Minimalizm

Relektura: Leo Babauta

10/04/2017

Moja przygoda z ideami minimalizmu zaczęła się w 2013 roku od lektury amerykańskich blogów zajmujących się tym tematem. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych amerykańskich minimalistów jest Leo Babauta. Od 2006 roku, kiedy to rozpoczął prowadzić bloga pod tytułem Zen Habits, Babauta opublikował kilka książek i ebooków na temat minimalizmu, prostoty i rozwoju osobistego. Na jeden z PDF-ów z jego nazwiskiem trafiłam przez przypadek całkiem niedawno, gdy porządkowałam mój dysk przenośny. Postanowiłam więc ponownie przeczytać “Thriving on Less. Simplifying in a Tough Economy”, darmowy e-book udostępniony przez autora w 2008 roku. Chciałam wrócić do tych pierwszych lektur, które zainspirowały mnie do działania, przypomnieć sobie, co skłoniło mnie do zmian i zobaczyć, w jakim stopniu udało mi się przybliżyć do “ideału”, jaki prezentuje Leo Babauta.

“Thriving on Less” skupia się na ukazaniu zalet minimalizmu w kontekście słabej kondycji finansowej Amerykanów. Rok wydania e-booka to sam środek światowego kryzysu ekonomicznego, który dotknął każde amerykańskie gospodarstwo. Leo Babauta postanowił więc przybliżyć rodakom idee minimalizmu i pokazać im, że posiadanie, kupowanie i wydawanie mniej nie musi oznaczać codziennych ograniczeń, a może stać się satysfakcjonującym stylem życia. Na dowód przywołuje swój własny przykład sprzed zmiany myślenia – jego dom był pełen niepotrzebnych rzeczy, a kalendarz zapełniony spotkaniami i zadaniami do wykonania. Babauta wspomina, że nadmiar wszystkiego sprawiał, że cały czas był zestresowany, nie miał czasu na rozrywki i… zwyczajne życie. Po tym, gdy postanowił pozbyć się gratów i zrezygnować z części zadań poczuł się wolny i zaczął wreszcie żyć.

W całym e-booku Babauta stara się pokazać, że ograniczenie wydatków nie musi oznaczać obniżenia poziomu życia, a wprost przeciwnie – jego rozkwit. Wystarczy tylko zmiana myślenia. Darmowa rozrywka jak piknik w parku czy spacer po lesie nie jest gorsza od drogiego wypadu do kina z popcornem i colą. Rezygnacja z samochodu na rzecz chodzenia dobrze wpływa na zdrowie i samopoczucie. Gotowanie w domu zamiast wychodzenia do restauracji jest nie tylko tańsze, ale i zdrowsze. Namawia do tego, by zamiast chęci posiadania “więcej” nauczyć się chcieć “wystarczająco dużo”. Autor zachęca do tego, by jednym z życiowych priorytetów uczynić spędzanie czasu z bliskimi i zrezygnować z nadmiaru czasochłonnych spotkań na korzyść tych, których kochamy.

Sporo miejsca w poradniku Babauta poświęca zmianie nawyków finansowych. Podpowiada, jak przyjęcie postawy minimalizmu może pomóc zaoszczędzić pieniądze. Opowiada, jak sam dzięki pracy nad sobą spłacił wszystkie długi. Poza tym podrzuca kilka pomysłów, jak żyć oszczędnie, ale radośnie.

Ponowna lektura “Thriving on Less” nie pomogła mi odpowiedzieć na pytanie, co dokładnie skłoniło mnie do przyjęcia minimalistycznego myślenia. Kwestie finansowe nie były moją pierwotną motywacją do upraszczania życia. Głównym powodem było przytłoczenie nadmiarem rzeczy, a temat pieniędzy był zupełnie obok. Dzięki rezygnacji z nieprzemyślanych zakupów mogłam więcej zaoszczędzić, a dzięki sprzedaży niepotrzebnych przedmiotów mogłam dołożyć do skarbonki kolejne grosze. Relektura e-booka Babauty pomogła mi jednak wrócić pamięcią do powodów powstania Drogi do minimalizmu.

Taka mała podróż w czasie przypomniała mi, dlaczego właściwie minimalizm stał mi się tak bliski, że zaczęłam o nim pisać. Ostatnio czułam przesyt tematem minimalizmu, który od niedawna bez przerwy wałkuje się w książkach, programach, gazetach i nie miałam ochoty więcej o nim pisać. Po lekturze “Thriving on Less” stwierdziłam, że minimalizm jest tak genialny w swojej prostocie, że może jednak warto nadal go wałkować. Mimo że mam mniej, niż kiedyś, to nadal w moim życiu są zakamarki czekające na oczyszczenie z nadmiaru. Przydałoby się mniej internetu, a więcej czytania. Mniej papierów w segregatorach, więcej porządku w gabinecie. Mniej fatalnych zdjęć w cyfrowych kopiach kopii, a więcej tych przywołujących przyjemne chwile. Mam ochotę powrócić do źródeł i nadal Was inspirować. Bo minimalizm to droga. Droga z kilkoma przystankami, przyjemnymi widoczkami i nie końca sprecyzowanym celem.

Przeczytaj także

  • Nie znałam wcześniej tego autora, ale podoba mi się to, jak przedstawiłaś ten e-book. Dobrze to ujęłaś, ważne, aby chcieć mieć wystarczająco. ;)
    Pozdrawiam!

  • Agnieszka Kulawczyk

    :) a ja zaczęłam od Dominique Loreau i “Sztuki minimalizmu w codziennym życiu”. Również miałam problem z nadmiarem. Z nadmiarem przedmiotów, myśli w głowie, swojego ciała. Zmiany zaczęłam od porządków w głowie. Od zmiany nastawienia do świata. Porządkowałam przestrzeń, by odkryć, ile nie potrzebuję i czego nie potrzebuję.
    Zgadzam się z Tobą – minimalizm to droga, to proces. Dla mnie to koło, nie ma stanu, w którym wszystko zostało zrobione i można usiąść z kubkiem herbaty i się cieszyć. Zawsze pojawią się nowe obszary w przestrzeni lub w nas samych, którym można wyznaczać minimalistyczne wyzwania. To ciągły rozwój, to piękne :)
    Dlatego możesz Kasiu pisać od nowa i zawsze o kolejnych obszarach minimalizmu. Mnie się te tematy nigdy nie znudzą, bo zawsze może być coś, co robię lepiej. Sama chętnie poczytam o świadomym jedzeniu :) Zawsze głodna ;-)

    • Ha, no tak, coś już o Tobie wiem ;)
      Nie lubię się powtarzać, ale może rzeczywiście warto poruszać te same tematy, ale z innej perspektywy – perspektywy czasu i własnego rozwoju.

      • Agnieszka Kulawczyk

        Myślę, że to już będzie zupełnie inny punkt widzenia :)
        Obecnie zaczyna męczyć mnie nadmiar kurtek/okryć wierzchnich i butów. ALE naprawdę szkoda je oddawać/sprzedawać, bo widzę jak mój gust się zmienia, jak jednego roku mam styl bardziej “luzacki” zimą, a kolejnego formalny, jak zmienia się moda i jak wracają ubrania, które odwiesiłam dwa-trzy lata temu do szafy. Nieustanna praca ;-)

        • O tak, to wieczna praca nad sobą i otoczeniem. Tej wiosny też musiałam trochę wymienić garderoby, bo – jak to baba – po prostu chciałam coś zmienić, ale w ramach “minimalistycznego” rozsądku.

  • A ja pamiętam jak natrafiłam na minimalizm, szukałam sposobu organizacji uwaga! małej przestrzeni :P Gdzie na dzień dzisiejszy nasze 65m2 uważam, za zbyt wiele;p

  • Magda Kędzierska

    A ja zaczęłam od remontu domu i wyniesieniu kilkudziesięciu książek w 2012 roku. Potem przeczytałam Lekcje Madame Chic i zrobiłam porządki w szafie. A potem jakoś na przełomie 2013 i 2014 roku trafiłam na ideę minimalizmu i Książeczkę minimalisty Leo Babauty:) I teraz jest idealnie:)

    • Mamy całkiem podobne historie :)

      • Magda Kędzierska

        A wracając jeszcze do Leo Babauty, dla mnie trochę przesadza z tymi 42 przedmiotami osobistymi, no ale co kto lubi. Natomiast zawsze mnie bawiło to, że jako minimalista ma 6 dzieci – tak nieminimalistycznie:)

        • Agnieszka Kulawczyk

          Mnie bardzo ciekawi, jak ograniczył swoim dzieciom liczbę przedmiotów ;-) i jak wytrzymuje bałagan w domu przy takiej gromadzie :D

          • Magda Kędzierska

            Kiedyś był u niego taki wpis jak się przeprowadzał z całą rodziną i każde dziecko mogło zapakować po jednym plecaku swoich rzeczy – nic więcej, nie wchodziły w to chyba książki i nie wiem czy ubrania – tego nie jestem pewna. Co do ograniczenia zabawek to akurat nie jest trudne pod warunkiem, że konsekwentnie wprowadza się małą ilość od samego początku. Ja tak zrobiłam i moje dzieci (dwoje) nie mają jakiejś porażającej ilości zabawek. A prezenty to staram się pozbierać po całej rodzinie kasę i kupić coś większego, lepszego, z czego będą korzystać, a nie milion pierdółek. Teraz córka na 3 urodziny dostała rower plus kask i różne akcesoria do tego – jeden prezent od całej rodziny. Podejrzewam, że Babauta zrobił podobnie to znaczy, od początku wychowywał dzieci w duchu minimalizmu:) Co do bałaganu – jak nie mają wiele zabawek to i bałagan nie jest taki wielki i łatwo się go sprząta.

          • Magda Kędzierska

            O właśnie czytam “Im mniej tym więcej” Beckera i tam jest wspomniane, że Babauta przeprowadził się ostatnio i każdy członek rodziny miał dla siebie tylko jedną walizkę rzeczy.

          • Właśnie, i jak ten Becker? Jestem ciekawa, co napisał, bo zawsze wydawał mi się bardziej normalny niż Babauta…

          • Magda Kędzierska

            Po pierwsze nie wiem jak to możliwe, ale ja go nie znałam. Znaczy wiem, po zagranicznych blogach nie szukałam o minimalizmie nic, dlatego znam tylko te dwa najbardziej promowane Babauta i The Minimalists. Ale Becker mi się ogromnie podoba, bo on prezentuje właśnie takie zdroworozsądkowe podejście, które ja nazywam optymalizmem. Dostosowanie minimalizmu do swojego trybu życia. Jestem w 1/4 książki, świetnie się czyta, jak się ma czas to w jedno popołudnie można przeczytać. Napisane dobrym językiem i przyznam, że po tych wszystkich lekturach o minimalizmie, które ukazały się na fali popularności declutteringu i minimalizmu. książka Beckera jest drugą (po Magii sprzątania), która wywołuje we mnie chęć kolejnych zmian.

          • Zachęcająca opinia. (Znak właśnie zaproponował mi przesłanie egzemplarza do recenzji, jestem bardzo podekscytowana). Ten optymalizm, jak go świetnie nazwałaś, jest mi bardzo bliski, bo nie ekstremalny.

          • Magda Kędzierska

            Bierz i czytaj. Naprawdę świetnie się czyta, jest tutaj sporo odniesień do chrześcijaństwa, ale w takim bardzo neutralnym kontekście, co mi się podoba. A sam Becker rzeczywiście jest normalny, tak normalnie normalny, nawet nie że w porównaniu do Babauty, bo on to jednak przesadza (42 przedmioty osobiste – tyle to ja mam książek!), ale taki właśnie zwykły, codzienny powiedzmy człowiek, z rodziną. Pisze np. że mają stół na 8 osób, chociaż rodzina jest 4 osobowa, ale zostawili ten stół bo lubią przyjmować gości – dostosowali minimalizm do swojego trybu i stylu życia.

          • No właśnie, zawsze był taki normalny i cieszę się, że od niego zaczęłam, a Babautę traktowałam raczej z rezerwą. (Popadanie w przesadę – to nie dla mnie). Dzięki, Magda :)

          • Magda Kędzierska

            Bardzo proszę, będę czekać na Twoje wrażenia z lektury.

        • No właśnie ;) Według mnie rzeczywiście jest restrykcyjny aż do przesady, ale z drugiej strony liczy tylko przedmioty, których SAM używa, nie wlicza do listy garnków czy innych szklanek, bo dzieli jest z resztą rodziny. Jeśli się tak podejdzie do tego całego liczenia przedmiotów, to pewnie niektórzy z nas mieliby podobną listę.

          • Magda Kędzierska

            Tak wiem, że to tylko osobiste jego rzeczy, ale ja samych ubrań łącznie z bielizną i butami mam więcej (chociaż i tak niewiele) niż 42 przedmioty:)

  • Marta

    Zmiany. Czasami dokonują się niezauważalnie a innym razem można precyzyjnie określić ich początek. Dla mnie pierwszy wstrząs stanowiła lektura “Wtorków z Morriem” Mitcha Alboma w 2002r. Następne zmiany, zarówno te małe jak i znaczące, następowały po sobie niczym efekt domina. Obecnie chętnie wracam do inspiracji z przeszłości, część z nich pozostaje dla mnie wciąż aktualna. Pomimo upływu 15 lat, pragnienie prowadzenia prostego życia oraz dążenie do rozwoju osobistego pozostaje równie żywe i świeże jak na początku mojej drogi.

    • Od czasu do czasu warto sobie odświeżyć pamięć. Dążenie do “mniej” stało się moim stylem życia, ale mam swoje słabości i czasem potrzebuję motywacyjnego kopa :)
      Zainteresowałaś mnie tą książką. Nigdy o niej nie słyszałam, możesz napisać coś więcej?

    • “Wtorków z Morriem” nie czytałam, teraz przeczytam. Dziękuję :)

  • Ja pamiętam jak półtora roku temu zaczynałam od minimalizmu. Ciężka droga za mną, jeszcze cięższa przede mną, ale jest warto z pewnością. Im więcej przedmiotów ubywa, tym po prostu czuje się lżejsza. Tak samo jak z kilogramami. Co najlepsze, że przestałam się tak przywiązywać do przedmiotów i wiem, że to tylko przedmioty.

    • Świadomość braku przywiązania do przedmiotów to tak naprawdę dobry początek drogi do minimalizmu :) Powodzenia!

  • Myślę, że przychodzi taki etap, że się już nie chce czytać o minimalizmie. Po prostu się tak żyje. Warto czasem odświeżyć powody, dla których się na daną ścieżkę weszło. Wydaje mi się, że wtedy jest takie zaskoczenie, że zaszło się dalej. Że mała zmiana uruchomiła jakiś dalszy ciąg zmian, których wcześniej nawet nie rozważaliśmy. Ja chciałam pozbyć się rzeczy, mieć mniej z tyłu głowy a teraz skupiam się na życiu zgodnie z wartościami, które zeszły na plan dalszy przez to całe zagubienie się w bałaganie (rzeczach, myślach). Wróciłam do marzeń z czasów studiów, niektóre przedefiniowałam. Ale nie udałoby mi się to, gdyby nie początek: minimalizm.

  • Bardzo mnie zainteresował tytuł posta – ta “relektura” mnie zelektryzowała! Usłyszałam o minimalizmie i Babaucie w 2011 roku i przez te 6 lat wiele się u mnie zmieniło. Choć jak dotąd nie straciłam pewności, że minimalizm (czy esencjalizm może) jest moim idealnym stylem życia, to po pierwszych miesiącach lub latach entuzjazmu można zacząć nieco gubić z oczu ścieżkę. Albo jak w miłości – minęła już pierwsza faza ekscytacji ;) Nie czytałam tego e-booka, wtedy czytywałam sam blog Zen Habits, więc może zajrzenie do niego teraz, też swego rodzaju relektura – bo przecież dawno przestałam być początkująca – byłaby dla mnie dobrym sposobem na ponowne podniesienie temperatury w moim związku z minimalizmem :) Dziękuję za ten post!

    • Polly, zdecydowanie polecam sięgać do lektur z początków przygody z minimalizmem. Teraz np. drugi raz czytam “Mniej” M. Sapały i od razu zauważyłam, że czytam ją zupełnie inaczej niż te trzy lata temu, kiedy pierwszy raz po nią sięgnęłam. Mimo że się wydaje, że wszystko wiemy o minimalizmie, to na pewno w naszym życiu są jeszcze takie zakamarki, które warto uprościć. Odkrywanie na nowo prostoty daje ponownego kopa do działania :)