Wokół szafy

Bez uprzedzeń: koszula

14/08/2017

Podobno biała koszula to nieodzowny element w kobiecej szafie. Przez całe dorosłe życie opierałam się temu przykazaniu mając w pamięci nieprzyjemną poliestrową białą rozpinaną bluzkę, którą musiałam zakładać na każdą szkolną akademię. Wydawało mi się, że koszule nie pasują do mojego stylu, że są niewygodne, trudno się je nosi, a do tego trzeba je wiecznie prasować (czego nie znoszę). Po tym jak pożegnałam znoszone bawełniane koszulki, postanowiłam pozbyć się uprzedzeń i rozejrzeć się za pasującą do mnie koszulą.

To było prostsze niż myślałam. Zanim wybrałam się do sklepów określiłam kryteria, które musiała spełniać moja idealna koszula. Miała być bawełniana, o luźnym kroju z dekoltem w serek i koniecznie błękitna, bo nie przepadam za białymi ubraniami. Zawsze boję się, że je wybrudzę albo szybko zżółkną. Nawet moja suknia ślubna nie była biała a kremowa czy – jak to określiła pani z salonu – w odcieniu szampana. (Oczywiście poplamiłam ją już na początku zabawy weselnej). No więc koszula błękitna, ale w odcieniu, który dawno temu wypatrzyłam na Lindsay Calla. Ten zestaw ze spodniami w odcieniu burgundu siedział w mojej głowie już od dłuższego czasu będąc zapewne zalążkiem mojego otwarcia na koszule. Po kilku sklepowych rundach znalazłam mój ideał w Camaieu.

Fot. po lewej: Lindsay Calla via Pinterest

Oswajałam się z nowym elementem w garderobie powoli odkrywając, że koszula nie jest taka zła. Kiedy znajdujesz “tą jedyną”, to czujesz się w niej po prostu swobodnie. Okazało się nawet, że nie trzeba aż tak martwić się o zagniecenia. Koszula nie oznacza sztywniactwa, tym bardziej jeżeli podwiniesz rękawy. Co więcej, jedna koszula to kilka stylów – możesz ją włożyć do spodni albo puścić luzem, zawiązać dół na supełek, albo założyć na t-shirt zamiast kardigana. Dla niektórych to pewnie oczywiste. Dla mnie to odkrycie roku.

Po oswojeniu z moją pierwszą koszulą przyszła mi ochota na kolejną. Tym razem zmęczona ogromnymi lipcowymi upałami postanowiłam przeprosić się z lnem. Styczność z tym naturalnym materiałem miałam tylko raz, jednak wtedy zupełnie się nie polubiliśmy. Nie znoszę gniecących się tkanin (bo prasowanie), a len to przecież król zagnieceń. Mimo to chciałam dać mu drugą szansę. Nie sądziłam jednak, że wraz z nim zwalczę kolejne uprzedzenie.

Kiedy przeglądając wieszaki w Zarze trafiłam na tę koszulę coś podpowiedziało, że muszę ją mieć. Zanim jeszcze przyjrzałam się jej fasonowi zakochałam się w przyjemnym odczuciu, jakie dawało mi jedynie jej muskanie. Miała dekolt w serek, była luźna, ale biała. Biel to zdecydowanie nie mój kolor. Nie tylko boję się widocznych plam, ale po prostu źle się czuję w bardzo jasnych ubraniach. Coś nadal mówiło, że muszę ją mieć, więc zabrałam ją do przymierzalni. Kiedy założyłam tę stuprocentowo lnianą koszulę poczułam się świetnie. Była nie tylko wygodna, ale też niesamowicie przyjemna. Nawet lekko wymięta nadal wyglądała dobrze, schludnie, niezobowiązująco. Po krótkim namyśle kupiłam ją. Szczerze mówiąc najchętniej zakładałabym ją codziennie.

Jakiś czas temu określiłam swój codzienny ubraniowy uniform jako połączenie trzech elementów: spodni, t-shirta i kardigana. Planowałam nawet zakup kilku nowych – ciemnych – koszulek, jednak po włączeniu do garderoby koszul wstrzymałam te plany. Koszula wydaje się jeszcze prostsza. Nie wymaga żadnych dodatków, po prostu zakładasz, nie dopinasz, podwijasz rękawy. Poza tym wydaje się bardzo łaskawa dla figury. Chwilowo jestem zachwycona. Coś mi mówi, że to nie koniec moich modowych eksperymentów.

***

Nosicie koszule? Lubicie lniane ubrania? A może również boicie się nosić jasne rzeczy? Proszę, podzielcie się w komentarzach. Chętnie posłucham jakiś rad na temat koszul.

Przeczytaj także