Goście

Goście: Monika Dawidowicz

25/01/2016

Uwielbiam Mo. Za buntowniczą naturę, za bezkompromisowość, za dobre rady chustowo-wychowawcze, jakie znalazłam na jej blogu Mo bloguje, kiedy błądziłam we mgle na początku swojej przygody z macierzyństwem. Monika Dawidowicz, bo o niej mowa, to artystyczna dusza, której nie jest obce życie w stylu slow. Jest mi ogromnie miło, że postanowiła pozostawić swój ślad tutaj, na Drodze do minimalizmu, zarówno w formie inspirującego tekstu, jak i pięknych zdjęć.

Szczoteczka do zębów, żelopisy i zaczynanie od zera 

Monika Dawidowicz

Mam bardzo fajne wspomnienia z czasów, gdy byłam uczennicą. Chociażby taki początek roku szkolnego. Nowe, pachnące drukarnią podręczniki, które mama starannie obklejała mi kolorowym papierem, aby się nie zniszczyły (później były już na rynku dostępne foliowe okładki, ale na początku podstawówki wciąż królował klimat retro-recyklingu). Czyste zeszyty, którym w przeddzień szkoły cichaczem obiecywałam, że nie będę gryzmolić, bazgrolić i będę na kolorowo podkreślać wszystkie tematy (świeżo zakupionymi żelopisami, takimi z brokatem, to był szał w chyba każdej podstawówce!). Agresywnie naostrzone kredki i ołówki czekające cierpliwie w piórniku. Pełne ekscytacji oczekiwanie na pierwszy dzwonek.

Albo w drugą stronę – początek wakacji, wyjazd na letnie kolonie. Początek nowych przygód i nowych przyjaźni, już od momentu wejścia do autokaru. Obietnica cudownego lata z dala od nadzoru rodziców i codziennych obowiązków Po brzegi zapakowana walizka pełna nowej bielizny, nowych przyborów higienicznych i przemycony ukradkiem nowy cień do powiek kupiony „dla starszej siostry” w kiosku na rogu.

Początek. Samo to słowo nacechowane jest pewną wyjątkową mistyczną energią niosącą ze sobą obietnicę czegoś… dobrego. Najzwyczajniej w świecie dobrego. Przynajmniej dzieciom łatwo przychodzi konfrontacja z początkiem. Początki w dzieciństwie są zresztą dość przewidywalne, bo jak kończy się rok szkolny, to zaczynają się wakacje, a jak kończą się wakacje to zaczyna się rok szkolny.

W dorosłym życiu sprawa staje się trochę bardziej skomplikowana (przynajmniej w naszych głowach, ale to wszystko jest przecież do naprawienia). Kiedy dorastamy, niewiele rzeczy jesteśmy w stanie przewidzieć. Świat nas zaskakuje. Jeśli uda nam się cokolwiek uregulować, usystematyzować, uklepać w jakąś pewną, stałą i niezmienną masę, rozlazłą i bezkształtną, ale relatywnie ogarniętą – trzymamy się tego bardzo uparcie. Zaczynanie czegokolwiek od zera, z czystym zeszytem i świeżo naostrzonym ołówkiem, albo z torbą pełną czystych skarpet i fabrycznie zafoliowanym filtrem przeciwsłonecznym, zaczyna być piekielnie przerażające.

Taki wyjazd za granicę, chociażby. Z kraju, gdzie wszystko wiesz i wszystkich znasz i wszystko rozumiesz, do kraju, gdzie niczego nie wiesz, nikogo nie znasz i nic nie rozumiesz. Zgroza. Rodzina daleko, zaufany dentysta daleko, ulubiona piekarnia daleko, a tu jeszcze trzeba opanować zupełnie obcy system podatkowy i dogadać się z urzędnikami, nie wspominając już o nawiązaniu poprawnych stosunków z sąsiadami i znalezieniu przyjaciół.

Albo założenie nowej firmy. Tak od zera. Nie, że płynne przejście z etatu na freelance, a z freelance’u na mikro przedsiębiorczość. Przecież mówimy tu o zapisywaniu zupełnie czystego zeszytu świeżo rozpakowanymi brokatowymi żelopisami (lub co gorsza, mając te zeszłoroczne albo nie mając żadnych). Odnajdź się na rynku, zbuduj bazę klientów, sprzedaj im swoją usługę (jakimś cudem), zarób na ZUS i zorientuj się, że przyszedł jakiś tajemniczy list ze skarbówki, czyli pewnie pojawiła się jakaś niejasność lub jakaś sprawa nie została dopilnowana. Przeżyj i nie zwariuj.

Dużo można wymieniać takich początków i każdy z nich może brzmieć strasznie, ale wiesz co? Ja postanowiłam się ich nie bać. Wiecznie zaczynam od zera. Nowe miejsca zamieszkania. Nowe związki. Nowa praca. Nowa działalność gospodarcza. Nowa życiowa filozofia. Pewnego dnia obudziłam się i postanowiłam, że nie będę się bać, bo chcę być znowu trochę jak to dziecko, które szykuje nowe ołówki do szkoły, albo poznaje nowych przyjaciół w autokarze do Sianożętów. Także zaczynam. Ciągle coś nowego.

Bo czego tak naprawdę boimy się w tych początkach? Braku zaplecza. Zbieramy latami doświadczenia, przedmioty, kontakty, a potem pstryk! Wszystko znika. Wszystko trzeba budować od nowa.

Gdyby jednak spojrzeć na to z perspektywy dziecka… Czy drugoklasista pierwszego września przychodzi do szkoły z elementarzem pierwszaka? Nie. Owszem, zna litery, bo nauczył się ich przed wakacjami, ale dziś na okładce podręcznika pachnącego drukarnią widnieje inny tytuł. Czy kolonistka, która kolejny rok z rzędu jedzie do ośrodka wczasowego Kormoran w Sianożętach, znowu zabiera tę samą szczoteczkę do zębów i to samo mydło co w zeszłym sezonie? Nie. Owszem, wie już, że jeśli na dyskotece zatańczy „wolnego” z najprzystojniejszym chłopakiem, to dziewczyny ze starszej grupy zjedzą ją żywcem, ale w walizce czeka na nią zupełnie świeży ekwipunek, nieużywany, zakupiony specjalnie na ten wyjazd.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zaczynanie od zera stopniowo wchodzi mi w krew. Najpierw trzęsły mi się kolana, potem już tylko dłonie, a dziś, wraz z kolejnym początkiem (żeby za długo i za daleko nie szukać, początek blogowania, po kilkumiesięcznej przerwie, pod starym adresem, ale w zupełnie czystym zeszycie i zupełnie nowym żelopisem z toną brokatu) jestem nawet podekscytowana.

Niemal wszyscy chociaż raz zaczynaliśmy od zera. Prawie każdy się kiedyś przeprowadzał. Niektórzy nie raz zostawali z niczym. Albo zakładali nową rodzinę. I potem jeszcze raz nową. Wielu z nas zmieniało szkołę, potem zmieniało pracę. Czasem z przyczyn losowych, innym razem na własne życzenie. Przeżyliśmy to. Nawet, jeśli nie zawsze było kolorowo.

Czasami język w obcym kraju, albo ten cholerny system podatkowy, okazuje się nie do pokonania i najrozsądniej spakować manatki i wracać do ojczyzny. Czasami rynek okazuje się brutalny, przesycony, a nasze zasoby niewystarczające i firmę trzeba zamknąć. Czasami nowy partner okazuje się palantem i trzeba zabrać od niego szczoteczkę do zębów i ulubione płyty. Czasami nowy projekt okazuje się niewypałem i trzeba pogodzić się z utraconym czasem i energią. Czasami nauczyciel wystawi nam ocenę niedostateczną na koniec roku. Z fizyki, matematyki, wychowania fizycznego i historii. Tak bywa.

Tylko nie ma się co zniechęcać. Trzeba zacząć od nowa. Od początku. Tego ekscytującego, niosącego obietnicę czegoś… lepszego. Mamy już potężne narzędzia, aby do tego dojść. Znamy litery z elementarza pierwszoklasisty i wiemy, których chłopaków omijać na dyskotece. Żelopisy z zeszłego roku i zużyta szczoteczka do zębów nie są nam wcale potrzebne.

Monika Dawidowicz – emigrantka (w wiecznym rozkroku między Monachium a Wrocławiem), blogerka (http://www.mobloguje.pl), copywriterka, sfrustrowana artystka wiecznie poszukująca dla siebie najlepszej ścieżki (ale świetnie odnajdująca ją dla innych), w nielicznych wolnych chwilach pisząca książkę. Prywatnie mama małego rycerza Jedi i fanka tostów z masłem orzechowym i dżemem.

Mo3

Przeczytaj także

  • Przeczytałam z ogromną przyjemnością no i śledzę poczynania Mo :) Początki – faktycznie coś w nich jest przerażającego i ekscytującego jednocześnie. Ale dobrze jest czasami zaryzykować, postawić wszystko na jedną kartę i spróbować od nowa. Bo takie tkwienie w miejscu, w pracy która nie satysfakcjonuje, czy z mężczyzną który nie jest tym który powinien być to nie życie a egzystencja.

    • Zaczynanie od nowa jest rzeczywiście bardzo ekscytujące i wiele obiecujące. Myślę, że nigdy nie jest za późno, by zaryzykować zmianę.

      • Kiedyś bardziej się bałam, ale teraz jestem już gotowa na zmiany;)

        • Mi też kiedyś było trudno cokolwiek zmieniać, tak jak napisałam, najpierw cała się trzęsłam. Ale dzisiaj, mając za sobą już tyyyyle początków (i tyyyyle przed sobą) – jestem zaprawiona w bojach. Zaraz znowu zaczynam coś od zera. Ostrzę ołówki. Motyle trzepią skrzydłami w brzuchu!

  • Mo bloguje zaczęłam czytać niedawno, w sumie za Twoją, Kasiu, rekomendacją. I muszę przyznać, że styl i podejście do życia ma wyjątkowo oryginalne. Copywriterka, pisząca w nielicznych wolnych chwilach książkę – Monika, życzę Ci powodzenia! Chętnie przeczytam coś grubszego spod Twojego pióra ;)

    • Też czekam z niecierpliwością na książkę Moniki, trzymamy więc kciuki.

    • Ja jestem taka głupia, że piszę 3 na raz, co jest zupełnie sprzeczne z tym, w co teoretycznie wierzę (czyli single-tasking i skupianie się na jednej rzeczy w jednej chwili). Zobaczymy co z tego wyjdzie. Motywację mam ogromną i pomysłów 100, więc… pewnie coś wyjdzie!

  • Ooo, Mo też na emigracji u zachodnich sąsiadów :) Rewelacyjnie dziewczyna pisze <3

    • Ano na emigracji. Cieszę się, że lubisz jak “dziewczyna pisze”, bo pisanie to dziewczyny największa pasja.

  • Nie do końca zgadzam się z tą tezą :) Jednak w wielu przypadkach łatwiej jest zacząć od nowa.
    Początki to motyle w brzuchu, ekscytacja i nadzieja, że “tym razem będzie lepiej, inaczej”. Owszem to czasem skoki na głęboką wodę, z lekką obawą czy nie złapie nas skurcz (w tej zimnej wodzie)… ale nie zawsze zmiana (tym bardziej radykalna) to dobra zmiana :)

    • Myślę, że wszystko zależy od nas samych, ale pewnie też od okoliczności “przyrody”. Mimo wszystko warto próbować coś zmienić, jeśli nie jesteśmy do końca usatysfakcjonowani z naszego życia.

      • Jasne. Nie ma co trwać w złej sytuacji. Odniosłam tylko wrażenie lekkiej “gloryfikacji” zaczynania od początku w tym wpisie. I z tym się nie zgadzam :)

        • Zapomniałam napisać, że też lubię Mo i też trafiłam na nią dzięki chustom i bardzo podobał mi się tamten styl :) Ale nową odsłonę czytam z taką samą przyjemnością!

          • Cieszę się, że mnie lubisz, także w nowej odsłonie. I cieszę się, że nie zgadzasz się z moją tezą – to jest piękne w blogosferze, że można skonfrontować ze sobą różne opinie. Chętnie dowiem się więcej na temat Twojej :)

          • Cieszę się, że się cieszysz :)
            Wydaje mi się, że niektórym zbyt łatwo przychodzi zaczynanie wszystkiego od nowa (i robią to notorycznie – niejako uciekając przed jakimikolwiek problemami), a innym znowu, tak trudno oderwać się od czegoś znanego i w pewien sposób bezpiecznego (pomimo, że są nieszczęśliwi i cierpią).

            Początki miłości są zawsze fajne. Bycie w długoletnim związku, gdzie niektóre rzeczy się już “wytarły” może się znudzić. Ale może zamiast rzucać wszystko i “zaczynać od nowa”, żeby znowu poczuć motyle w brzuchu, możnaby spróbować pracować nad tym co się ma. Wiem, że trochę poleciałam i że nie o to w Twoim tekście chodziło :), ale to mi się wydaje najbardziej jaskrawy przykład na to co chciałam przekazać….

          • Ok, rozumiem o co Ci chodzi. Daleka jestem od namawiania do rzucania miłości dla poczucia “motyli”, ale z drugiej strony uważam, że jeśli ktoś tkwi w bezsensownym pseudo-związku tylko dlatego, że boi się wyjść na nowe i zacząć od zera – to bardzo, bardzo, bardzo źle i powinien się odważyć wreszcie. Ale związki to jest trudny temat, a ja na pewno nie jestem specjalistką (chociaż w swoim krótkim życiu pozbierałam już trochę interesujących i pouczających doświadczeń w tej materii).

            Ja mam takie poczucie, że dla mnie zaczynanie od zera to po prostu sposób życia. Nie wiem, może jak kiedyś będę tak naprawdę wreszcie dorosła, to mi się zmieni. Do tego czasu będę indoktrynować, żeby się ludzie nie bali i próbowali i skakali na głęboką wodę i zaczynali z czystą kartką.

  • Bardzo fajny tekst. Lekki i dojrzały zarazem. Drugi, który dziś przeczytałam o zmianie i ten jakoś bardziej do mnie trafia. Z ogromną radością odkryłam niedawno, że Mo wróciła a na dodatek jest na naszym ulubionym blogowym agregacie ;) Bardzo lubię ją za bezkompromisowość i takie bardzo rasowe “niewdzięczenie” się do czytelników, odbieram je jako bardzo autentyczne blogowanie. Trochę mi szkoda starych tekstów, zwłaszcza chustowych, choć nie tylko – czytałam o chustach, będąc jeszcze w ciąży, teraz chętnie bym wróciła. Ale rozumiem decyzję, nowe początki, nowe zeszyty i nowe brokatowe żelopisy. Trzymam kciuki. Za początki.

    • Marto (czy ktoś jeszcze używa wołacza?), życzyłabym sobie, by wszędzie ukazywały się komentarze takie jak Twoje. I żeby więcej blogerów było tak autentycznych jak Mo.

      • Ja często używam wołacza. Tzn. jak mam okazję mówić po polsku, ostatnio niestety nieczęsto, to zawsze używam wołacza, np. do synuszka mówię Maksymilianie, do brata Michale, do przyjaciółki Agato. Klasyk :) W ogóle fajnie, że doceniacie moją autentyczność. Wiadomo, że muszę trochę filtrować to co piszę, ale raczej nie zastanawiam się czy to mi zagra wizerunkowo, albo czy się komuś spodoba. Po prostu piszę to co mam w głowie i przesyłam konkretną wiadomość w świat.

  • madebysoyal.blogspot.com.tr

    Jesteśmy coraz starsi, bardziej doświadczeni ale niekoniecznie “mądrzejsi” dlatego takie teksty uzmysławiają nam to co oczywiste. Zmiany nie muszą być złe. Ciągle uczymy się czegoś nowego i właśnie o to “nowe” jesteśmy mądrzejsi. Miło wrócić do dziecięcych wspomnień (sama robiłam okładki na książki z gazet i plakatów) i zobaczyć jak długą, pełną raz dobrych a raz złych decyzji drogę przeszliśmy, aby dojść właśnie tu. A ile jeszcze nowych rzeczy przed nami… Powodzenia w tej drodze każdej z Was!