12 niecodziennych rzeczy

12 niecodziennych rzeczy – kwiecień

06/05/2016

Kwiecień był czwartym miesiącem naszego wspólnego wyzwania pod tytułem 12 niecodziennych rzeczy, dzięki któremu wspieramy się w kolekcjonowaniu nowych doświadczeń i w ich świadomym przeżywaniu. Na kwietniowe podsumowanie przyszło Wam trochę poczekać, to prawda – dopadła mnie blogowa niemoc, w efekcie której nie jest mi łatwo wrócić do twórczej rutyny. Mam jednak nadzieję, że szybko uda mi się uporać z brakiem natchnienia i wrócę do regularnego publikowania nowości, szczególnie, że zbliża się przeprowadzka do małego białego domku, więc jest o czym pisać. Kwietniowe podsumowanie #12niecodziennych będzie trochę nietypowe – postanowiłam przekazać więcej blogowej przestrzeni uczestnikom tej akcji, zachęcam więc do czytania.

Moje kwietniowe niecodzienne doświadczenia

Kwiecień rozpoczął się wybuchem wiosny, co dla ogrodników oznacza czas wzmożonych wysiłków. Jako że sama wdrażam się w nową rolę – pani na włościach – miałam okazję zasmakować, co tak naprawdę znaczy grzebanie w ziemi i dbanie o przydomowy ogródek. Już w zeszłym roku mój tata, zapalony ogrodnik i kolekcjoner roślin, wprowadził mnie w tajniki dbania o krzewy i rośliny, które posadziliśmy na brzegu placu budowy. Tym razem wraz z mężem przyszło mi przygotowywać tyły domu do bardziej przyjaznego zagospodarowania. Muszę przyznać, że taka praca na powietrzu jest bardzo przyjemna, odświeża umysł, pozwala się odstresować. Po takiej dawce grzebania w ziemi jeszcze bardziej nie mogę się doczekać przeprowadzki.

Wystawa “Modna i już. Moda w PRL” kusiła mnie już od dawna, ale tak naprawdę do odwiedzin w Muzeum Narodowym w Krakowie zmobilizował mnie finisaż tej wystawy, organizowany oczywiście w ostatni dzień zwiedzania. O ile w mieście królów pojawiamy się średnio co trzy tygodnie, to raczej nie odwiedzamy wtedy muzeów. Tym razem połączyliśmy przyjemne z pożytecznym – po świetnej wystawie (która zainspirowała mnie do zlecenia uszycia kolejnej klasycznej sukienki) mogliśmy wygrzewać się w cudownym wiosennym słońcu, odwiedzić pobliski park Jordana i skosztować nowości w Hamsie na Kazimierzu. To była naprawdę udana wycieczka.

W kwietniu zdarzyła się okazja do zdobycia kolejnego niecodziennego doświadczenia: zostaliśmy zaproszeni na wesele. A było to naprawdę niezwykłe wydarzenie, bo bardzo kameralne, skromne, po prostu piękne. Mimo że ślub odbywał się w USC, a panna młoda nie miała na sobie białej sukni wzruszyłam się na tej ceremonii – piękne słowa pani urzędnik o związku małżeńskim sprawiły, że musiałam szybko ratować się chusteczką. Samo wesele było genialne – bez pierwszego tańca i z playlistą puszczoną z laptopa, w gronie dwudziestu bliskich sobie osób. Wszyscy bawili się razem, było radośnie i swobodnie. Jestem przekonana, że będziemy wspominać to wesele przez długie lata jako przykład idealnej – według nas – ceremonii.

Na koniec coś niby zwykłego, ale dla mnie niecodziennego – pewnej kwietniowej soboty wybrałam się na zakupy ubraniowe. Chciałam kupić zwykłą czarną lub pasiastą koszulkę dobrej jakości. Niestety, niczego dla siebie nie znalazłam, przymierzyłam sporo ubrań, straciłam kilka godzin w galerii handlowej i wyszłam stamtąd lekko sfrustrowana. Świadome zakupy to nie bułka z masłem. Doświadczamy tego z B. również podczas zakupów meblowych – mamy już zarys tego, co chcemy w naszym nowym domu, jednak nie zawsze pokrywa się to z ofertą lokalnych sklepów. Jak tak dalej pójdzie, to nigdy się nie wprowadzimy…

12 niecodziennych rzeczy kwiecień

A co niecodziennego doświadczyli inni uczestnicy akcji 12 niecodziennych rzeczy?

Karolina

W kwietniu wiele się wydarzyło. A to za sprawą założenia mojego bloga. Długo się do tego zbierałam. To była przemyślana decyzja, mam nadzieję, że będzie mi dane jeszcze długo kontynuować tę moją przygodę.  – napisała do mnie Karolina, dwudziestoletnia szczęśliwa lokatorka maleńkiego mieszkanka. – Podczas leniwej, kwietniowej niedzieli, popijając kawę, odważyłam się wcisnąć przycisk ZAŁÓŻ BLOGA. (…) Trochę się bałam, że mój zapał minie szybciej niż zdążę napisać pierwszego posta, ale na szczęście tak się nie stało. Wiem, że w sieci jest masa blogów poruszających tematykę minimalizmu, życia powoli, ekologicznego podejścia do świata. Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu mój styl pisania może się podobać. Będzie mi jednak niezmiernie miło, jeśli wpadniesz chociaż na chwilę, przeczytasz przynajmniej jeden wpis. Chwila w której wciskam przycisk PUBLIKUJ jest dla mnie bardzo ekscytująca. Czuję ogromną radość, kiedy widzę w statystykach coraz większą liczbę wyświetleń, każdy jeden komentarz niezmiernie mnie cieszy. Doszłam do wniosku, że jeśli przynajmniej jedna osoba znajdzie na tym blogu coś dla siebie, to warto dla niej pisać. Blog Karoliny możecie śledzić pod adresem Minimalizm po mojemu.

Agnieszka

Nie mogłam się doczekać kolejnych 12 niecodziennych rzeczy i już w połowie miesiąca paliłam się, aby do Ciebie napisać. – wspomniała w wiadomości do mnie moja stała czytelniczka Agnieszka. – Sporo się w kwietniu wydarzyło i sama nie wiem, od czego zacząć.

Po pierwsze rozpoczęłam swoją przygodę z jogą. Kupiłam miesięczny karnet i poszłam na pierwsze zajęcia 02.04. Zajęcia odbywają się w klubie, do którego uczęszczam na siłownię, w sobotę rano o 9.00. Dzień i pora bardzo mi odpowiadają. Nauczycielka jest miła i cierpliwa, a cała grupa jest na poziomie bardzo podstawowym. To wspaniałe zajęcia, które diametralnie różnią się od ćwiczeń na siłowni czy fitnessie. W ślad za jogą staram się codziennie wieczorem i czasami w ciągu dnia wygospodarować około 10 minut na medytację. Jest mi ciężko, ale czytałam, że na początku to naturalne. Kupiłam nawet podusię z przeznaczeniem “medytacja”. Nic specjalnego, ale jakoś przyjemniej. Mam nadzieję zobaczyć z czasem pozytywne efekty i pozbyć się pesymistycznej postawy i mało optymistycznych projekcji produkowanych przez mój mózg. 

Zmieniłam również swój styl żywienia. Teraz odżywiam się według diety niełączenia (mocno promowana przez Agnieszkę Maciąg). Co więcej, przestałam jeść mięso i rozpoczęłam suplementację spiruliną. (…) Zaczęłam także czytać 3 książki dotyczące medytacji i lepszego życia.
Z bardziej przyziemnych spraw przesadziłam pierwszy raz w życiu sama kwiatki :) Ugotowałam rybę na parze i upiekłam ziemniaki w piekarniku. W kwietniu udało mi się również wypić 4 koktajle owocowo-warzywne z jarmużem lub szpinakiem. Okazało się, że są całkiem smaczne :)
Pierwszy raz mam kolorowe buty na siłownię. Pewnie będę tego żałować podczas czyszczenia, ale na razie bardzo się cieszę.

W kwietniu skończyłam 25 lat :)

Aha i jeszcze kupiłam olejek do włosów Khadi Amla, więc do moich wieczornych rytuałów łazienkowych doszło wcieranie olejku w skórę głowy. (…) Poza tym od listopada piję codziennie wieczorem 1 łyżeczkę pyłku pszczelego rozpuszczoną w 1/2 szklanki letniej wody z dodatkiem 1/3 łyżeczki miodu. Jestem alergikiem, już powinnam mieć katar i czuć pylenie drzew i krzewów. Katar mam owszem, ale jako efekt przeziębienia. Alergia póki do (odpukać w niemalowane!) siedzi cicho. Zobaczymy jak długo :) (Kiedy dopada mnie katar stosuję się do porad znalezionych na tej stronie: KLIK)

Wojtek

Wiadomość od Wojtka bardzo mnie zaskoczyła, bo pierwszy raz czytałam o jego projekcie na jednym z portali internetowych i nie sądziłam, że oprócz bycia “szalonym eksperymentatorem” jest także czytelnikiem mojego bloga. Wojtek pisze:

Prowadzę firmę budowlaną ale od dłuższego czasu pochłonęła mnie pasja minimalizmu. Zagłębiłem się w temat budowania mini domków na które nie potrzeba pozwoleń i można je wykonać samemu bez potrzeby wydawania fortuny na ekipy budowlane. Jestem zdania że lepszy mały dom wykończony w najlepszej jakości materiałów niż wielki a materiały najtańsze. Uważam, że nie trzeba wiązać się kredytem na 30 lat aby zbudować dom, bo można zrobić to mniejszym nakładem pieniężnym a ciepło domowe będzie takie same przy 150m2 jak i przy 35m2.

Czy można zbudować samemu dom 35m2 w stanie prawie pod klucz za 40tys złotych? Mówię tak i wyjaśnię dlaczego właśnie tak jest. W dzisiejszych czasach wyścig za dobrami materialnymi wciąż trwa, nikt nie chce się chociaż na chwilę zatrzymać. Każdemu wydaje się że do normalnego życia potrzebne jest przynajmniej 100m2 powierzchni użytkowej. (…) Projekt nad którym pracowałem od dłuższego czasu przechodził mnóstwo zmian i poprawek aby uzyskać końcowy efekt. (…) Nasz projekt 35m2 będzie miał otwartą przestrzeń tak aby każdy mógł zaaranżować ją do swoich potrzeb. 

Więcej o założeniach Wojtka i postępach prac przy realizacji projektu możecie przeczytać TUTAJ.

Ania

Ania, autorka bloga You Can Call Me Ann, ze szczerością przyznaje, że jest z siebie dumna, bo prawdopodobnie pierwszy raz tak długo trzyma się tego, co postanowiła. Rzeczywiście, jest z nami od początku akcji i ciągle dzielnie zdobywa nowe doświadczenia. Na swoim blogu pisze:

Cóż takiego niezwykłego popełniłam w kwietniu?

Po pierwsze wróciłam do czytania. Może to nie jest jakieś bardzo szalone i niecodzienne dla innych osób, ale dla mnie właśnie jest. (…) W kwietniu moja biblioteczka powiększyła się o tak dużo lektur, że portfel aż zapłakał… 

Kolejną niecodzienną rzeczą tego miesiąca było odwiedzenie Street Food Polska Festival przy Galerii Kazimierz w Krakowie (wiem, ostatnio też było jedzenie, ale na TAKIM festiwalu jeszcze nie byłam – uznaję to więc za niezwykłe wydarzenie:) ). (…) Uraczyliśmy się wołowiną z The Beef Brothers i frytkami belgijskimi z Manufaktury Krakowskiej. 

Więcej o wrażeniach Ani przeczytacie TUTAJ.

Basia

Kwiecień w przypadku Basi, autorki bloga Pociąg do życia, był miesiącem bardzo aktywnym i pełnym dobrych uczuć.

Zakochałam się. Nie, nie w mężczyźnie, na razie jeszcze kocham swojego M, choć przyznaję, że momentami moja cierpliwość do niego bywa wystawiona na ciężką próbę. Zakochałam się w mieście Olsztyn, do którego miałam okazję pojechać na 4 dni, w odwiedziny do córki. Byłam tam pierwszy raz. Olsztyn jest piękny. Urzekła mnie między innymi starówka, jak w jakimś górskim mieście, tu pod górę, tam z górki, małe uliczki, duże ulice. Ma to swój klimat.
W parkach ścieżki, schodki. Drzewa sie zieleniły, niektóre kwitły. Pięknie. (…) A potem zakochałam się po raz drugi, w kocie mojej córki. Małe zezowate szczęście i aż dziw, że w tej małej główce tyle mądrości. 

Tak. Stanowczo mogę stwierdzić, że kwiecień był dobrym miesiącem.

Po opis innych kwietniowych doświadczeń Basi odsyłam Was do jej bloga.

Bogusia

Bogusia, moja najwytrwalsza czytelniczka, a przy okazji autorka bloga Piękno i minimalizm napisała do mnie wiadomość:

W moim kwietniu nie wydarzyło się chyba nic nadzwyczajnego, nowego. Jako niecodzienne doświadczenie mogłabym wymienić mniejsze zaangażowanie w sieci w tworzenie swojego bloga. Jakoś wewnętrznie potrzebuję takiej przerwy, może nie ucieszy to moich czytelników, ale chcę kierować się tym co dla mnie najlepsze. Przebywam dużo na świeżym powietrzu, wróciłam do biegania, po prostu dbam o siebie. I pod koniec kwietnia jadłam pierwszego wegańskiego grilla, myślałam, że będzie to najtrudniejsze przedsięwzięcie weekendowego wyjazdu za miasto, ale dobra organizacja (zakupy i przygotowanie jedzenia) ułatwiła mi to zadanie. Boczniaki, które zamarynowałam jeszcze przed wyjazdem oraz ziemniaki z grilla zaspokoiły mój głód.

Wygląda na to, że kwiecień był miesiącem odcięcia od życia offline i zmasowanego ataku na zdrowie.

Kasia

Moje 12 niecodziennych w kwietniu to przede wszystkim wyjazd, który mi się przytrafił. Po raz pierwszy od jakichś dwóch lat byłam w dalekiej podróży i nie przygotowałam się do niej czytając przewodniki. To zupełnie nie w moim stylu, bo zazwyczaj kupuję książkę albo przeglądam internet w poszukiwaniu ciekawostek na temat nowego miejsca. Tym razem podróżowałam w stylu “dowolnym”, czerpiąc z miejsca to, na co miałam czas, bez poczucia straty i zabiegania. Miałam tylko 3 dni, co można zrobić w tak krótkim czasie? COŚ można :) – napisała Kasia, autorka świetnego bloga Ograniczam się. Więcej o uważnym i powolnym podróżowaniu według Kasi przeczytacie TUTAJ.

Ewa

Rzutem na taśmę swoje kwietniowe niecodzienności zebrała Ewa, autorka Przygody Yvette.

Wyzwanie #12niecodziennych cały czas trwa. W zasadzie przestało być już dla mnie wyzwaniem, wyszukiwanie mniejszych i większych niezwykłości stało się czymś codziennym, a liczba „12” jest zdecydowanie za mała :)

W kwietniu nabyłam kilka ważnych dla mnie, nowych doświadczeń. Jednym z nich była manifestacja KODu. Niespecjalnie interesuję się polityką, jestem kiepska z historii, natomiast czuję zaniepokojenie związane z tym, co aktualnie dzieje się na naszej scenie politycznej. (…)

Kolejnym niecodziennym zdarzeniem było rozpoczęcie treningów biegowych z dzieckiem. Za każdym razem, gdy biorę lub bierzemy udział w jakimś biegu zorganizowanym, staramy się zabrać ze sobą synka, żeby zobaczył co się dzieje, jak się ludzie fajnie bawią biegając. (…) A ponieważ bieganie jest zaraźliwe, wirus nie mógł go pominąć – któregoś dnia zadał mi proste pytanie, na które cierpliwie czekałam i nie było dla mnie zaskoczeniem: – mamo, a nauczysz mnie biegać? Temat biegania z dzieckiem na pewno rozwinę w innym poście, natomiast teraz zdradzę tylko, że od 19 kwietnia biegamy razem dwa razy w tygodniu i mamy przy tym dużo frajdy!

I ostatnia rzecz – wzięłam udział w warsztatach Taijiquan (taj czi czuan). (…) Od bardzo, bardzo dawna miałam ochotę pójść na takie zajęcia, ale – albo za daleko, albo termin nie taki, albo za drogo, albo sama nie chciałam, bo się wstydziłam… A teraz mając okazję i towarzystwo, postanowiłam wreszcie to zrobić. 

Więcej o tai chi, biegach i manifestacji KOD przeczytacie TUTAJ.

***

Regularne bieganie, uważne dbanie o siebie czy grzebanie w ziemi to tylko kilka przykładów zdobywania nowych doświadczeń, poszerzania horyzontów, poznawania siebie, praktykowania uważności. Właśnie do tego wszystkiego motywuje wspólna akcja o nazwie 12 niecodziennych rzeczy. Mam nadzieję, że powyższymi relacjami zainspirowaliśmy Was do podobnych, niecodziennych, niezwykłych działań. Podzielcie się swoimi kwietniowymi doświadczeniami w komentarzach, na Facebooku, Instagramie lub wysyłając mi maila na adres kasia@drogadominimalizmu.pl. Pamiętajcie, by zawsze dodawać tag #12niecodziennych.

A co Wy niecodziennego zrobiliście w kwietniu?

Przeczytaj także

  • Zbieram już 12 niecodziennych za maj – zmieniłam wygląd bloga dość mocno. Wyszłam poza strefę komfortu i muszę się teraz wiele nauczyć, ale cieszę się z tego niezmiernie i mam nadzieję, że wyjdzie to blogowi na dobre ;)

  • Cudowne!!! Życie jest takie niezwykłe, tyle jest niecodzienności w naszej codzienności, wystarczy się tylko rozejrzeć… Dziękuję jeszcze raz za ten cykl <3
    P.S.
    Post na maj już zaczęłam, żeby znowu nie pisać w ostatniej chwili ;)

    • Bardzo się cieszę, że podchodzisz do tej akcji z takim entuzjazmem! Jest zaraźliwy :)

      • Jeżeli uda mi się zarazić choć jedną osobę, to będę baaardzo zadowolona :)

  • Widziałam tę wystawę bodajże w lutym, poszłyśmy razem z Ajką. Zachwyciły mnie przede wszystkim eksponaty z lat 40. – te wszystkie suknie z jedwabnych spadochronów, bluzka z mapy lotniczej (!) itp. Z późniejszych eksponatów – co chwilę któraś z nas rozpoznawała jakiś deseń na materiale, że coś podobnego było w domu, albo różniło się tylko kolorem. Niezła podróż w czasie.

    • Bardzo podobała mi się ta wystawa, żałuję, że nie było tego więcej… uwielbiam modę z lat 40, 50 i 60, więc mogłabym tam spędzić cały dzień :)

  • Kasiu, bardzo dziękuję za wspomnienie o mnie! :) Widzę, że u innych również się działo- super! Ekstra, że u Was kwestie domowe idą konkretnym tempem. W lecie jest bardzo przyjemnie usiąść przed domem i podziwiać ogródek – dodatkowo jaka satysfakcja z samodzielnej pracy nad kwiatami :) Pozdrawiam!

    • Aniu, jesteś z nami od początku, więc mam nadzieję, że wytrzymasz do końca i będziesz ciągle zbierać nowe doświadczenia :)

  • Te wszystkie niecodzienne doświadczenia innych uczestników przeczytałam z ogromnym zainteresowaniem i na pewno zajrzę do tych, którzy prowadzą swoje blogi:)

    Idea małego domku za 40 tys. też mi się bardzo podoba, tylko szkoda, że nie mam działki. W miejscu w którym mnie takowa ewentualnie interesuje, to nawet nie wiem, czy jak bym sprzedała mieszkanie czy by na nią starczyło….

    • No tak, budowa domu to jedno, a zakup działki – drugie. Kiedy szukaliśmy działki byliśmy w szoku, do jakich astronomicznych kwot można dojść za kawałek niewielkiej działeczki przy ruchliwej drodze czy jakichś mało malowniczych słupów energetycznych… A ziemia nad morzem to w ogóle musi mieć kosmiczną cenę.

      • Moja dzielnica i tak jest z 25 min drogi autobusem od morza, ale tutaj się mocno trójmiasto rozbudowuje i każda ziemia na wagę złota. Dzielnice koło miasta już nawet do miasta zostały wchłonięte. Taniej “małe trójmiasto” – czyli Reda, Rumia, Wejherowo – ale to już dochodzą koszta dojazdów do pracy + czas, nieraz nawet godzinę w korku…

        • Byliśmy w Redzie trzy czy cztery lata temu i właśnie teraz – w tym czasie wyrosło tyle nowych osiedli, że byliśmy w szoku. Ale nie dziwota – otoczenie atrakcyjne.

  • W tym miesiącu się zagapiłam i nie napisałam do Ciebie :( Moje kwietniowe nowości to ogródek, sieję, grzebię i odchwaszczam i bardzo mi to odpowiada :)

  • Coraz bardziej podoba mi się ta akcja. Po pierwsze – zauważam to co niecodzienne, po drugie – zapisuję te wszystkie wydarzenia, więc będę mogła do nich wracać, wspominać, nic z pamięci nie uleci. :)
    I na koniec roku zamiast myśleć – ojej jestem o kolejny rok starsza, kolejny rok uciekł, pomyślę – kurcze, jaki ten rok był fajny, tyle się wydarzyło. Bardzo się cieszę, że trafiłam na Twój blog. Postaram się w wolnej chwili zajrzeć do wszystkich tu wymienionych. :)

    • Też właśnie o tym pomyślałam przy okazji zbierania kwietniowego podsumowania – kolekcjonujemy doświadczenia, ale też rozkładamy je na czynniki pierwsze, rozmyślamy, co nam dają, w jaki sposób nas wzbogacają. Cieszę się, że z nami jesteś :)

  • Super :) Podziwiam. Ja w tym miesiącu w rozjazdach i w kryzysie, nie udało mi się przygotować nic sensownego, ale jeszcze do Was wrócę. W maju czekają mnie dość niecodzienne rzeczy ;)

  • Oooo wpadłam ostatnio na projekt Wojtka i się zachwyciłam! Chociaż nie przekonuje mnie wizja 35m2 dla rodziny… ale już dla pary (czy też domek letniskowy) jak najbardziej!

    Myślałam, żeby się do Ciebie odezwać z moimi niecodziennymi rzeczami, ale w moim ostatnim nieogarnięciu przegapiłam… a mam się czym pochwalić! :) W kwietniu zaczęłam NA NOWO jeździć samochodem! Rzuciłam się od razu na głęboką wodę, bo we wtorki muszę sama dojeżdżać do pracy (150km) [w pozostałe dni dorzucam się do paliwa znajomym, którzy mnie zabierają]. Za mną już 3 trasy (w tym dwie z mega “przygodami”…), ale cieszę się, że wreszcie się przemogłam :)

    • Brzmi ekscytująco :) pamiętam moje początki za kierownicą, myślałam, że umrę ze stresu, ale również musiałam dojeżdżać daleko do pracy i w ten sposób szybko się wprawiłam. Nadal nie umiem dobrze parkować, ale jeżdżę świetnie (aczkolwiek może trochę za szybko). Trzymam kciuki za Twoje postępy.

      • Najlepsze jest to, że kiedyś bardzo lubiłam jeździć samochodem. Nawet zdałam egzamin za pierwszym razem! Ale potem jakoś tak wyszło…
        Parkowanie to już wg wyższa szkoła jazdy… Ale z drugiej strony nie wstydzę się parkować na 10 razy :) Jedyne na co się jeszcze nie odważyłam… to nie wjeżdżam na parking podziemny w pracy :P, ale może już niebawem…

        • Ja najlepiej parkuję i wjeżdżam na parkingi podziemne jak się wkurzę ;) Wtedy wszystko naprawdę dobrze mi wychodzi, ciekawe czemu ;)

  • Podziwiam Wojtka! Temat jak najbardziej na czasie, bo ni8edalje jak wczoraj rozmawialiśmy w gronie rodzinnym o facebookowym profilu o domach za 100 tyś zł. (ok 60 metrów kwadratowych). Ciekawy byl fakt, że jeśli mówimy o sześć-dziesięciometrowym mieszkaniu, ludzie mówią “tak, to jest ok”, sa bardziej skorzy do wydania na nie pieniędzy, ale jeśli wspominamy o 60 metrowym domu, reagują oburzeniem. Naprawdę, tak było wczoraj. Zwłaszcza starsza część gości nie mogla pojąć, jak ktos chce budować tak mały dom. W Polsce przyzwyczailiśmy się do domów wielopokoleniowych, ogromnych, które potem wieją pustką. Chyba dlatego, że mieszkanie jest bardziej “mobilne”, szybciej można je sprzedać niż dom. Takie mam odczucie. :)

    Moim niecodziennym wydarzeniem była wizyta w muzeum. Tego samego dnia, którego Ty byłaś w Krakowie :) Nawet mamy to samo zdjęcie, przedstawiające gmach Muzeum Narodowego :) Miałam co prawda iść na nią tydzień wcześniej, ale koleżanki nie znalazły chęci i ostatecznie zrezygnowały ze spotkania. Dlatego postanowiłam wybrać się sama. Tym samym wykroczyłam poza strefe swojego komfortu, bo nigdy nie byłam sama na żadnej wystawie. Jest to swojego rodzaju wyczyn :)

    Wyszło mi to na dobre, bo pogoda była cudowna, można było w pełni cieszyć się urodą krakowskich uliczek.

    • No właśnie zauważyłam, że byłyśmy na wystawie tego samego dnia, niestety nie było nam dane się spotkać ani skontaktować :( Może następnym razem. A co do domów i ich powierzchni – kiedy zabieraliśmy się do budowy naszych stu metrów, to ciągle słyszeliśmy, że prawdziwy dom to się zaczyna od 120 metrów… Nie wiem dlaczego. Sama po cichu marzyłam o max. 80 metrów domu, ale ten projekt na 96 m2 bardzo nam się spodobał. Kiedy tak przechadzam się po wykańczanych wnętrzach uważam, że to bardzo dużo i zupełnie wystarcza na potrzeby naszej rodziny.