Minimalizm

Ciągle chcieć mniej. Refleksje po przeprowadzce.

25/07/2016

To bardzo ciekawe, że w dzisiejszych czasach ciągłego łaknienia więcej człowiek chciałby mieć mniej. W ostatnich miesiącach moja uwaga zamiast – jak wcześniej – skupiać się na pomniejszaniu stanu posiadania zwracała się ku budowie wymarzonego domu. Po przeprowadzce, a właściwie już w jej trakcie, znowu odżyło moje poczucie przytłoczenia przez rzeczy. Kiedy przez godzinę razem z mężem pakowaliśmy książki do pudeł, a pudła do samochodu, później znowu wyciągaliśmy wszystko z auta, by potem przekładać to na półki dopadł nas jakiś strumień świadomości.

“Tę książkę można sprzedać.”

“To właściwie mogę oddać, a tamtego chyba już nigdy nie przeczytam.”

“Trzeba przejrzeć te mapy, przecież i tak korzystamy z GPSa.”

“Co tu robi ta płyta?”

“A to był zupełnie nietrafiony prezent. Dedykacja zostaje, książka nie.”

Kiedy tak partiami zwoziliśmy rzeczy ze starego mieszkania nie tylko dochodził do nas ogrom tego, co posiadamy, ale też zupełny bezsens posiadania niektórych z tych przedmiotów. Prowadzę bloga od 2013 roku, od czasu do czasu chwalę się swoimi sukcesami w oczyszczaniu przestrzeni, uważam, że koniec tej drogi do minimalizmu już tuż tuż, a potem przychodzi przeprowadzka i wszystko weryfikuje.

Tylko dzięki przenosinom wreszcie dojrzałam do decyzji, by pozbyć się wielkiej maskotki-małpki, nazywanej przez moją mamę małpicą nie tylko ze względu na spore gabaryty, ale też specyficzny wygląd (skrzyżowanie yeti z orangutanem). Małpica trafiła do mnie w czasach, których zupełnie nie pamiętam, ale znam z opowieści mamy – były to czasy darów z zagranicy i mama obawiała się, że przestraszę się takiej “odziedziczonej” zabawki. Podobno jak tylko ją zobaczyłam, to mocno przytuliłam z okrzykiem “małpka!” na ustach i od tamtego czasu bardzo ją kochałam (przez co mama całe życie uważa, że lubię różne brzydactwa). No ale teraz Małpica ma pewnie więcej lat niż ja, niestety nie da się jej wyprać, z rozprutych łapek wyłazi jakaś zbutwiała gąbka i chociaż jej oczka nadal mnie wzruszają, to wiem, że nie nadaje się ona do zabawy dla żadnego dziecka. A skoro nie nadaje się do zabawy (ani tym bardziej na wystawę nawet w muzeum zabawek), to jej przeznaczenie na tym świecie się skończyło i musi wylądować na śmietniku, podobnie jak kilka innych małych zabawek ocalonych z zeszłorocznej powodzi w piwnicy.

Nie czuję, żebym do tej pory oszukiwała siebie czy czytelników, bo jestem świadoma tego, że mamy naprawdę sporo mniej niż przed 2014 rokiem, kiedy to tak naprawdę wzięliśmy się za świadome wprowadzanie zasad prostoty w życie. Świadczy o tym nasz dom, w którym znajduje się mnóstwo przestrzeni, wszystko ma swoje miejsce, nie króluje tu chaos czy bałagan (no dobrze, może oprócz spiżarnio-pralni, w której jeszcze jest jakiś sajgon ze względów technicznych). Z drugiej strony nie da się ukryć, że życie na trzydziestu metrach wygląda trochę inaczej niż mieszkanie w stumetrowym parterowcu ze sporym strychem. No i mimo faktu, że to co posiadamy wydaje się być w ciągłym użyciu, nadal wszystkiego jest dużo.

Po tym, jak przenieśliśmy już ostatnie kartony, zabrałam się za ich przeglądanie. Kolejny raz opróżniłam kilka segregatorów z dziwnymi papierami, uporządkowałam foldery, posegregowałam książki do sprzedaży i oddania (szykujcie się na drugą edycję wyprzedaży blogowej!). Postanowiłam też pozbyć się kilku ciuchów i zapomnianej pary butów, którą ostatni raz miałam na stopach prawdopodobniedwa lata temu. Pod znakiem zapytania stoi zawartość dwóch szkatułek z biżuterią (tak, nadal walczę z rzeczami, których nie noszę). Na domiar złego zaczyna się napływ kolejnych rzeczy – prezenty “do nowego domu” i przydasie z kategorii “teraz macie gdzie to trzymać, więc proszę, to dla was”.

Droga do minimalizmu to rzeczywiście niekończąca się podróż. Kiedy już wydaje ci się, że jesteś blisko celu nagle napotykasz zbłąkanego wędrowca w postaci zbędnych niezbędników, pozornych czasoodejmowaczy, nieprzydatnych jednorazowców. W momencie kiedy zaczynałeś czuć błogą wolność i miejsce w plecaku nagle ktoś zaczyna ci dorzucać tam kolejne ciężary. Znowu czujesz na barkach wagę cienia i zapomnianych zakamarków. Gdzieś w czeluściach szafy gubisz czepek na basen za to dorobiłeś się pięknych kieliszków po babci.

Wieczorem, kiedy siedzimy z Bartkiem na naszym tymczasowym tarasie z palet po kostce brukowej, zastanawiamy się, jakby wyglądała nasza przeprowadzka do Australii (to taka nasza ziemia obiecana). Przecież nie bralibyśmy ze sobą tych wszystkich trzydziestu kartonów, więc właściwie dlatego zabraliśmy to wszystko do nowego domu? Wygląda na to, że w sferze przywiązania do rzeczy mamy jeszcze wiele do zrobienia…

Przeczytaj także

  • mags 25/07/2016 at 12:37

    To prawda do Australii zabrała byś mniej , ponad dziesięć lat temu po dwudziestu pięciu latach małżeństwa i mieszkania w Warszawie wyruszyliśmy z moim mężem na obcą ziemię , zabraliśmy z sobą trzy najważniejsze skarby – nasze dzieci , i sto kilogramów w bagażu , bo tyle mogliśmy , zdjęcia i ważne pamiątki rodzinne bez których jak dla mnie, Dom nie ma swojej duszy , dolecialy w dwóch kartonach , to trudna decyzja a potem jeszcze trudniejsza sztuka by się odnaleźć , by wyszukać miejsc, które polubimy na niedzielne spacery , by wyszukać w obcych smakach te podobne do naszych do których byliśmy przyzwyczajeni i powoli wtapiac się w kulturę inną od tej w której się wychowywalismy, a zarazem, by nie zatracić dla dzieci naszych pięknych tradycji , pielęgnować naszą ojczysta mowę, bo dzieci tak szybko chłoną Nowe , podobnie jak ty , zaczęłam to spisywać , gdy zauważyłam ze warto to zostawić dzieciom , na potem ,by mogły wrócić do trudnych wspomnień swojej nowej drogi i by to co ważne ,nie ulecialo w zapomnienie , pozdrawiam Mags

    • Kasia | Droga do minimalizmu 26/07/2016 at 07:38

      Mags, dziękuję za ten komentarz! Przeprowadzka na drugi koniec świata to coś zupełnie innego niż przenosiny do sąsiedniego miasta. Spisywanie swoich doświadczeń i wspomnień dla niektórych to strata czasu i kolejny powód do gromadzenia (sama trzymam moje dzienniki, które pisałam jako nastolatka), ale z drugiej strony to świetna sprawa, by nie tylko samemu powspominać, ale też przekazać potomnym całą otoczkę przeszłości. Pozdrowienia!

  • Agnieszka Kulawczyk 25/07/2016 at 12:39

    Myślę, że jesteście dla siebie zbyt surowi :-) Po pierwsze to całkiem normalne, że wchodząc w związek liczba rzeczy się powiększa – poradziliście sobie z tym świetnie. Przy narodzinach dziecka również łatwo zapełnić przestrzeń przedmiotami. Tutaj również odnieśliście sukces :) Zgadzam się, że “minimalizowanie”/upraszczanie jest procesem dlatego tak wiele zależy na jakim etapie życia się znajdujemy.

    • Kasia | Droga do minimalizmu 26/07/2016 at 08:24

      Dziękuję, Agnieszko! To prawda, być może za dużo oczekujemy od tego minimalizowania, ale z drugiej strony wyznaję zasadę, że jeśli liczba przedmiotów nas przytłacza, to trzeba z tym coś zrobić :)

  • Екатерина K 25/07/2016 at 20:54

    Przeżyłam już jedną przeprowadzkę, ale wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że rzeczywiście nadmiar przedmiotów w otoczeniu tak naprawdę mnie przytłacza i skutecznie zniechęca do sprzątania. Od kilku miesięcy trwa u mnie stopniowe pozbywanie się zbędnych rzeczy i efekty bardzo mi się podobają – okazuje się, że nawet sprzątanie może być przyjemne kiedy ma się mniej :) Na dobry początek zajęłam się tylko swoim pokojem, bo niestety nie “władam” całym domem sama, ale myślę, że to nawet dobrze, bo zmiany zaczęłam przede wszystkim od siebie ;) Bardzo dużo sobie uświadomiłam dzięki Drodze do minimalizmu za co dziękuję i gratuluję wspaniałego bloga :)

    • Kasia | Droga do minimalizmu 26/07/2016 at 08:38

      Kasiu, dziękuję za miłe słowa. Cieszę się, że moje doświadczenia jakoś inspirują Cię do wprowadzania zmian na lepsze. A mniej sprzątania to chyba najlepszy skutek minimalizmu :)

  • BogusiaM 25/07/2016 at 22:08

    W życiu bym nie pomyślała, że taszczysz ze sobą maskotkę z dzieciństwa, tym bardziej, że nie da się nią już bawić. Na szczęście moja mama pozbywała się zabawek sukcesywnie, nawet czasami za wcześniej hehhe ku naszemu rozczarowaniu, jak mogła oddać lego? No nic, może i dobrze, bo pewnie byśmy wyprowadzali się z rodzinnego domu nie z pomocą jednego samochodu osobowego a kilku:)

    U mnie też są jeszcze niektóre zakamarki zagracone, ale mam nadzieję się z nimi uporać. Najważniejsze to to, że nie znoszę nowych przedmiotów. I myślę, że powinnaś otwarcie mówić swoim bliskim, że nie chcesz żadnych materialnych prezentów do Waszego nowego domu. I może zasugeruj, że zamiast nowego wazonika mogą dorzucić kilka groszy do budowy tarasu?

    • Kasia | Droga do minimalizmu 26/07/2016 at 08:41

      Wiesz, pomimo że wszyscy moi bliscy czytają bloga i znają moje poglądy na temat gromadzenia, to nie stopuje ich to przed “wnoszeniem” rzeczy w nasze życie. Ciężka praca przed nami ;) A o małpce zapomniałam, bo leżała sobie spokojnie w pudle pod łóżkiem, do którego nie zaglądałam od dwóch lat… Nie jest to żadne usprawiedliwienie, ale sądzę, że każdy aspirujący minimalista ma takie zapomniane skrytki, z którymi trudno się rozprawić (a przynajmniej mam nadzieję, że sama z tym nie jestem).

      • Karo (pinchofsalt) 26/07/2016 at 09:58

        Powiem Ci Kasiu, że ja kiedyś, właśnie po starcie w nowym mieszkaniu postawiłam na niemiły, ale skuteczny brutalizm, a znajomym bliższym i dalszym powiedzieliśmy “prosimy o konkretne rzeczy, nie o durnostojki/książki/coś co podoba się kupującemu. Teściową trzeba było siłą powstrzymywać bo chciała kupować brzydkie szklanki niepasujące do reszty rzeczy, układać rzeczy po swojemu etc. Dwa brzydkie kwiatki z Biedronki, które nam kupiła, wylądowały w koszu 5 min po tym, jak zamknęły się za nią drzwi i tego staram się trzymać, chociaż nie jest łatwo :)

        • Kasia | Droga do minimalizmu 26/07/2016 at 11:22

          No w ogóle prezenty to trudna rzecz i odkąd to sobie uświadomiłam sama staram się innych obdarowywać albo tym, o co eksplicytnie poproszą, albo tym, co mogą zjeść/wypić/zużyć, nigdy czymś, co może po prostu zbierać kurz.

          • BogusiaM 26/07/2016 at 11:29

            Kasiu to tym bardziej skoro znają Twoje poglądy nie miej skrupułów przed oddawaniem tych przedmiotów, sprzedawaniem a nawet wyrzuceniem do kosza.

            Ja również nie kupuję dla innych przedmiotów, które będą po prostu stać, chyba, że ktoś o to właśnie prosi. A dzieciakom z rodziny itd. to już w ogóle mało kupuję, bo uważam, że mają za dużo. Wolę im poświęcić czas;)

          • Ula | Pani Strzelec 26/07/2016 at 12:23

            Sama staram się kupować prezenty, które można zjeść/wysmarować/zużyć. Ale nie mam kontroli nad prezentami, które otrzymuje Syn. To jest masakra. Kolorowy plastik, 3 piłki, 3 różne komplety klocków tzn. niepasujące do siebie… Jak wyjaśnić rodzinie, że niczego nie potrzebujemy? Albo że wystarczy jedna koszulka?
            Kasiu, jeśli ciągnie Cię Australia ta dzika, nie miejska, to polecam Kącik Hani na YouTube.

          • Kasia | Droga do minimalizmu 26/07/2016 at 15:58

            O Hanię znam, ale już tak często nie oglądam, bo jakaś taka melancholia mnie dopada ;)
            A z prezentami dla dziecka mam podobnie, aczkolwiek ostatnio jakby przystopowało…

  • samorozwijalnia.wordpress.com 26/07/2016 at 17:04

    Ach, no, wszyscy chcielibyśmy być idealni zawsze i wszędzie, żyć według niepokalanych wartości i nie jeść frytek nawet i raz na miesiąc, jeśli rezygnujemy z węglowodanów :) Fajnie, że jesteście w tym razem i macie chwile refleksji- nawet, jeśli stan perfekcyjnego minimalizmu nigdy nie zastanie to najważniejsza jest podróż, nawet jeśli to brzmi jak nudnawy, szary frazes. A co do maskotki z dzieciństwa- rozumiem Cię najbardziej. Pozbyłam się wszystkich, oprócz dwóch o bardzo mocnym dla mnie zabarwieniu emocjonalnym.. :)

    • Kasia | Droga do minimalizmu 27/07/2016 at 06:03

      Dzięki za wsparcie i mądre słowa. Nie jest źle, ale jednak czuję lekki niedosyt. Ale może i lepiej, bo to mnie bardziej zmotywuje i nie zaczniemy znowu obrastać w góry rzeczy.

  • Kasia W | Ograniczam Się 26/07/2016 at 21:37

    Mam podobne odczucia, kiedy patrzę na moje półki z porcelanowymi talerzami używanymi “od święta”, które sama wprowadziłam do naszego domu jako element “dziedzictwa”. Albo gdy spoglądam na kolekcję płyt. Kocham muzykę i nie lubię byc uzależniona od internetu, by jej odsłuchać. Ale płyty stoją i się kurzą, wkładane do odtwarzacza zbyt rzadko niżbym chciała. I jasne, gdybym się miała przeprowadzić do zupełnie innego miejsca na świecie możliwe, że bym tego wszystkiego nie wzięła ze sobą. Co więc sprawia, że nadal to wszystko mam?

    • Kasia | Droga do minimalizmu 27/07/2016 at 06:06

      A może porcelanowe talerze zaczniecie używać na co dzień? Wiesz, jak typowa “madame Chic” i tym sposobem pozbędziesz się tych skrupułów nieużywanych – bo wreszcie używanych – rzeczy.

      • Kasia W | Ograniczam Się 27/07/2016 at 08:57

        O właśnie, będę perfekcyjną panią domu w wersji chic! I będę podawała do stołu w wysokich szpilkach i jedwabnym fartuszku ^^ Podoba mi się! Mniej mi się widzi ręczne mycie tych talerzy, mają kobaltowe wykończenie ze złotymi (taki kolor) wierzchami – nie wiem czy kojarzysz kolekcję Circus z Kristoff. W zmywarce nie będą miały długiego życia.

        • Kasia | Droga do minimalizmu 29/07/2016 at 07:39

          No tak, takie wyjątkowe naczynia zasługują na wyjątkowe traktowanie… Dlatego spróbujcie ich używać, bo przecież wiesz, że nieużywane rzeczy po prostu się marnują (no i jest im smutno) ;)

  • NotatkiNiki 27/07/2016 at 15:33

    Moja droga do minimalizmu zaczela sie w 2005 roku, ale chyba nigdy sie nie skonczy. Stan idealny nie istnieje i w momencie gdy zmieniaja sie nasze potrzeby, pewne rzeczy przestaja byc potrzebne, albo wrecz przeciwnie- zaczynaja byc niezbedne. Ja od lat juz nie mam nic “na lepsza okazje”. Na co dzien uzywam pieknej poercelany, krysztalowych stuletnich kieliszkow i srebrnych sztuccow. Natomiast ciagle walcze ze soba w kwiestii ksiazek. Nie zawsze mozna dostac ebook, do biblioteki mam za granica dostep ograczony, wiec czesto gdy chce cos koniecznie przeczytac, to nie pozostaje mi nic innego jak kupic. Po lekturze albo chce zatrzymac (i biblioteka rosnie), albo puszczam w ludzi np na bookcrossing lub w inny podobny sposob. Teraz np od kwietnia schudlam 15 kg, wiec mam juz sporo ubran do oddania i przyjdzie mi zakupic nowe w nowym rozmiarze. Czyli moje dazenia do minimalizmu sa ciagle wystawione na probe:))
    Tym bardziej podziwiam osoby takie jak ty i to tym bardziej , ze jestescie zgodni pod tym wzgledem z partnerem.

    • Kasia | Droga do minimalizmu 29/07/2016 at 07:42

      Niki, dziękuję, że podzieliłaś się z nami swoją historią! Pocieszające jest to, że nie tylko moje minimalistyczne dokonania są wystawiane na próbę… A moje postawa co do książek ciągle się zmienia, ale jednak rozsądek wygrywa z sentymentami – niektórych pozycji nie czytałam od wielu lat i raczej już nigdy nie przeczytam, więc oddaję / sprzedaję. Jednak domyślam się, że mieszkanie za granicą kraju rządzi się trochę innymi prawami.

  • kpirozek 28/07/2016 at 12:54

    Gratuluję przeprowadzki – to wspaniała rzecz, gdy wprowadzasz się do wymarzonego domu :)

  • ania 29/07/2016 at 10:18

    Równo rok temu , tak jak Wy, wprowadziliśmy się do domku z 26 metrowej kawalerki. Doskonale wiem co czujesz mówiąc o przytłoczeniu i podarowanych “przydasiach” bo “macie teraz miejsce i wszystko wam się przyda”. Z jednej strony wdzięczność a z drugiej przerażenie że wielka przestrzeń szybko się zapełniła nie do końca pożądanymi sprzętami. No i sama byłam zaskoczona ile gratów pomieściła nasza kawalerka. Od roku walczę więc żeby pozbyć się tego czego jest za dużo a zastawić tylko to co na prawdę potrzebne, użyteczne i piękne. Życzę wam dużo przestrzeni wypełnionej radością i spokojem w nowym domku.

    • Kasia | Droga do minimalizmu 30/07/2016 at 05:27

      Aniu, dziękuję za życzenia i za podzielenie się swoimi doświadczeniami. No trzeba przyznać, że łatwo nie jest. W domu jest tyle rzeczy, że trochę mnie to przerasta, mimo że teoretycznie wszystko rozkłada się w tym większym metrażu… Ale wszystko w swoim czasie :)