Dobre życie

Powoli

21/03/2016
ślimak

Jestem osobą niecierpliwą i lubię szybko działać, dlatego życie w stylu slow – powolne, refleksyjne – przychodzi mi z trudem. Cały czas uczę się życia tu i teraz, w tej chwili, ale moja natura osoby wiecznie kontrolującej czas często wygrywa. Jednak teraz, kiedy moje otoczenie jest względnie posprzątane, poukładane, zminimalizowane mam czas, by smakować chwile i dostrzegać fakt, że powolne życie ma sens. Przytoczę tu kilka obrazków, które dały mi do myślenia.

Czwartek, 7 rano. Właśnie wróciłam z biegania, więc szybko wskakuję pod prysznic, bo za pół godziny muszę zawieźć męża do pracy. Rzucam więc w stronę B., żeby powoli zaczynał ubierać Maję, bo oboje wiemy, że ostatnio ta czynność zdecydowanie jej nie leży. Kiedy po kąpieli wyłączam wodę z pokoju dochodzi do mnie rytmiczny głos męża czytającego dziecku przygody pszczółki Mai. Znam tę książkę na pamięć, więc wiem, że dopiero są w połowie. Tata i dziecko siedzą jeszcze w domowych ubraniach na kanapie i spokojnie delektują się lekturą. A tu niedługo trzeba wychodzić! I wtedy to do mnie dotarło. To mój mąż powinien pisać tego bloga, bo to jemu bliżej do życia w stylu slow. Potrafił postawić poranny czas spędzony z dzieckiem wyżej w hierarchii niż punktualne dotarcie do pracy. Ostatecznie spóźnił się tylko pięć minut, a sprawił wiele radości naszej córce, która od samego rana domaga się “czitania”. Chyba muszę się jeszcze wiele od niego nauczyć.

Coraz bardziej wiosenna pogoda nakłania mnie do dłuższych spacerów z Mają, a jako że już świetnie sobie radzi z chodzeniem zabieram ją na przechadzki bez wózka. Do tej pory spacery z wózkiem były trochę taką pogonią za celem – wyjść, dojść na plac zabaw, huśtać się, grzebać w piasku, wrócić do wózka, uśpić dziecko, zrobić 3 kilometry i wrócić do domu. Spacer na nóżkach jest inny. Obrałam sobie za punkt honoru całkowite zanurzenie się w chwilach podczas spaceru. Tuptamy powoli, zbieramy liście, patyki, obserwujemy wiewiórki, samoloty i drzewa. Park Śląski, obok którego mieszkamy, już mi się znudził (biegam tam co drugi dzień, codziennie spacerujemy), dlatego na nasze powolne spacerki zabieram Maję do Katowickiego Parku Leśnego (zwanego też Trzema Stawami) na Muchowcu. To są zdecydowanie moje ulubione chwile dnia. Trzy Stawy są ciche, spokojne, możemy zobaczyć konie w stadninie, zachwycać się nisko lecącymi samolotami, biegać po ogromnych trawnikach. Ludzi jest mniej niż w Parku Śląskim, co sprzyja kontemplacji, odpoczynkowi, a i Maja nie leci jak szalona, bo widzi “dzidzi” czy “auauau” (czyt. psa). Nie myślę o czasie, obowiązkach, rzeczach do zrobienia po powrocie – grzeję się w słońcu i oglądam niebo.

Bardzo bym chciała nauczyć się bycia tu i teraz zawsze, nie tylko na spacerach. Chciałabym porzucić co jakiś czas tendencję do kontrolowania życia, czasu i siebie. Dobrze mieć wszystko zaplanowane i poukładane, ale być może nie trzeba aż tak obsesyjnie dbać o wykonanie planu. Już i tak jest lepiej niż wcześniej – potrafię zrezygnować z czegoś, co niby ważne, a takie nie jest, na korzyść odpoczynku, kontemplacji, rozmowy, zabawy. Z drugiej strony nie znoszę się spóźniać czy kazać komuś czekać, dlatego zdarza mi się zrobić coś po łebkach, żeby tylko się wyrobić na czas. A potem często się okazuje, że pośpiech był zbędny.

Życie w stylu slow nie jest łatwe, szczególnie dla osób z lekko neurotyczną osobowością, jednak jest bardzo przyjemne. Delektowanie się chwilą ma sens, daje dużo radości nam i tym, którzy dzielą z nami tą chwilę. Przyzwyczajeni do pośpiechu i ustawicznego spoglądania na zegarek musimy uczyć się powolności, pauzy, przerwy, oddechu. Skoro jednak można oduczyć się bezmyślnego kupowania czy chronicznego gromadzenia, można też nauczyć się powolnego uważnego życia. Zajmie to trochę czasu, ale uważam, że warto.

Żyjecie szybko czy powoli? Macie jakieś patenty na naukę życia w stylu slow? Trenujecie uważność? Proszę, zostawcie swoje rady w komentarzach. Na pewno z nich skorzystam, bo chcę żyć powoli!

Przeczytaj także

  • Karola (pinchofsalt) 21/03/2016 at 07:33

    W sumie to wszystko zależy od tego, gdzie w danym momencie życia jesteś. Ja kiedyś (krótko bo krótko) pracowałam w miejscu gdzie nawet za 1 min spóźnienia (trzeba było się wczytać na czytniki linii papilarnych!) potrącano kilkanaście zł z wypłaty. Jak tu wtedy być slow? Brr, to było paskudne miejsce.

    Teraz mam ten komfort że mój szef jest bardzo elastyczny i fajny i jeśli tak jak dzisiaj, kiedy piszę te słowa autobus nie przyjechał i będę 15-20min później nic się nie stanie. Nie każdy ma taki komfort niestety.

    • Kasia | Droga do minimalizmu 22/03/2016 at 05:37

      To niestety prawda. Też pracowałam kiedyś w takim miejscu, gdzie za minutę spóźnienia trzeba było zostać pół godziny dłużej… Poza tym zegar zakładowy był jakoś dziwnie nastawiony i przez długi czas miałam ustawiony zegarek właśnie pod niego ;)

      • Karola (pinchofsalt) 22/03/2016 at 08:51

        Prawda Kasiu?
        Szkoda tylko, że w temacie wyświechtanego work-life balance ciągle jesteśmy w ogonie Europy… ale moje pokolenie robi tu dobrą “pracę”, domagając się większej normalizacji. Jestem zdania że pracownik slow, taki jak ja przyjdzie raz 10 min wcześniej raz później, czasami wyjdzie wcześniej, czasami zostanie po godzinach, ale będzie pracował kilka razy bardziej wydajnie bez poczucia bycia niewolnikiem :)

  • Pensjonarka 21/03/2016 at 09:19

    ja ostatnio też o tym myślałam. Zawsze byłam w biegu. Odkąd pamiętam – plan, agenda, dwa kierunki studiów, praca, terminy. Ostatnio zauważyłam, że się kompletnie zmieniłam. Przy synku wszystko jest tu i teraz. Nie spieszę się, nie martwię na zapas. Mam wszystko poukładane, ale na tyle, że nie muszę gonić za terminami. W pracy wyluzowałam. Nie przeżywam wszystkiego tak jak kiedyś. Podoba mi się to :)

    • Kasia | Droga do minimalizmu 22/03/2016 at 05:41

      Właśnie o tym mówię, żeby nauczyć się nie przeżywać tak bardzo wszystkiego i wyluzować :) Super!

  • Marta / Pani Poczytalna 21/03/2016 at 09:48

    Myślę, że skłonność do “nadproduktywności” jest cechą naszych czasów. Wszyscy się spieszymy, wszyscy staramy się zrobić więcej kursów /studiów, mieć więcej planów, uczyć się lepszej organizacji czasu. Gdy się tak nad tym zastanowisz, w sumie nie wiadomo po co, ale świat tak pędzi, więc robimy to nawykowo. Rezygnowanie z tego ma w sobie coś z anarchii, jest cudownie wyzwalające. Wciąż uczę się odpuszczać i uwielbiam to robić, uwielbiam szukać w drobnych czynnościach pretekstów do zwolnienia, czuję się wtedy jak dziecko.
    A, i brawa dla Męża!

    • Kasia | Droga do minimalizmu 22/03/2016 at 05:42

      Jeee, życiowa anarchia, lubię to :) Właśnie to wyzwolenie, o którym piszesz, jest tak dla mnie pociągające, chciałabym częściej wrzucać na luz. Idzie mi coraz lepiej.

  • Joanna 21/03/2016 at 12:50

    Najbardziej ujęłaś mnie tym zdaniem, że osobom lekko neurotycznym jest trudniej być slow. Sama mam sporo typowo neurotycznych przywar, zatem walka o powolność i uważność wciąż trwa. Ale w końcu się uda! Trzeba tylko uważać, by ta powolność nie stała się celem samym w sobie, a tak jak piszesz, była po coś: dla dobra dziecka, dla własnego odpoczynku, dla docenienia piękna natury. Bo “slow” też może być neurotyczne i kompulsywne, zamiast być narzędziem do zmiany. Muszę kiedyś popełnić jakiś wpis na ten temat :)

    Dla mnie patentem na uważne życie jest chyba świadomość i dystans do siebie. Obserwacja, kiedy zaczynam niezdrowo przyspieszać. Takie ciągłe bycie obok swojego życia. I zrozumienie jak wiele ze spraw, za którymi gonię jest wymogiem “mnie idealnej” lub społeczeństwa. A nie prawdziwego “ja”.

    • Kasia | Droga do minimalizmu 22/03/2016 at 05:44

      Świetnie to ujęłaś i masz sporo racji. Ta walka o uważność, jak to napisałaś, też powinna być przyjemna i wydaje mi się, że u mnie tak jest. I nie chodzi o to, że slow jest modne, tylko po prostu przyjemne, dlatego warto uczyć się odpuszczać :)

  • Alicja 21/03/2016 at 13:23

    Mam w zwyczaju cieszyć się małymi rzeczami. Takimi totalnie idiotycznymi, jak ciepły wiatr w wiosenny dzień, pierwsze lunche zjedzone w parku czy śnieg padający w drodze do pracy. Wolę spóźnić się 5 minut do pracy i dać narzeczonemu buziaka na pożegnanie, niż popsuć mu dzień bo go nie dostał ;) I to jest moje ‘slow’, dlatego myślę że całkiem nieźle sobie radzę w tym nowym trendzie świadomości otoczenia.
    Wydaje mi się że to wynika poniekąd z wdzięczności za to co mam, a także tego że noszę Boga w sercu.

    • Kasia | Droga do minimalizmu 22/03/2016 at 05:45

      Pięknie to napisałaś. Mam nadzieję, że już niedługo ten ciepły wiosenny wiatr da nam więcej możliwości na zwolnienie :)

  • Catherine Sophie 21/03/2016 at 16:06

    “Życie w stylu slow nie jest łatwe, szczególnie dla osób z lekko neurotyczną osobowością,” – to nie tak. Po prostu nasze współczesne, miejskie życia są do kitu. Dlatego ciągle biegamy, szukamy czegoś innego. Też tak biegałam, mimo, że uważałam że mam wszystko i jestem mega przeszczęśliwa. Potem zamieszkałam i zaczęłam odwiedzać miejsca, gdzie żyje się inaczej. I co? I tu na Karaiabch, jak i w tych miejscahc nie musisz się “zmuszać” do bycia tu i teraz. To przychodzi naturalnie.

    Jeśli musisz się do tego zmuszać, to nie będzie to już naturalną celebracją życia. Więc zamiast sobie wmawiać że coś musisz (po raz kolejny!sic!) – zmień swoje życie na takie, które nie będzie tego potrzebować. Wszystko inne jest po prostu mydleniem sobie oczu.

    • Kasia | Droga do minimalizmu 22/03/2016 at 05:47

      Masz sporo racji, ale to “zmuszanie się” do zwolnienia jest przyjemne. Zazdroszczę Ci Karaibów, bo wiem, że tak rzeczywiście ludzie myślą trochę inaczej, lepiej celebrują chwile i ten nastrój na pewno szybko się udziela.

  • czmiel 21/03/2016 at 18:51

    Wydaje mi się, że taki pies bardzo by pomógł w celebrowaniu wolniejszego życia :)

    • Kasia | Droga do minimalizmu 22/03/2016 at 05:49

      Kiedy bardzo chciałam mieć mopsa (są cudowne), ale wiem, że pies nie jest dla nas. Za dużo podróżujemy, a z pieskiem nie moglibyśmy zobaczyć wszystkiego, a zostawiać gdzieś samego pod inną opieką, to straszny smutek.

      • czmiel 22/03/2016 at 19:08

        Wiem, ja, od kiedy odszedł mój Ares, z którym spędziłam połowę (!) mojego życia, też chciałam mieć pieska. Ale zdaję sobie sprawę, że nie ma mnie w domu po 10 godzin, to byłaby udręka dla psa. :(

  • youcancallmeann 21/03/2016 at 19:27

    Ja niestety żyję szybko. Stety, niestety tak na prawdę – są osoby, które lubią taki tryb życia, jednak po pewnym czasie takiej bieganiny człowiek się wypala. I nie przybywa nam dzięki temu lat.

    • Kasia | Droga do minimalizmu 22/03/2016 at 05:50

      Rzeczywiście niektórzy lubią pęd i jeśli im to nie przeszkadza, to nie ma sensu ulegać modzie na życie w stylu slow. Jeśli jednak zaczyna przeszkadzać, to warto uczyć się wrzucać na luz :)

  • Aga 21/03/2016 at 21:51

    Dostrzegać małe chwile szczęścia, bo one składają się na pełnię życia….i odkryć w sobie odrobinę dziecka, tak jak piszesz zachwycić się kamyczkiem, liściem, chmurką na niebie. Pobyć tu i teraz. Dziękuje za przypomnienie, jutro mam wolny dzień…pozbieram małe chwile szczęścia :)
    Pozdrawiam!

  • Monika Mo Dawidowicz 21/03/2016 at 23:57

    Żyję gdzieś pomiędzy. Mam dużo obowiązków, dużo zadań, zawsze niedoczas, ale zdarzają się takie momenty, jak spacer z synem albo niedzielny poranek, że czas jakoś tak dziwnym trafem zwalnia, a mnie to cieszy. Czasem czytam jedną stronę w książce przez pół godziny, jak mi się na przykład podoba.Skwierczące na patelni warzywa też mi właczają slow mode, nawet jeśli w międzyczasie mój syn robi rozróbę w salonie, pies szczeka na kuriera a kot mnie drapie, bo chce mleko. Ja się zawieszam i cieszę, że takie dobre jedzenie za chwilę będzie gotowe i wącham sobie i słucham jak się smażą papryki i inne takie.
    Lubię też wylegiwać się w wannie i delektować tym faktem – to strasznie kliszowe, ale polecam. Piana, świece, muzyka, ogórki na powieki. Przyznam się, że choć to niezbyt ekologiczne i chyba nawet niezbyt zdrowe to robię tak co 2-3 dzień. Może to nie do końca cieszenie się chwilą, ale ja traktuję to jako cieszenie się tym czasem w życiu, który dla mnie teraz nastąpił – że czuję się fajnie ze sobą.

    • Kasia | Droga do minimalizmu 22/03/2016 at 05:53

      Nie mam i w najbliższej przyszłości nie będę mieć wanny, ale wiem, o czym mówisz. Marzę o tym dniu, kiedy Maja już będzie sama się bawić w pokoju i da matce trochę czasu na “kliszowy” relaks. Ale to właśnie ona podpowiada mi, jak zwolnić ten mój pęd “do celu”. W sumie muszę spróbować z tą uważnością przy gotowaniu, do tej pory ćwiczyłam ją tylko przy zmywaniu, gotowanie jest lepsze, bo więcej się dzieje.

  • Kasia W | Ograniczam Się 23/03/2016 at 12:39

    Już żyłam uważnie i delektowałam się chwilą. Już potrafiłam zrównoważyć powolność z terminowością. Cieszyłam się ze świergotu ptaków na spacerze i z huśtania córki w parku. I wróciłam do pracy na etat. Teraz muszę sobie przypominać, żeby zwolnić i ucieszyć się z drobiazgów. Ale warto!

    • Olga | Gray Moka 23/03/2016 at 16:59

      Czyli czas się zwolnić, żebym mogła również żyć slow? :) Ostatnio próbuję, ale faktycznie, gdy ma się etat i wszystko jest na wczoraj, deadline’y na przedwczoraj, to trochę utrudnia sprawę ;).

      • Kasia | Droga do minimalizmu 24/03/2016 at 05:57

        Myślę, że każdy – nawet pracoholik na dwóch etatach – ma szansę wypracować swój sposób na życie w stylu slow. Tak mi się przynajmniej wydaje ;)

        • Kasia W | Ograniczam Się 24/03/2016 at 09:06

          Znam osoby, które na samozatrudnieniu harują do nocy, bo muszą wszystko skontrolować. Znam też takie, które będąc szefem wychodzą o 17 i znajdują czas dla siebie. Także Kasiu, pewnie masz rację. Kwestia wypracowania w sobie zdrowych nawyków i asertywności.

    • Kasia | Droga do minimalizmu 24/03/2016 at 05:55

      Jasne, że warto :)