Dobre życie Różności

Tylko spokój może nas uratować

31/05/2016

W pewien poniedziałek w pracy bardzo źle się czułam – było mi słabo, nie mogłam oddychać, kręciło mi się w głowie. Przemęczyłam się pierwsze trzy godziny, bo miałam w planach kolokwium, więc nic specjalnie wymagającego, ale później zaczęło być coraz gorzej i musiałam się zwolnić. Mimo mojej niechęci do odwiedzania poradni nazajutrz wybrałam się do lekarza, bo dolegliwości nie ustępowały, a funkcjonowanie z  dusznością, kołataniem serca i trzęsącymi się rękoma do łatwych nie należy. Lekarz podumał, wysłał na EKG i masę innych badań, na wyniki niektórych nadal czekam. 

– Czy należy pani do osób, które tłumią emocje w sobie? – zapytał.

– Nie, raczej nie… – odpowiedziałam, bo szczerze mówiąc nie jestem zbyt dobrą aktorką i moja mowa ciała zdradza to, co myślę, więc tłumienie uczuć nie ma sensu.

– Czy bardzo przeżywa pani różne wydarzenia? Czy ma pani tendencję do martwienia się?

– Ostatnio nie, jestem pogodzona z losem. – zażartowałam, ale lekarz tylko na mnie zerknął i zaczął dopytywać co, jak i dlaczego. Faktycznie, kiedyś martwiłam się wszystkim namiętnie, czym doprowadzałam do szału nie tylko samą siebie, ale i otoczenie. Z czasem odkryłam, że martwienie się na zapas nie ma sensu, a przeżywanie tego, co się stało nie ma żadnego wpływu na sytuację. Do stoika mi daleko, ale wydaje mi się, że wiele zmieniło się w moim myśleniu, uczę się optymizmu i odsuwam czarne myśli na dalszy plan. Opowiedziałam mu jednak o stresie związanym z budową domu…

Ostatecznie lekarz stwierdził, że moje wysokie tętno (i związane z nim duszności) to wynik problemów na tle nerwowym, przepisał jakieś leki i kazał odpoczywać. Aha, jakby się tak dało… “Zalecam spokój i proszę się tak nie przejmować tą budową. Sam budowałem dom i wiem, że to czasami orka na ugorze, ale mieszkanie na swoim robi wielką różnicę. Niedługo pani to doceni.” powiedział na odchodne.

Wychodzi na to, że tylko spokój może mnie uratować. Staram się jak mogę, ale dolegliwości sprzed tygodnia nie ustępują nawet jeśli rzeczywiście odpoczywam, czytam, nie myślę o niczym konkretnym. Zdarza mi się pisać o życiu w stylu slow, powolnym smakowaniu życia, robienia pauzy i tym podobnych przyjemnościach, a sama ostatnimi czasy nie żyję w ten sposób. Cały wolny (o ironio) czas poświęcam na ogarnianie spraw związanych z pracą albo wykańczanym domem, nie mam sił na to, co jeszcze niedawno lubiłam robić – ćwiczyć, biegać, pisać. Nie lubię, gdy ktoś mnie pociesza, że to niedługo się skończy, a potem będziemy cieszyć się spokojem i lemoniadą na własnym tarasie. Nie lubię, bo płacenie zdrowiem za coś, co będzie “niedługo” nie wydaje mi się aż tak tego warte. Myślenie o tym domu, codzienne inspekcje, wybieranie, dobieranie, wydaje mi się zupełnie odbiegać od postawy, której szczerze uczyłam się przez kilkanaście ostatnich miesięcy, a mianowicie życia tu i teraz, bez zbędnego wybiegania w przyszłość, ćwiczenia uważności, delektowania się chwilą.

Marzę o tym, by wreszcie zapakować te kilka kartonów rzeczy, przenieść się na Nowy Świat (tak, tak nazywa się ulica, na której stoi nasz dom) i zacząć – ahm – Nowe życie. I nie chodzi mi o jakieś spektakularne zmiany, ale o zwykły powrót do powolnej rutyny, brak duszności i słuchania muzyki przy gotowaniu. No dobra, zmywarka zdecydowanie zmieni nasze życie.

Przeczytaj także

  • Marek

    Hej Kasiu,
    Sam z żoną obecnie wykańczamy mieszkanie, więc wydaje mi się że jestem w stanie w jakimś stopniu zrozumieć Twoją sytuację.
    U nas bardzo dobrze zrobiło zrobienie listy rzeczy do wykonania. Wiemy dzięki temu co mamy do zrobienia i mamy dzięki temu poczucie kontroli (co zostało do zrobienia). Pocieszająca jest też widoczna zmniejszająca się ilość zadań.

    Jeśli czujesz/czujecie że męczy Was budowa to postaraj się na pewno niedziele poświecić w 100% na rzeczy nie związane z budową. Jakiś spacer, jakiś wyjazd poza miasto.

    Jesteście już na końcówce budowy, ale jeśli nie goni was termin to może warto zwolnić i odłożyć sprawy o tydzień.

    • Dziękuję Marku, jeśli wszystko dobrze pójdzie to w przyszłym tygodniu kończymy, przynajmniej środek. Mieliśmy listę, ale tak naprawdę wielu rzeczy nie mogliśmy zaplanować, po drodze musieliśmy zmieniać koncepcję itp… W każdy weekend wyjeżdżamy chociaż na jeden dzień, ale wygląda na to, że zdecydowanie za mało…

  • Tak, uwielbiam to “prosze unikac stresu”. Czyli co, mam rzucic studia, bo przeciez egzaminy stresuja, prace, bo nie zawsze badania wychodza jak nalezy, chlopaka, bo roznice kuturowe nieraz doprowadzaja do szalu, rodzine, bo czasem, choc w dobrej wierze, sie wtracaja? Ach. Ale wiesz, pocieszajace jest, ze ta budowa to stan przejsciowy. I wkrotce bedziesz miala ta zmywarke ;) Trzymam za Ciebie kciuki!

  • disqus_TEDIsvII1h

    Jak ja się cieszę, że się jednak na budowę domu nie zdecydowaliśmy. Jestem na 100% pewna, że na tym etapie życia budowa niechybnie by mnie zabiła ;)
    Bez tego nie wyrabiam na zakrętach, jednak dwójka dzieci w wieku szkolnym + praca na etacie robią swoje. Wiecznie gdzieś gonię, tyle rzeczy jest do zrobienia i wciąż piętrzą się zaległości. Jak zbawienia wyglądam wakacji. Odpadnie przynajmniej szkoła, doglądanie lekcji, zajęcia pozalekcyjne itp. Dzieci wyjadą z dziadkami nad morze i możliwe, że uda mi się co nieco ponadrabiać i przede wszystkim odpocząć i zwolnić.

  • Dobrze, że nie wspomniałaś Panu o pisaniu bloga! ;) A tak zupełnie serio to niestety – czy budowa domu, czy urządzanie mieszkania, czy też organizowanie wesela – każda z tych rzeczy jest stresującym przedsięwzięciem i jestem ciekawa, czy komukolwiek udaje się być wtedy ZEN. Na szczęście te sytuacje nie zdarzają się zbyt często. Na nieszczęście mogą trochę trwać i wywoływać długotrwałe zdenerwowanie. Nie mam żadnych rad, bo sama ostatnio łapię się wielu rzeczy, ale są to mini projekty, które przynoszą w miarę szybkie efekty. A jak myślisz sama, co by mogło Ci pomóc?

    • Najbardziej chyba pomoże mi przeprowadzka, bo jedno źródło stresów niedługo się z skończy wraz z zakończeniem roku akademickiego ;)

  • U mnie z nerwami kiedyś było słabo. Denerwowałam się wszystkim, szkołą, relacjami, nie mogłam spać po nocach. W dodatku podobny wzorzec miałam w domu – babcia i mama to kłębki nerwów. Na szczęście okazało się, że można inaczej. Że są ludzie, którzy faktycznie potrafią być zen w prawie każdej sytuacji (wielkie ukłony dla mego męża, który był prawie mnichem zen, jak go poznałam). Już samo opuszczenie domu rodzinnego mi pomogło. Ostatnio skorzystałam z MBSR pod kierunkiem mojego znakomitego kolegi prowadzącego i nadziwić się nie mogę, jak wielka to zmiana w postrzeganiu świata. Choć osobiście nie jestem zwolennikiem płacenia za naukę i różne kursy, a wielu rzeczy w życiu nauczyłam się sama na profesjonalnym poziomie, to jednak te pieniądze były – jak dotąd – najlepiej wydanymi pieniędzmi w moim życiu. ;)

    • To ciekawe, co piszesz… MBSR, nigdy o tym nie słyszałam. Co to takiego właściwie?

      • Mindfullness Based Stress Reduction – 8-tygodniowy Kurs redukcji stresu w oparciu o uważność. Twórcą metody jest Jon Kabat-Zinn, w Polsce jest już wielu licencjonowanych trenerów tej metody w różnych miastach. U nas na kursie było 7 osób, spotkania 1 w tygodniu po 2,5h + jedno dodatkowe kilkugodzinne w jedną z sobót. Na kursie ćwiczenia nakierowane na uważność ciała i ducha (bodyscan, joga, medytacje z prowadzeniem trenera), ćwiczenia w parach i w grupie, bardzo dużo pracy w domu (moim skromnym zdaniem to klucz do sukcesu). Prace domowe omawiane na kolejnych zajęciach. Ten kurs dał mi duży wgląd w prawdziwe źródła różnych moich emocji, ale też w ogóle pomógł rozpoznawać różne emocje w momencie ich pojawiania się (czy to gniew? złość? lęk?). Emocjonalnie nie był zawsze przyjemny, jak to bywa z poznawaniem siebie, ale zmiana na plus – po ponad roku – wydaje mi się trwała. :) Na pewno dużo zależy od prowadzącego, jego doświadczenia i zaangażowania, pewnie też od doboru grupy.
        Myślę, że jeśli joga jest Ci bliska, to znalazłabyś w tej metodzie coś dla siebie. Linka nie podaję, ale nawet na polskiej wikipedii jest hasło “MBSR”.

        • Ok, dodam jeszcze linka do Polskiego Towarzystwa Mindfullness http://www.mindfulness.com.pl/ tu jest lista dostępnych nauczycieli.

        • Dziękuję za wyczerpujący opis! Przyznaję szczerze, że zawsze obawiam się tego typu kursów, NLP i te sprawy wydają mi się lekko… hmm.. dziwne, zupełnie nie dla mnie. Obawiam się też, że znalezienie wolnych trzech godzin w tygodniu mogłoby teraz być problematyczne. Na stronie, którą podałaś zauważyłam, że są trenerzy w Katowicach, więc kwestia jest otwarta :)

  • I właśnie tego, czego sobie życzysz, życzę Ci z całego serducha!

  • mai

    tak sobie myślę Kasiu, że budowa domu jest jedną z tych sytuacji, w których nie da się nie denerwować. Ma się kontakt z wieloma bardzo różnymi osobami, milion spraw nie zależy od Ciebie, ciągle są obsuwy. Jedna obsuwa powoduje kolejne, jest mnóstwo decyzji do podjęcia i tak naprawdę, to ma się juz wszystkiego dość. Najbardziej pocieszające jest chyba to, że za jakiś czas, jak emocje opadną, to człowiek sobie pomyśli: kurde i po co było tyle nerwów! Uściski :-* (no dobra, my ruszamy z budową na jesieni, już czuje jak mnie to sponiewiera, skoro nawet Tobie się oberwało..)

    • Mam nadzieję, że rzeczywiście tak będzie. Trzymam kciuki za Waszą budowę! Podobno byli tacy, którzy nie mieli problemów na placu budowy, więc życzę, byście należeli do tej grupy szczęśliwców ;) (Pamiętajcie: założony budżet pomnóżcie razy dwa).

  • Kurcze, że aż tak te obecne stresy Cię zmęczyły. Życzę więcej spokoju i dystansu do spraw trudnych. Ciągłe nakręcanie się nie ma sensu i czasami trzeba powiedzieć sobie “a w dupę jeża, dziś będę leżała na kanapie i czytała książkę” zamiast np. załatwiać sprawy ślubne. Wiadomo, budowa do inna para kaloszy i nie ma co ich przyrównywać.

    • Myślę, że każdy ma inną odporność nerwową i zawsze zazdrościłam luzakom, którzy nigdy niczym się nie przejmowali, a przecież żyli, nikomu nie szkodzili i nie musieli przeżywać stanów przedzawałowych ;)

      • Ja też im zazdrościłam :P

  • Moje zycie tez jest dalekie od bycia “slow”. Sa sytuacje przez które trzeba po prostu przebrnąć, sama walczę teraz o zwrot pieniędzy za uszkodzony komputer, w piątek byłam u rzecznika praw konsumentów, w poniedziałek idę do niego jeszcze raz. A budowa domu wydaje mi się zadaniem dziewięciokrotnie cięższym niż jakiś tam zepsuty komputer. Czasami tesknie za byciem dzieckiem, kiedy wszystkim zajmowała sie mama z tata. Sama nie wiedziałam jakie to szczęście nie być dorosłym :)

    • Szczerze mówiąc mimo wszystko wolałabym nie wracać do czasów dzieciństwa ;) Brakowałoby mi tej niezależności dorosłych, a chyba i tak mieliśmy sporo problemów na głowie… Kiedyś byłam bardziej zestresowana, więc widzę wyraźny postęp.
      Trzymam kciuki za Twoją walkę u boku rzecznika! Nie odpuszczaj!