Oczyszczanie przestrzeni Proste życie

Zmora odpowiedzialności za rzeczy

24/03/2016

Im bliżej przeprowadzki, tym mam większą ochotę na definitywne pozbywanie się niepotrzebnych rzeczy z mieszkaniowych zakamarków. Jest ich jeszcze sporo, ale myśl o tym, że muszę znaleźć im nowy dom skutecznie zniechęca mnie do tego, by się nimi zająć. Och, jak by było łatwo, gdyby można było ot tak, wszystko wyrzucić bez konsekwencji i wyrzutów sumienia. “Wyrzuć wszystko, co nie przynosi ci radości” pisze Dominique Loreau w swoich książkach o prostocie. Oczywiście, “wyrzucić” to często skrót myślowy, ale jestem przekonana, że wielu ludzi po lekturze tych i podobnych książek po prostu wyrzuciło część stanu posiadania na śmietnik. No bo p. Loreau nie napisała “oddaj, sprzedaj, przerób” tylko “wyrzuć”, a to takie proste.

Pendrive’y, zniszczone teczki, wsuwki, gumki, plastikowe bransoletki, ozdobne pojemniki (mnóstwo pojemników), kilka przyborów kuchennych. Te i inne rzeczy w świetnym stanie (głównie książki i płyty) czekają na kogoś, kto je przygarnie, ale idzie to dość opornie, bo przecież na świecie mnóstwo jest podobnych przedmiotów i pewnie mnóstwo osób, które tak, jak ja, nie mają serca ich wyrzucić, tylko kombinują, co z nimi zrobić. O ile książki i płyty można oddać do biblioteki czy innych miejsc użyteczności publicznej, to nie wiem, kto przyjmie plastikowe łyżki do sałatki czy słoiczek z ozdobnym wieczkiem o pojemności 0,7 litra. Są takie rzeczy w naszych szafach, o których się filozofom nie śniło i to one spędzają sen z oczu “nawróconym” na minimalizm. Trzy tacki-organizery do szuflady, które kiedyś służyły mi do chowania licznych gadżetów do makijażu, lekko podniszczone albumy na zdjęcia i skórzany wizytownik pojawiły się już na kilku wyprzedażach garażowych i nie znalazły nowego właściciela. Czy to oznacza, że muszą skończyć na wysypisku? No chyba nie. Leżą więc cierpliwie w pudełku rzeczy niepotrzebnych obok wystawionych sto lat temu na OLX oryginalnych płyt z muzyką R&B i czekają. A ja mam już dość tego balastu, który oczywiście sama sobie sprawiłam, i coraz częściej korci mnie wynieść to wszystko na śmietnik i mieć z głowy problem. Obawiam się tylko, że nabawię się poczucia winy, że to dobre rzeczy były i mogły służyć innym. Czasem mam wrażenie, że mogłabym pół domu wyrzucić, bo z ostatnich obserwacji wynika, że – zgodnie ze słynną zasadą Pareto – korzystamy tylko z 20% rzeczy przez może nawet więcej niż 80% czasu. Tylko co potem robić z tą niepotrzebną połową domu?

Czyżby sławne “kiedyś mi się przyda” przeszło na “kiedyś komuś się przyda”? Czy to w ogóle ma sens? Czy już nigdy nie pozbędę się niepotrzebnego rzeczowego balastu? Jak wybrnąć z tej niby niezbyt ważnej, a jednak prawdziwie dręczącej sytuacji? Być może to nienajlepszy pomysł, jednak jeśli do czasu przeprowadzki nie znajdę chętnych na wspomniane przedmioty, to po prostu wystawię je pod śmietnikiem i kto będzie miał ochotę, coś sobie wygrzebie. Mieszkamy w takiej okolicy, że często to, co wystawimy znika po dziesięciu minutach, więc jest spora szansa, że te pierdółki też znajdą swojego amatora. Jeśli nie, to pewnie nawet się tego nie dowiem. Zależy mi jednak na tym, by do nowego domu nie zabierać starych śmieci – rzeczy, które teraz ciągną mnie w dół, zabierają cenną przestrzeń i przede wszystkim – potrafię bez nich żyć. Świadomość odpowiedzialności za stan posiadania potrafi być zmorą.

Zastanawiam się, czy Wy też macie / mieliście podobne problemy? Jak sobie poradziliście z rzeczami, których nikt nie chciał? A może wyrzucanie na śmietnik to nie jest aż taka zła rzecz, jak mi się wydaje?

Przeczytaj także