszystkich niż kolejna bramka.

          • Ooo, też jestem ciekawa, czy doczekamy takich czasów…

          • Justyna

            No właśnie mniejszości. Chociaż wcale nie uważam się za minimalistkę, to także nie jestem konsumpcjonistką, ani nie mam zapędów do zaistnienia w mediach społecznościowych. Jednak rozumiem, że wiele osób ma taką potrzebę. Potrzeba zaimponowania, może związana z poczuciem własnej wartości?

          • Przypuszczam, że to ma bardzo wiele do czynienia z poczuciem własnej wartości, ale nie jestem ekspertem ;)

        • Bernarda

          Zgadzam się w 100% z drugim akapitem. Teraz ludzie do wszystkiego potrzebują instrukcji.Tak jakby uczenie się na własnych błędach stawiało ich w gorszej życiowej pozycji. Przecież nasi rodzice czy dziadkowie nie urodzili się z pełną wiedzą jak żyć. Również uczyli się na błędach, ale tak jak to napisała Ruda”marketing jest genialny”, a ja dodam od siebie “człowiek głupi wszystko kupi”.

    • Ruda

      Poruszyłaś ważny temat – moda na minimalizm sprawia, że staje się on sposobem na przekonanie ludzi, że powinni wydawać pieniądze. Oczywiście, tak jak pisze Kasia, wydawanie fortuny na podróże, kolekcjonowanie wspomnień jest absolutnie zbędne w kontekście minimalizmu, ale … Jaki sens ma promowanie czegokolwiek, na czym nie można zarobić? W tym kontekście masz rację. Zresztą na niektórych blogach widać też ten trend – co kupować, żeby być dobrym minimalistą. Czytałam kilka tygodni temu jakiś post (nie ważne na którym blogu), gdzie w imię minimalizmu dziewczyna kupiła specjalny zeszyt do zapisywania swoich zadań za prawie 50 zł. Czyż marketing nie jest genialny?

      • Nawet nie wiesz, ile miałam już propozycji współpracy od różnych agencji, żeby promować jakieś produkty, bo przecież są “minimalistyczne”… Ja rozumiem, że marketingowcy muszą z czegoś żyć, ale może niech najpierw się dowiedzą, o co w tym upraszczaniu życia naprawdę chodzi ;)

  • Ruda

    Dziękuję za polecenie książki, na pewno przeczytam, tym bardziej, że to nie typowy podręcznik minimalisty (przecież wiem już jak składać ubrania w szafie). Zaciekawiło mnie zdanie: “Nie ma istotnej różnicy między wami a klinicznie zdiagnozowanymi zbieraczami. To tylko kwestia nasilenia objawów”. Niestety jest to zdanie wytrych, a czy jest prawdziwe? Zmieńmy słowo zbieracze na alkoholicy i okazuje się, że to nie do końca to samo. Albo inaczej – wszystko jest kwestią nasilenia objawów, jeśli obejmuje jakąś dziedzinę codziennego życia.

    • Uświadomiłaś mi, że ten cytat nie mówi wiele bez kontekstu. Pojawił się w rozdziale mówiącym o chorobliwym zbieractwie jak w programie “Hoarders”. Autor trochę upraszcza, ale też uważa, że wszystko jest kwestią nasilenia objawów ;)

  • Wow, Kasiu to brzmi obiecująco. Mam podobne zdanie, jestem zmęczona książkami opartymi na “wynurzeniach” w tym temacie, których autorki zwykle czują się jakby odkrywały Amerykę, zmęczona również wciskaniem “minimalistycznych” przedmiotów (a już najbardziej na “minimalistycznych” blogach) i w ogóle różnych takich “hyggowych” pomysłów. Czyli do tej pory wciąż niezmiennie Marta Sapała ;), ale to co tu piszesz, jest elektryzujące. Nawet się kiedyś zastanawiałam, czy ten temat doczeka się bardziej naukowego podejścia. I baaardzo ciekawa dyskusja tu pod spodem, bo tak, też myślę, że eksperymentowaniem można się zachłysnąć, choć to chyba raczej nie dotyczy Twojego projektu, tylko ogólnie trendu do wygładzania swojego życia pod Instagram czy media społecznościowe.

    • Jak dobrze, że jesteś. I że znowu się rozumiemy.
      Nadmiar w każdej dziedzinie życia nie jest dobry. Myślę sobie jednak, że skoro w naszej naturze leży chomikowanie (jak twierdzi pan Wallman), to zamiast kolekcjonować przedmioty, lepiej – i nawet bardziej ekologicznie – chomikować doświadczenia. Wygładzanie życia – jak to ładnie nazwałaś – to jeszcze inna sprawa. Na szczęście (jeszcze) nikt nam nie każe przesiadywać na Facebooku ;)

  • miec mniej

    Niedawno w jakiejś gazecie przeczytałam, że coraz bardziej powszechny przesyt nadmiarem i niechęć do gromadzenia rzeczy to zapowiedź nowych czasów, w których przedmioty nie będą miały znaczenia, bo o wiele bardziej istotne będzie nasze zdrowie i bezpieczeństwo. To dopiero temat do socjologicznych rozważań:) Pozdrawiam i dziękuję za wnikliwą recenzję:)

  • Kasiu,

    po pierwsze gratuluję pięknej recenzji, z przyjemnością czytałam każde zdanie. Spodobało mi się, jak Twoje pisanie wpływa na poziom dyskusji w komentarzach – merytorycznie i interesująco.

    Czytając Twoją recenzję, zdałam sobie sprawę, że przechodzę drogę opisaną w książce – najpierw minimalizm wkroczył u mnie do szafy i domu, później weszłam w tendencję zbierania doświadczeń, nawiasem mówiąc dopiero dziś dowiedziałam się, że takie działania mają nazwę – eksperientalizm.

    Czytając tekst i komentarze pomyślałam o jeszcze innej formie minimalizmu, o minimalizmie emocjonalnym, czyli tendencji do krytycznego podchodzenia do emocji, do wybierania tych, które nas interesują. Minimalista emocjonalny zamiast wchodzić w każdą fascynację, zakochanie, zamiast ekscytować się wydarzeniami, dbałby o minimum emocji, które zapewniałyby mu spokój wewnętrzny.

    Co myślisz o takiej formie minimalizmu?

    • Olu, dziękuję za miłe słowa. Ostatnio pracuję nad pisaniem i wygląda na to, że widać efekty.

      Masz bardzo ciekawe spostrzeżenia. Myślę, że minimalizm i stoicyzm mają wiele wspólnego. Od kilku tygodni czytam książkę o stoikach. Jako że z filozofią nigdy nie było mi po drodze czytanie idzie mi opornie. Czytam i odkładam. Mimo to widzę, że moje patrzenie na świat – odkąd wprowadziłam w życie minimalizm – zbliżyło się do stoicyzmu. Jestem osobą dość emocjonalną, ale pracuję nad tym, by – tak jak napisałaś – ograniczyć nadmiar emocji i osiągnąć spokój. Chciałabym poruszyć ten temat na blogu, ale jeszcze muszę się dokształcić. Może jeszcze mi coś podpowiesz?