Niecodzienna dniówka

Dzień z życia dziennikarza. Kamil Dziubka, reporter Onet.pl

25/03/2017

Kiedy po dwóch miesiącach żaden z wybranych przeze mnie mentorów na Lifetramp nie zareagował na moją prośbę postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Kamil Dziubka, kiedyś wieloletni reporter Wiadomości, obecnie dziennikarz Onetu, a prywatnie mój dobry znajomy, bez wahania zgodził się, bym jak cień towarzyszyła mu podczas całego dnia pracy.

Kulisy dziennikarstwa zawsze mnie fascynowały, więc podekscytowana rankiem w umówiony dzień wyruszyłam do stolicy, by podglądać pracę reporterów. Nie interesuję się polityką. Codziennie rano Bartek, przygotowując śniadanie, katuje mnie przeglądem programów informacyjnych, więc coś tam wiem. Mimo to w sejmie miałam pojawić się jako kompletny naturszczyk i polityczna ignorantka. Jednak to nie politycy mnie interesowali, a dziennikarze – ich warsztat, sposoby przygotowania materiału, podejścia do rozmówców i organizacja pracy.

No to w drogę!

Po dwóch godzinach w Pendolino wysiadłam na Centralnym. Prosto z dworca pojechałam na Wiejską, gdzie czekał już na mnie Kamil. Ostatni raz widzieliśmy się jakieś cztery lata temu, ale okazało się, że niewiele się zmieniło i nadal dobrze się dogadujemy. Odetchnęłam z ulgą, w końcu z tym człowiekiem miałam spędzić cały dzień. Najpierw odebrałam przepustkę załatwioną przez Kamila i tym sposobem wchodziłam do sejmu jako jednodniowy przedstawiciel prasy. Prześwietlono mi torbę i kilkakrotnie legitymowano. Niskimi korytarzami dotarliśmy do głównego budynku znanego mi z telewizji. Do rozpoczęcia obrad została jeszcze godzina, więc mój przewodnik oprowadził mnie po tym sławnym przybytku. Drugą najważniejszą sceną, zaraz po sejmowej sali obrad, jest dobrze znane z telewizji miejsce zaraz obok głównych schodów, tak zwany stolik dziennikarski. To tutaj posłowie odpowiadają na pytania dziennikarzy i wydają oświadczenia w świetle przenośnych lamp, pod ostrzałem kilkunastu kamer na statywach i permanentnie ustawionych mikrofonów w czarnych gąbkach z nazwami stacji. Rzuciłam okiem na salę, w której odbywała się komisja śledcza w sprawie Amber Gold, a także na boczne schody, gdzie podobno często posłowie uciekają przed niewygodnymi pytaniami dziennikarzy.

Kamil Dziubka cieszy się zaufaniem szefostwa i ma sporą swobodę jeśli chodzi o dobór tematów. Jedenaście lat pracy w telewizyjnych “Wiadomościach” pozwoliło mu nie tylko zdobyć doświadczenie jako reporter, ale również wypracować twórczy schemat działania. “W polityce zawsze się coś dzieje” powiedział. “Wystarczy obserwować bieżące wydarzenia, czytać, interesować się światem. Dzięki temu zawsze wiem, gdzie mam się pojawić i gdzie będzie się działo coś godnego uwagi.” O ile w TVP Kamil mógł liczyć na pomoc researcherów, dźwiękowców czy montażystów, w Onecie może polegać tylko na sobie. Chociaż to nie do końca prawda. Spora odpowiedzialność za udany materiał spoczywa na barkach operatora kamery. Michał Karaszewski od dziesięciu lat pracuje przy relacjach z najważniejszych wydarzeń w kraju i za granicą. Wie, gdzie się ustawić, by zdobyć dobre ujęcie, potrafi intuicyjnie wyprzedzić bieg wydarzeń i sfilmować godne uwagi obrazki. Kamil i Michał bardzo dobrze się rozumieją, co miałam okazję zauważyć przez te kilka godzin. “Po roku współpracy ja wiem, co on zrobi, a on wie, czego ja chcę. Mamy do siebie zaufanie, a poza tym prywatnie bardzo się lubimy. Bez tej chemii tak naprawdę nie byłoby materiału.” przyznał Kamil.

Zbliżała się 10.00 i coraz więcej dziennikarzy gromadziło się w wyznaczonym dla siebie miejscu. “Chodźmy pod główne wejście” zarządził Kamil chwytając mikrofon z żółtym logo Onetu. “Może uda nam się zadać kilka pytań wchodzącym posłom.” Razem z Michałem dzierżącym na ramieniu masywną kamerę posłusznie zeszliśmy po sejmowych schodach i od czasu do czasu rzucając okiem na drzwi wypatrywaliśmy znanych twarzy. “Czasem można w ten sposób zdobyć niezłe zdjęcia do przebitek” wytłumaczył mi Michał.

 Przebitka – krótkie ujęcie wmontowane w scenę, które uatrakcyjnia narrację 

Po chwili dołączyła do nas Karolina Lewicka z Tok FM, która szybko zasypała pytaniami sennie wchodzącego do gmachu posła Niesiołowskiego. Obok nas błyskawicznie przemknął bardzo przystojny poseł Myrcha, a poza tym nie pojawił się już nikt. Okazało się, że większość posłów uczestniczyła od rana w klubowych naradach. Schodzili więc grupkami po głównych schodach do sali obrad co chwilę zatrzymywani przez reporterów na wąskich marmurowych stopniach. “Dzień dobry, dzień dobry, wszystko w porządku?” powitał nas przewodniczący Schetyna machając dłonią i szybko zniknął za drzwiami sali. Podobnie zrobił poseł Siemoniak otoczony zwartą grupą partyjnych kolegów. Lewicka złapała Kosiniaka-Kamysza, który zgodził się odpowiedzieć na parę pytań, ale zasugerował, by stanąć w innym miejscu i nie blokować schodów. Po chwili rozległ się piskliwy dźwięk dzwonka wzywającego na obrady. Udaliśmy się więc na górną galerię, by chwilę im się przyjrzeć. Mimo że marszałek odczytywał porządek obrad nikt go nie słuchał. Posłowie chodzili po sali, skupiali się w grupkach, żeby pogadać, grzebali po torbach, czytali gazety. Widocznie nie do końca byli zainteresowani debatą na temat projektów zmian w kodeksie karnym. Na galerii spotkaliśmy Justynę Dobrosz-Oracz, która emocjonalnie opowiadała mi o swojej rozmowie z Ryszardem Czarneckim z dnia poprzedniego, który wytrącony z równowagi jej pytaniami prawie zerwał wywiad.

Sejmowa komisja kultury

Głównym punktem naszego dnia miała być relacja z obrad komisji kultury na temat repolonizacji mediów. Dyskusja była o tyle ciekawa, że dotyczyła listu Marka Dekana, prezesa grupy Onet-RASP, do pracowników, w którym niektórzy posłowie doszukali się instrukcji dla dziennikarzy niezgodnej z interesem państwa. Będąc w towarzystwie reporterów Onetu, Kamila Dziubki, Jonasza Jasnorzewskiego i Bartka Bublewicza mogłam odczuć oczy skierowane w naszą stronę sali oraz wysłuchać prześmiewczych komentarzy dziennikarzy z innych stacji. Pomijając, co myślę na temat całej tej sprawy, z ciekawością wysłuchałam argumentów członków komisji. W jej skład wchodziło sporo znanych mi twarzy – posłanki Sobecka, Kidawa-Błońska, posłowie Gliński, Kamiński czy znani mi z plakatów jeszcze do niedawna rozwieszonych po Śląsku posłowie Sośnierz i Król. Przy stole siedział też poseł Rutnicki, który brał udział w pierwszej edycji Idola oraz Krzysztof Mieszkowski, dawny dyrektor wrocławskiego Teatru Polskiego. Po godzinie od rozpoczęcie debaty tylnymi drzwiami wślizgnął się niepozorny poseł Liroy-Marzec.

Tak naprawdę miałam wrażenie, że ta debata to jeden wielki spektakl. Obecni na sali posłowie wygłaszali (a nawet często odczytywali) przygotowane wcześniej kwestie i przerzucali się ciągle tymi samymi argumentami. Dwugodzinne przelewanie z pustego w próżne transmitowane na żywo nie tylko na stronie Onetu. Kamil notował na telefonie co ciekawsze fragmenty dyskusji dopisując obok godzinę. “To ułatwi późniejszy montaż” wytłumaczył. Pozostali dziennikarze pracowali na laptopach, część robiła ręczne notatki w notesach, a inni – jak to czasem bywa w pracy – spali albo przeglądali Facebooka. W trakcie posiedzenia między siedzącymi obok siebie dziennikarzami gruchnęła wiadomość o niespodziewanym planowanym na ten sam dzień spotkaniu prezesa Kaczyńskiego z premier Wielkiej Brytanii Theresą May. O tym, że w Londynie miał miejsce atak terrorystyczny dowiedzieliśmy się dopiero po zjeździe na montaż do redakcji.

Sala była zarezerwowana do 13.00, więc już po 12.30 wszyscy zaczęli spoglądać na zegarek, rozmawiać z towarzyszami, niektórzy posłowie cicho wymykali się z sali. Po zakończonej debacie reporterzy rzucili się z mikrofonami do wychodzących posłów, ale jedynie wicepremier Gliński zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań. Mieliśmy więc większość materiału, ale przeszliśmy się jeszcze korytarzami sejmu.

W kilku oddalonych od siebie miejscach przy rollupach z logami partii oświetleni lampami kamer politycy udzielali wywiadów. Dalej, przy głównych schodach, poseł Siemoniak przemawiał do zgromadzonych wokół dziennikarzy. Ustawione tu misternie o 9.00 rano kamery i mikrofony stacji radiowych i telewizyjnych wreszcie mogły spełnić swoją rolę.

“Jest tu niedaleko jakiś kiosk?” zapytał nagle Kamil. “Na rogu jest Ruch” szybko odpowiedział Michał. “Zrób zdjęcia nagłówków.” Potem zdjęcia z pobliskiego kiosku znalazły się w przebitkach w końcowym materiale. Pokręciliśmy się jeszcze po sejmie i po 14.00 ruszyliśmy do redakcji, by przygotować materiał.

Pora na montaż

Warszawska redakcja Onetu znajduje się przy Marszałkowskiej 76. Kiedy rano mijałam to miejsce w drodze na Wiejską przed wejściem kręciła się grupka dzieciaków. Nic dziwnego, w tym samym budynku mieści się studio Dzień Dobry TVN, które jest magnesem na łowców autografów. “Czasem mam problem dostać się do pracy” przyznał Kamil kręcąc z niezadowoleniem głową. W lobby napotkaliśmy się na ożywioną dyskusję Węglarczyka z Prokopem, a po chwili wjechaliśmy windą na ósme piętro, gdzie znajduje się newsroom. Żółto-szary openspace z wielkimi oknami z ciekawym widokiem na Warszawę i motywacyjnymi hasłami na ścianach skojarzył mi się z typowym korporacyjnym biurem. Kamil przedstawił mnie kolegom (“Kasia jest blogerką” nadal brzmi dla mnie dziwnie) i usiadł z Marcinem Jędrasiewiczem, szefem wydawców i reporterów wideo, by omówić kształt materiału – relacji z obrad komisji kultury. Obaj doszli do wniosku, że dla urozmaicenia obrazu trzeba dorzucić słowo komentarza sprzed głównej sceny wydarzeń. Po chwili więc zmierzaliśmy wraz z Michałem Karaszewskim w kierunku sejmu, by spod pomnika AK nagrać kilkunastosekundowy eltet.

 Eltet – od live-to-tape – relacja “na żywo” nagrana na taśmę 

W drodze powrotnej, czyli ok. 15.00, postanowiliśmy skoczyć na szybki lunch. Ja sama nie jadłam od czwartej rano, kiedy to, podejrzewając jak szalony mógł to być dzień, wsunęłam wyjątkowo pożywne śniadanie. W “sławnej” Cafe TVN zamówiłam kawę (szczerze mówiąc – okropną) i całkiem smaczną potrawkę z bulgurem. Po chwili byliśmy już na górze, gdzie rozsiedliśmy się w jednej z ciasnych przeszklonych montażowni. Po newsroomie kręcił się dyrektor programowy – Bartosz Węglarczyk, a na wielkim telewizorze można było podglądać krakowską redakcję Onetu. Na dwóch ekranach komputerowych Kamil uruchomił program do montażu materiału i zaimportował nagrane w ciągu dnia zdjęcia. Najpierw na podstawie notatek sporządzonych podczas obrad komisji wybrał najciekawsze wypowiedzi polityków. Po wstępnym rozłożeniu migawek przyszedł czas na napisanie streszczenia wydarzeń w sejmie. Kamil zaprowadził mnie do mini-studia, gdzie nagrał te kilka zdań komentarza, które w ostatecznym materiale byłyby głosem z offu zilustrowanym przebitkami.

 Głos z offu – inaczej komentarz zza kadru 

Po krótkiej wizycie w studiu nagrań wróciliśmy do montażowni, by stworzyć ostateczny szkic materiału (tzw. układkę), który następnie miał dopracować profesjonalny montażysta. Marcin Wach czekał na nas przy swoim biurku po 17.30. “Tu wrzuć przebitkę z nagłówkami, tutaj rzut na członków komisji, a tu będzie pasować zdjęcie komórki” rzucał swoje sugestie Kamil, a Marcin modyfikował materiał tak, by był jak najbardziej estetyczny. Oprócz części wizualnej wideo zadbał o jednakowy poziom dźwięku, płynne przejścia między ujęciami, dodał również winiety i animacje. Wiadomościom na Onecie zawsze towarzyszy muzyka, więc Marcin i Kamil wybrali pasujące do materiału dźwięki. W końcu dziewięć godzin pracy przełożyło się na trzyminutową relację wideo. (Efekty tej całodniowej pracy możecie zobaczyć TUTAJ)

Przed 19.00 plik trafił do skrzynki mailowej Marcina Jędrasiewicza, który po kilku minutach zaakceptował to wiekopomne dzieło. Mogliśmy więc odetchnąć z ulgą. Koniec dniówki. Przyznaję, byłam wykończona. Wykończona i głodna. Zrobiłam sobie pamiątkowe zdjęcie z logo Onetu i poszliśmy na kolację, gdzie miałam okazję zadać Kamilowi jeszcze parę pytań.

Czy każdy Twój dzień wygląda tak samo?

Kamil Dziubka: Wszystko zależy od bieżących wydarzeń, ale rzeczywiście, moje dni pracy wyglądają bardzo podobnie. Dzień wcześniej ustalam sobie, co będę robił następnego dnia. Czasami są to oczywiste rzeczy, jak obrady sejmu czy relacja z konferencji rządowej. O 10.00 jadę na zdjęcia, o 14.00 zjeżdżam do firmy i przygotowuję sobie układkę, czyli odpalam program montażowy, zrzucam wszystkie zdjęcia i wycinam setki. Następnie piszę tekst, nagrywam komentarz i robię ramę, którą potem uzupełnić trzeba zdjęciami. O 17.00 siadam z montażystą i o 19.00 zazwyczaj już jestem wolny. Odkąd zmieniłem pracę mam więcej czasu dla siebie. Cenię też sobie wolne weekendy. Mogę nie tylko w spokoju poczytać książkę, ale też pójść na siłownię czy pograć na konsoli.

Czym różni się praca w “Wiadomościach” od tej w redakcji Onetu?

W internecie nie ma takiego ciśnienia, bo nie ma codziennego programu. “Wiadomości” ukazują się każdego dnia o tej samej porze, więc zawsze jest jakiś deadline. Nie tylko trzeba przygotować cały materiał, ale zmontować go i dać do akceptacji redaktora naczelnego na długo przed emisją. W Onecie deadline’u właściwie nie ma, jest więc większa swoboda i mniej stresu. Wideo to tylko dodatek do materiału tekstowego, jednak coraz częściej serwisy internetowe stawiają na artykuły zilustrowane obrazami, zdjęciami i filmami.
Teraz praca ode mnie wymaga większej kreatywności, co jest bardzo pozytywną zmianą. Kiedyś klejąc materiał nie ruszałem się zza biurka. Nie miałem też dostępu do programu montażowego, a jedynie dostęp do zdjęć, z których mogłem wybrać interesujące mnie fragmenty, a montażyści składali to za mnie.

Skoro praca w serwisie internetowym tak różni się od tej w telewizji, czy Twój sposób przygotowania materiału również uległ zmianie?

Staram się nie robić oczywistej relacji z danego wydarzenia, tak jak w telewizji, która zrobi to zawsze lepiej dysponując lepszymi narzędziami. Dążę do tego, by wyjąć jeden ciekawy wątek z całego dużego tematu i ugryźć go z innej strony. W internecie nie zawsze trzeba robić pełny i wyczerpujący materiał. Czasem wystarczy zrobić kilka setek (czyli “100% dźwięku i obrazu”).

Widać, że w tej pracy czujesz się jak ryba w wodzie. Gdybyś jednak nie był dziennikarzem, co chciałbyś robić w życiu?

Powiem tak… Nie byłbym górnikiem. Jako dziennikarz miałem okazję być na dole w kopalni. Kopalnia to miejsce, w którym nie chciałbym spędzić więcej niż kilka godzin. A górnicy spędzają tam po 20 i więcej lat. Ale miałem okazję ich poznać dzięki dziennikarstwu. Tak jak miałem okazję zobaczyć z bliska, a nawet porozmawiać z wszystkimi prezydentami wolnej Polski, słuchać na żywo prezydenta USA, lecieć z polskimi żołnierzami nad górami Afganistanu czy obserwować z bliska kilkanaście szczytów Unii Europejskiej, informować o tym, że Polak został szefem Rady Europejskiej, że pewnie za naszego życia Kraków już nie będzie taki jak w trakcie Światowych Dni Młodzieży (przeżyłem to), czy relacjonować z Moskwy rosyjskie reakcje na zestrzelenie malezyjskiego boeinga nad wschodnią Ukrainą… Znajdźcie mi taki drugi zawód. Nie byłbym dziennikarzem w jednym przypadku – gdybym był motylem albo nosorożcem.

***

Mój dzień spędzony u boku dziennikarza to jedno z najciekawszych doświadczeń w moim życiu. Nie tylko zobaczyłam, jak wygląda praca z drugiej strony kamery, ale również przełamałam moją awersję do zadawania pytań. Nie lubię pytać, bo zawsze mam obawy, że ktoś odczyta moje pytanie jako wścibstwo albo uzna mnie za nieoczytaną ignorantkę (nie wiem, co gorsze). Odrzuciłam jednak tę postawę i zadając Kamilowi mnóstwo pytań dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Co więcej, poznałam świetnych ludzi, a wszyscy byli dla mnie przemili. Począwszy od Michała, uroczego operatora w koszulce SurgePolonia, poprzez Marcina, wiecznie uśmiechniętego montażystę, na Justynie kończąc, którą do tej pory kojarzyłam raczej z ostrych wywiadów z politykami, a okazała się świetną, pozytywną i otwartą babką. Mimo że wieczorem zasypiałam na stojąco uważam, że to był bardzo owocny dzień.
“I jak wrażenia?” zapytał mnie na koniec Kamil. Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć, bo wrażeń miałam pełno. Dziennikarstwo to jedna wielka niewiadoma – dużo czekania, zadawanie pytań, wyłapywanie konkretów i oczywiście łapanie za słówka. Cieszę się, że mogłam zobaczyć to wszystko od kuchni. Przekonałam się, że sama nie mogłabym tak pracować, bo nie lubię niespodzianek. Poza tym z pewnym zaskoczeniem zauważyłam, że czułam się bardzo swobodnie wśród tylu znanych ludzi. Nie czułam się onieśmielona przebywając obok najważniejszych osób w państwie. Oglądając to, co się dzieje w sejmie, kiedy kamera nie patrzy, doszłam do wniosku, że polityka ma w sobie wiele z teatru. Grzebiące w torbach posłanki i plotkujący po kątach posłowie to zwykli ludzie, tacy jak my wszyscy, tylko wchodzący w przydzielone sobie wielkie role. Odpowiadając na pytania dziennikarzy przyjmują pełne powagi miny, prostują się, wygłaszają wyuczone kwestie, a jak tylko gaśnie światło kamery wkładają ręce do kieszeni, oglądają głupie filmiki w internecie i komentują kolory krawatów kolegów. Utwierdziło mnie to tylko w przekonaniu, że polityki nie należy traktować zbyt poważnie.

***

Dziękuję Kamilowi za umożliwienie mi zdobycia cennych doświadczeń oraz szefostwu Onetu, które zgodziło się na zaglądanie w zakamarki redakcji.

  • Świetna przygoda! Z ogromnym zainteresowaniem czytałam każde słowo;) Mnie osobiście polityka bardzo mało interesuje, mogłabym określić siebie jako ignorantkę w tym temacie. Po prostu wolę się od tego odcinać i nie stresować nie potrzebnie. Więc tym bardziej doceniam taką pracę dziennikarza, który musi śledzić i wyłapywać to co istotniejsze.

    • Możemy sobie przybić piątkę ;) Staram się odcinać od bieżących wiadomości, a po tym doświadczeniu jeszcze bardziej się utwierdziłam w tym, że warto to robić ;)

  • Anna Leszczyńska

    Nie mogę się zgodzić z tym, żeby całkowicie ignorować to, co się dzieje w polityce. Często od tego, zależą nasze sprawy i nasze życie. Mam na myśli np reformę edukacji lub zmiany w resorcie zdrowia (sieć szpitali, opieka okołoporodowa). Wiadomo, wszystko z umiarem, nie namawiam nikogo, żeby się stresował śledząc kolejną sejmową awanturę, ale ręke na pulsie warto trzymać! Polityka ma coś z teatru, a czasem naet z komedii, jednak Ci ludzie są odpowiedzialni za sytuację w kraju. No i sami ich wybieramy, jak podjąć decyzję całkowicie się od tego odcinając? A Kasi gratuluję ” wyjścia ze swojej strefy komfortu” – zadawania pytań i wspaniałej przygody :)

    • Jasne, Aniu, trzeba się orientować, chodzić na wybory i wiedzieć, kogo się wybiera. Ale nie warto za bardzo się tym wszystkim ekscytować 😉 umiar, jak ze wszystkim.

      • Anna Leszczyńska

        Spotkałam się już z dietą informacyjną u Kasi z Simplicite. I o ile obie jesteście źródłem mojej inspiracji, to z tym podejściem trudno mi się zgodzić. Jest to kwestia refleksji i przemyślenia na ile wpuścić do swojego codziennego życia dawkę “newsów” i z całą pewnością niezbędny jest umiar (jak we wszystkich sferach życia) o czym wcześniej napisałaś. Nie tyle nie podoba mi się ograniczanie docierania informacji z bierzących wydarzeń politycznych co ODCINANIE się całkowicie. Żeby byla jasnosc :) Jakby nie patrzeć życie publiczne i demokracja wpływa na nas i to jest dla mnie jednym z fundamentów budowania świadomego społeczeństwa. A istotą demokracji jest wolność, więc oczywiście, szanuję wybór nawet jak się z nim nie zgadzam. Wiem Kasiu, że dziś jesteś offline, życzę zatem miłej niedzieli :)

    • Ruda

      A ja ignoruję, co się dzieje w polityce. Strasznie mnie męczy. Wybrałam tzw. emigrację wewnętrzną, a i tak jakoś trafiają do mnie istotne informacje o polityce w kraju i na świecie (i mnóstwo nieistotnych). Może i polityka ma coś z teatru, ale bardzo amatorskiego. W teatrze lubię nawet spektakle polityczne czy społeczne, poruszające aktualne tematy, ale polityka mnie słabi, a może nawet bardziej smuci.
      Zamiast obserwować bieżące kłótnie, wolę raz na jakiś czas przeczytać jakąś dogłębną analizę problemu, albo po prostu czytać pisma teoretyczne – o mechanizmach polityki i raz na jakiś czas sprawdzać, czy te teorie się sprawdzają.

      • To ciekawe, co piszesz. O jakich teoriach myślisz?

        • Ruda

          Hmm, pisanie o różnych teoriach to chyba temat dłuższy niż na posta… ale przykładowo: pisma Hannah’y Arendt, Georga Orwella, Erica Hobsbawna, Zygmunta Baumana, Benjamina Barbera, Noama Chomsky’ego, Nilsa Christie’ego – to takie pierwsze nazwiska, które mi się przypominają.

    • Aniu oczywiście, ja też zawsze biorę udział w wyborach i przed zgłębiam wiedzę na temat tego na kogo warto a na kogo nie według moich odczuć i ideologii życiowych. Nawet jak nie oglądam celowo informacji czy nie wyszukuje ich w internecie na bieżąco, zawsze coś do mnie dociera, bo ludzie o tym mówią co im leży na sercu, co ich uciska, a co ich cieszy.

      Niektóre reformy wku** mnie tak bardzo, że wolę już nie słuchać. Czy mam na nie wpływ? Niestety nie. Mogę albo siedzieć w domu i się denerwować, albo po prostu o tym nie słuchać i starać się hmm jak to nazwać? przetrwać do następnych wyborów?