12 niecodziennych rzeczy

#12niecodziennych – luty

01/03/2017

Luty to najkrótszy miesiąc roku, więc pewnie to dlatego jego dwadzieścia osiem dni przeleciało w błyskawicznym tempie. Z drugiej strony, mogła być to zasługa mojej wyjątkowej aktywności w tym minionym miesiącu. Ostatnio nie mam zbyt dobrego okresu, na co na pewno ma wpływ przedłużająca się – w moim mniemaniu – zima. Zamiast siedzieć w domu i użalać się nad sobą postanowiłam zdobywać nowe doświadczenia, a w lutym było tego naprawdę sporo. Hasło na ten miesiąc dla większości uczestników akcji #12niecodziennych brzmiało “Wychodzę ze strefy komfortu”. Chcecie dowiedzieć się, jak niecodzienny był nasz luty?

Moje lutowe niecodzienności

Luty zaczęłam od nadrabiania “życiowych” zaległości i po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna odwiedziłam bibliotekę miejską. Chciałam dobrze przygotować tekst “Jak pisać?”, więc postanowiłam trochę pogrzebać i się douczyć. Zasoby miejskiej biblioteki okazały się wystarczające. Od tamtej pory zrobiłam już trzy rundy do tego przybytku wiedzy za każdym razem wracając z siatką pełną książek. Wiąże się z tym kolejna niecodzienność. Od kilku lat na moim nocnym stoliku lądują jedynie biografie, reportaże i poradniki. Postanowiłam doświadczyć czegoś nowego i sięgnęłam po prozę. Kilka pozycji doczytałam tylko do połowy, bo nie dałam rady, ale niektóre przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. Warto było przełamać banalne schematy.

W minionym miesiącu nadrobiłam zaplanowane już dawno niecodzienności. Na profesjonalny manicure chciałam się wybrać już w ubiegłym roku, ale nigdy nie miałam czasu ani natchnienia. Wykorzystałam samotną wycieczkę do centrum handlowego i spontanicznie weszłam do salonu pielęgnacji paznokci. Na początku czułam się trochę nieswojo, w końcu pierwszy raz w życiu powierzyłam paznokcie specjaliście. Przemiła kosmetyczka postarała się jednak, żebym miło spędziła czas. Nie byłam jednak świadoma, że manicure zajmuje tyle czasu! Po pół godzinie zaczęłam robić się trochę nerwowa. Nie byłam przygotowana na tak długie zabiegi pielęgnacyjne. Postanowiłam się jednak zrelaksować, w końcu po to tam poszłam. Byłam bardzo zadowolona z efektów – chyba pierwszy raz w życiu miałam równo obcięte wszystkie paznokcie… Odważny, jak na mnie kolor, towarzyszył mi przez kilka dobrych dni. Nie jestem jednak pewna, czy kiedykolwiek powtórzę to doświadczenie. To bardzo przyjemne, kiedy ktoś się tobą zajmuje, jednak mam poczucie, że potrafiłabym lepiej zagospodarować tą godzinę…

Wizyty w teatrze powoli stają się nie tyle codziennością, co małym rytuałem. W lutym udało nam się dostać bilety na ciekawy spektakl. “Być jak Elisabeth Taylor” wystawiany w chorzowskim Teatrze Rozrywki nie tylko kusił tytułem, ale i wyjątkową obsadą. Trzeba przyznać, że o ile sztuka nie prezentowała jakichś głębszych treści, to zobaczenie na scenie znanych – i jak się okazało, rzeczywiście dobrych – aktorów było niecodziennym przeżyciem. Foremniak zagrała świetnie, Deląg bardzo się postarzał, ale nadal jest niesamowicie przystojny, Czarnota jest szalenie ekspresyjny. Nie znam się na teatrze, ale ci aktorzy zaserwowali nam spory wachlarz emocji. Sama Foremniak aż się popłakała przy stojących owacjach. Warto było pojawić się w Rozrywce w poniedziałek wieczorem (mimo że nie zdążyłam dopić mojej lampki wina w krótkim antrakcie).

#12niecodziennych - luty

Bardzo intensywnym doświadczeniem był mój pierwszy od ponad trzech lat wypad w miasto na imprezę. Atrakcje w katowickich klubach i barach zaplanowała dla mnie Basia, z którą nie widziałyśmy się już od bardzo dawna. Nie znam Katowic od strony imprezowej, więc byłam podekscytowana tym, co mnie czekało tamtego wieczoru. Wspólnie rozpoczęłyśmy wypad przy pysznym, podobno wymyślonym specjalnie dla nas drinku w barze Żółte Drzwi na Dyrekcyjnej. Udało nam się wyhaczyć dwa ostatnie miejsca przy ogromnym oknie, skąd mogłyśmy podglądać stan kolejki pod drzwiami KluboGalerii SARP, gdzie miał się odbyć koncert Noviki i MrLexa, główny punkt naszego wieczoru. Sama KlubaGaleria SARP to bardzo ciekawe miejsce, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Muszę przyznać, że gdy już poczułam klimat tej house’owej imprezy zauważyłam, jak wiele się zmieniło od czasu mojego ostatniego clubbingu. Zabawa była bardzo kulturalna, mimo lejącego się strumieniami alkoholu serwowanego w fikuśnych drinkach przez sponsora imprezy. Zdałam sobie sprawę, że inaczej przecież wygląda impreza w składzie osób 20+, a inaczej 30+. W SARPie bawi się głownie ta starsza młodzież. Mimo że house to nie moje klimaty, to świetnie się bawiłam. W trakcie koncertu zrobiłyśmy sobie małą przerwę od hałasu i wyskoczyłyśmy do baru typu wóda i zakąska do Ambasady kilka ulic dalej. Nie polecam jednak tego miejsca, bo oprócz przyzwoitego ginu z tonikiem spotkała nas chamska obsługa i fatalne frytki. Po przerwie wróciłyśmy do Sarpu i tańczyłyśmy do czwartej nad ranem. Ta nocna wyprawa to było naprawdę niecodzienne doświadczenie i mam nadzieję, że już niedługo uda mi się je powtórzyć.

Czy będę najstarsza? Czy będę jedyna, która nigdy nie chodziła na lekcje tańca? Czy dam radę wytrzymać godzinę intensywnego ruchu? Te i inne pytania dręczyły mnie, kiedy przygotowywałam się, by zdobyć kolejne niecodzienne doświadczenie. Postanowiłam wyjść ze strefy komfortu i jeszcze w styczniu zapisałam się na zajęcia w szkole tańca, które miały odbyć się pod koniec lutego. Planowałam zapisać się na dancehall, ale nie pasowały mi terminy. Stanęło więc na clase de reggaetón, czyli zajęciach z takiego latynoskiego disco polo. Wstyd przyznać, ale dość dobrze znam tę muzykę, kiedy to zdarzało mi się jej słuchać w studenckich czasach. Co więcej, moją pracę doktorską o języku potocznym na Kubie, Puerto Rico i Dominikanie chciałam oprzeć, między innymi, właśnie o teksty z piosenek nurtu reggaetón. Z doktoratu zrezygnowałam, ale sentyment do tych melodii pozostał. O mało co nie przegapiłam mojej pierwszej lekcji, bo nie zapisałam sobie daty w kalendarzu. Opatrzność jednak czuwała, bo przypadkowo w nocy przed zajęciami sobie o nich przypomniałam. Podekscytowana, ale trochę z duszą na ramieniu, jechałam na zajęcia z Reglą, energetyczną Kubanką. Okazało się, że ani nie byłam najstarsza, ani jedyna, która nigdy nie tańczyła. Regla podzieliła nas na dwie grupy – superpoczątkujących i bardzo zaawansowanych – i przygotowała dwie komplementarne choreografie. Muszę przyznać, że nie tylko świetnie się bawiłam, ale byłam pozytywnie zaskoczona, że bez problemu potrafię zapamiętać kroki. Raz zdobyłam pochwałę od instruktorki za niezłe ruchy, a potem jedno upomnienie za zbyt intensywne kręcenie biodrami. Godzina minęła błyskawicznie w genialnej atmosferze. Bez wahania kupiłam karnet. Od teraz każdą środę wieczorem mam zajętą.

Po intensywnych doświadczeniach luty zakończyłam takim bardzo spokojnym wyciągając mojego męża na poranny spacer. Wykorzystaliśmy pierwsze nieśmiałe i ciepłe promienie przedwiosennego słońca (oraz nieobecność Mai) i wybraliśmy się na eksplorację naszego miasteczka. Jako że oboje stąd pochodzimy, to spacer zamienił się w wycieczkę sentymentalną. Wspominaliśmy jak bardzo (albo jak wcale nie) zmieniły się miejsca, które dobrze znamy z dzieciństwa. To było naprawdę przyjemne doświadczenie i mam nadzieję, że takie wspólne spacery wejdą nam w krew.

Kasia i Alfonso

kawacaffe.pl

Nasze lutowe niecodzienności to przede wszystkim cudowny koncert Ennio Morricone w Krakowie. To jedno z tych wydarzeń, które ma miejsce raz w życiu za to pozostawia po sobie piękne wspomnienia.
Drugą niecodziennością było wyjście do kina. Alfonso po raz pierwszy wybrał się ze mną na polski film. Nie miał żadnych problemów ze zrozumieniem i jestem z niego niesamowicie dumna.

Zooo123

Już dawno, nie używałam naturalnych kosmetyków. Zapomniałam, o tym, bo byłam zajęta, innymi sprawami. Na szczęście, przypomniałam sobie, o tym, w tym miesiącu. Zaczęłam używać ich, od nowa i bardzo się z tego cieszę. Smaruję się nierafinowanym olejem kokosowym. Jako peelingu, używam oleju kokosowego, z solą lub cukrem i kakao. Od czasu, do czasu, jako odżywki, na końcówki włosów, też używam tego cudownego oleju. A czego używam, jako balsamu, do ust? Chyba, się domyślacie.

Ola

zonaluksusowa.com

Kiedy kilka dni temu usiadłam i zaczęłam zastanawiać się nad zebranymi niecodziennymi doświadczeniami w lutym, wydawało mi się, że nic takiego się nie wydarzyło. Jednak mimo dość intensywnego okresu na płaszczyźnie zawodowej, znalazłam czas, aby:
– kolejną internetową znajomość przełożyć na życie realne;
– wyrobić paszport i zacząć odważnie marzyć o wspaniałych podróżach,
– a na sam koniec odważyłam się wyjść ze swojej strefy komfortu i po raz kolejny zmierzyłam się z lękiem wysokości zaliczając słynne London Eye.

Po więcej moich doświadczeń zapraszam TUTAJ.

Iza

W lutym wyzwanie #12niecodziennych zaprowadziło mnie w zaskakujące strony – może dlatego, że miesiąc krótszy, a może przez to, że atmosfera taka przejściowa, niezdecydowana, jeszcze zima, ale wiosna już nieśmiało puka w okna…?

Nowe miejsce w moim mieście – na luty zaplanowałam wizytę w Hydropolis, ale zrezygnowałam. Uznałam, że mam tyle różnych (także niespodziewanych) wydatków, że bilet za niemal 30 zł może poczekać. Wybiorę się w marcu. Natomiast w lutym poszłam na wystawę “Photography never dies” w pięknych wnętrzach odremontowanego Dworca Głównego PKP we Wrocławiu – bilet promocyjny z okazji ferii, tylko 4 zł! Normalnie trudno tam wejść, sale są zamknięte i czekają na najemców, a naprawdę pięknie wyglądają. Sama wystawa fenomenalna – pokazuje fotografię z zaskakujących punktów widzenia. Jeden z fotografów robił zdjęcia ludziom, którzy w zapierających dech w piersiach krajobrazach i miejscach nie odklejali od oczu aparatu fotograficznego. Co w bardzo symptomatyczny sposób pokazuje, jak mocno żyjemy w kulcie obrazu i zamiast skupić się na przeżywaniu, robimy miliony fotek, nie pamiętając tak naprawdę tego, co widzieliśmy… Ale najbardziej wstrząsająca dla mnie była instalacja multimedialna: drukarka, która co 10 sekund wypluwała jedno czarno-białe selfie, przechwycone z FB dzięki specjalnemu programowi (każdy, kto otagował swoją fotkę #selfie i wrzucił na ogólnodostępny profil, mógł się tam znaleźć). Cała podłoga była zasłana tymi wydrukami, a ściana z tyłu stanowiła jedną wielką galerię fotograficznych autoportretów. Zmusza do myślenia.

Nowy projekt DIY – w lutym zaszalałam. Przerobiłam nieco zmoczoną kartkę świąteczną na obrazek i dorobiłam białą tekturową ramkę – wyszła całkiem ładna, minimalistyczna i skandynawska w stylu dekoracja na półkę. Wykorzystałam swoją starą piżamę, zrobiłam z niej włóczkę t-yarn i wyplotłam podkładkę pod garnek. No i wróciłam do drutów, ale tak naprawdę uczę się ich od nowa (w dzieciństwie przez pięć lat dziergałam 30 cm różnobarwnego szalika, który wyglądał trochę jak … długa ścierka. Padł ofiarą mojego słomianego zapału i braku systematyczności). Teraz mam fajne grube druty i ambicję, by wydziergać ozdobną poszewkę na poduszkę. Idzie nieźle, mam już prawie połowę. I najbardziej zakręcona rzecz – zapisałam się na weekendowy warsztat tapicerski! Bardzo mnie interesuje ten temat, już nie mogę się doczekać, choć będzie to dopiero na początku marca.

Nowy przepis – poległam na roladzie ziemniaczanej ze szpinakiem. Nie to, że nie wyszła – była ok. Ale ten zestaw smaków (ziemniaki, szpinak, ser biały, przyprawy) to niezbyt moja bajka. Za to pierwszy raz w życiu upiekłam chleb! Prosty przepis, proste składniki. Zdecydowanie moje odkrycie, na pewno będę go piekła częściej.

Agata

sarniezycie.pl

28 dni, równe cztery tygodnie, czyli luty odchodzi w przeszłość. No, może nie cały, bo wspomnienia po nim zostaną różnorodne, a jedna z niecodzienności lutowych zaowocuje dopiero za jakiś czas. Oto, co niecodziennego zrobiłam w lutym.

Cała akcja to dla mnie okazja, aby wyjść ze strefy komfortu. Z okazji swoich imienin postanowiłam zrobić coś nowego i przygotować samodzielnie plakaty do pobrania na blogu. Nie byłoby to może szczególne wyzwanie, gdyby nie fakt, że z całego procesu potrafię jedynie – dzięki doświadczeniu copywriterskiemu – przygotować tekst do grafiki. Na blogu możecie zobaczyć, jak sobie z tym poradziłam, przeczytać tutorial i pobrać trzy motywujące plakaty do samodzielnego wydruku.

Słowa pod różną postacią zajmują w moim życiu ważne miejsce. Jedną z form, w której je najczęściej zapraszam do siebie, są książki. Mimo że czytam sporo, nigdy wcześniej nie słyszałam o czymś takim jak book tour. Co to takiego? Podróż książki od jednego czytelnika do kolejnego. Akcje tego typu najczęściej organizują blogerzy we współpracy z autorami albo wydawnictwami. Każdy uczestnik ma określony czas na lekturę, a po zakończeniu może na okładce wpisać swoje przemyślenia i wysłać książkę dalej. Uważam, że to świetny pomysł w duchu slow life (tradycyjna poczta, tradycyjna książka) i minimalizmu (jedna książka dla wielu osób, bez kupowania). Gdy tylko przeczytałam o takiej możliwości, od razu chciałam wziąć udział w jakimś book tourze. Nie jest to jednak takie proste, szczególnie jeśli jesteście wybredni ;) Udało mi się za drugim razem – wezmę udział w book tourze z książką „Brunatna kołysanka, który organizuje Marta z bloga Żukoteka.

Na koniec niecodzienność, której wolałabym nie przeżyć, ale pokazała mi, jak bardzo zmieniło się moje podejście do życia. Podczas ferii moja córeczka trafiła do szpitala – została nawodniona zrobiono badania, wykluczając grypę i… zdecydowaliśmy się wypisać ją na własne życzenie. Nie chcę tutaj do niczego zachęcać, bo ta decyzja nie była łatwa i wiem, że przy pierwszym dziecku bym jej nie podjęła, tylko zostałabym na zalecane trzy dni. Ale tym razem zdałam się na instynkt, bo czułam, że jeśli tam zostaniemy, Eryka rozchoruje się, łapiąc jeszcze gorsze paskudztwo spośród tych szpitalnych. Szczęśliwie, doszła do siebie, a ja czuję się silniejsza jako rodzic.

Ania

youcancallmeann.pl

Nie raz już wspominałam, że razem z Przemciem lubimy czasem zjeść coś dobrego poza domem. Mamy swoje sprawdzone miejsca, ale odkrywanie nowych knajpek też jest dla nas przyjemne. Około dwóch tygodni temu wybraliśmy się do Kawki z kotem na sobotnie śniadanie wegańskie. Od razu mieliśmy 2 niecodzienne rzeczy – śniadanie poza domem i w dodatku wegańskie. Super sprawa! Od 10 do 15 (zdaje się, na 100% nie pamiętam) wystawiony jest szwedzki stół. Za 20 zł można jeść ile się chce, a przygotowane potrawy są bardzo smaczne 🙂 Takie atrakcje są w Kawce z kotem co weekend – jeżeli ktoś chce spróbować, to jak najbardziej polecamy.

Instagramowe wyzwanie fotograficzne. Jest super, wyzwala we mnie masę pokładów kreatywności i sprawia wielką frajdę. Bez niego i tak na pewno regularnie uzupełniałabym mój profil, ale dzięki tej akcji jest to dużo bardziej ciekawe i inspirujące. Zdecydowanie największa z niecodziennych rzeczy lutego.

Ostatkowa podróż do Krakowa. Od kiedy nie mieszkam w Krakowie, staję się coraz częstszym pasażerem PKP. Także w tym miesiącu odwiedzałam stolicę Małopolski. Jak zwykle spędziłam bardzo miło czas. Przede wszystkim pierwszy raz od długiego czasu byłam w kinie. Wraz z przyjaciółkami wybrałyśmy film “Jackie”. Moim zdaniem jest bardzo dobrze wyreżyserowany i nagrany, ale okropnie dołujący. Po takiej dawce smutku wybrałyśmy spędzenie wieczoru na krakowskim rynku.

***

Wyjście ze strefy komfortu potrafi mieć nieoczekiwane, pozytywne efekty. To tylko jeden z powodów, dla których łączymy się w akcji “12 niecodziennych rzeczy”.

A jakie niecodzienne doświadczenia zebraliście Wy w minionym miesiącu? Czego nauczyliście się o sobie? Proszę, podzielcie się w komentarzach.

Przeczytaj także

  • Tyle nowych, niecodziennych w tak krótkim miesiącu? Jestem pod wrażeniem i Twoich i czytelniczek. A ja wciąż odkładam wyjście do teatru, bilety drogie, nie ma towarzysza kto by ze mną chciał tam iść.
    Manicure, to ja bym czasami chciała by się ktoś tak mną zajął, ale mam zboczenie zawodowe i żal mi pieniędzy skoro mogę zrobić to sama no i się boję o efekt końcowy, w końcu przy sobie samej robię już od lat i wiem co lubię, jaki kształt itd.
    Z tańcem to jak z teatrem, brakuje towarzysza,a nie lubię sama chodzić w takie przybytki.
    Co do książek to ja uwielbiam kryminały, ale czasami zdradzam je z innym gatunkiem, właśnie kończę powieść historyczną “Miłość w czasie zagłady” i podoba mi się, chociaż po takich lekturach bardziej niż po kryminałach mam lęk by zasnąć i budzę męża, gdy się wciskam na jego połowę łóżka (od ściany) heheh.

    Na “Sztuka kochania” idę w końcu dzisiaj z moją Mama ;) Z czego bardzo się cieszę, w końcu film polski, który warto zobaczyć i moja Mama nie będzie musiała się męczyć z napisami.

    Ja tak jak widziałaś, zaczęłam godzinne marsze,na bieganie jeszcze za brzydko i za mało motywacji, chociaż wczoraj moje nogi już szybko przebierały i momentami chciałam biec:) I co jeszcze ciekawego robiłam? W piątek udałam się na sesję relaksacyjną “misy i gongi” i było extra! 1,5 h leżenia na macie i wsłuchiwania się w te niesamowite dźwięki. Ponoć zasnęłam w trakcie, ale kompletnie tego faktu nie mogę skojarzyć, wydaje mi się, że przez cały czas byłam świadoma i przecież gwałtownie się nie wybudziłam tylko kojarzyłam każdy dźwięk do końca. Bardzo ciekawe doznanie, które pozytywnie naładowałomniena cały weekend i mam zamiar pójść ponownie – być może z mężem już 24 marca.

    • O wow, gongi i misy? To musi być ciekawe doświadczenie. Mam nadzieję, że w końcu uda Ci się wybrać do teatru. Mój mąż też był początkowo sceptykiem, ale jak już raz go wyciągnęłam, tak wsiąknął ;) Może u Was będzie podobnie.
      Fajnie, że chodzisz, to taka wprawa przed powrotem do biegania. Na pewno niedługo wróci do Ciebie motywacja.

      • Tak, było to coś zupełnie innego i nie do opisania:) Mam taką nadzieje, że się kiedyś przekona.
        Jeszcze trochę, już jest dłużej jasno, więc będzie przyjemniej z tym bieganiem.

  • Justyna

    Gratuluję, wspaniałe przeżycia.Zaskakujące zapisanie się do biblioteki, ja nie mogę sobie wyobrazić życia bez karty stałego czytelnika ;) . Na tańce może kiedyś się zapiszę ( raz uczestniczyłam jako nastolatka, ale to był niewypał). O wyjściu do teatru albo na spektakl teatralny to tak jak Bogusia, ciągle coś nie po drodze ( jedynie zostają mi spektakle dla dzieci w centrum kultury :))
    Podziwiam za wybranie się na całonocną imprezę, ja nigdy za tym nie przepadałam, ale mając dwadzieścia parę lat czasami chadzałam. Teraz to jednak odpada – chyba że miałabym się wybrać na koncert, taki koncert Ennio Morricone to by mi się marzył (ach).

    • W czasach studenckich raz poszłam na salsę i stwierdziłam, że to nie dla mnie ;) Ogólnie raczej nigdy nie będę tancerką, ale na tych zajęciach fajnie się bawię i mam w nosie, że ruszam się… trochę inaczej niż reszta ;) Długo nie korzystałam z biblioteki, bo miałam manię kupowania książek po prostu. Ale potem przyszła przygoda z minimalizmem i wiele się pozmieniało :)

      • Justyna

        Rozumiem, ja zawsze wypożyczałam książki, a że biblioteka do której jestem zapisana jest dobrze zaopatrzona to nie miałam potrzeby kupować. Chyba że książki potrzebne na studia.
        Teraz czytam “Muzę” Jessie Burton, długo czekałam na tę książkę bo byłam zachwycona jej pierwszą powieścią “Miniaturzystką” i bardzo obie polecam.
        Wcześniej przeczytałam “Historię pszczół” – także godna polecenia.

  • Adl Adms

    fatalne frytki

  • Czasami, choć zdecydowanie zbyt rzadko, bywam w teatrze, sporadycznie na przedstawieniach musicalowych, o wiele częściej w kinie, lecz jeszcze nigdy, przenigdy nie miałam PRZYJEMNOŚCI obejrzenia baletu! Było to dla mnie niezwykłe #12niecodziennych i z niekłamaną radością powtórzę je przy nadarzającej się okazji.
    http://www.duochrome.blogspot.com
    Dziękuję za inspirację,
    Pozdrawiam, Aneta

    • Ooo, pięknie! Sama jestem ciekawa, jak wyglądają przedstawienia baletowe. Może uda mi się kiedyś zobaczyć to na żywo.

  • Ruda

    Lubisz chodzić do teatru? A może Teatr w Sosnowcu? Ostatnio to mój ulubiony w GOP-ie – nie napiszę przecież – na Śląsku :) Byłam też ostatnio w Chorzowie, na “Rękopisie znalezionym w Saragossie” i bardzo mi się podobał, mimo iż nie jestem fanem musicali.

    • Właśnie planuję wycieczkę do Sosnowca, bo jakoś zapomniałam, że tam jest ciekawy teatr (mimo że przecież kiedyś go odwiedziłam). Dzięki za rekomendację odnośnie “Rękopisu…”. Nie byłam pewna, czy jest wart uwagi, ale skoro Ci się spodobał, to nam pewnie też :)

      • Ruda

        Mam nadzieję, że Ci się spodoba, szczególnie jeśli lubisz film. Widać wyraźne inspiracje.
        Co do Sosnowca, to moimi ulubionymi spektaklami są: 1. Siódemka, 2. Koń, kobieta, kanarek, 3. Korzeniec, 4. Dobry Wojak Szwejk, 5. Wij.
        W tym sezonie wybieram się jeszcze na Tango i Zemstę i Karierę Romualda S.
        Daj znać na co jedziesz i jak Ci się podobało.