Minimalizm

Zmiana nawyków zakupowych

15/11/2015

Przy okazji całego procesu upraszczania przestrzeni i narzucenia sobie dyscypliny ograniczenia konsumpcji w ciągu roku diametralnie zmieniły się nasze nawyki zakupowe. To nie jest tak, że nagle przestaliśmy kupować, bo przecież tak nie jest, ale z pełną szczerością mogę przyznać, że teraz każdy nowy zakup jest starannie przemyślany, zaplanowany i przede wszystkim używany. Mam na myśli zakupy “rzeczowe”, niestety zakupy spożywcze – pomimo tworzenia list – jeszcze wymagają doszlifowania. No ale nie wszystko naraz.

Jeśli chodzi o zakupy odzieżowe, to stworzenie dobrego planu pomogło mi zredukować niepotrzebne i nietrafione części garderoby. Dzięki określeniu swojego stylu i dobraniu zamkniętego repertuary kolorów mogę sobie określić konkretne cele zakupowe i łatwo odsunąć w dal zachcianki pojawiające się przy okazji odwiedzania sklepów.

Każda chęć zakupu – odzieżowego czy nie – najpierw trafia na tzw. wishlistę, czyli listę zachcianek. Dana pozycja na liście potrafi tam “wisieć” nawet kilka miesięcy, zanim stwierdzimy, że tak naprawdę nie potrzebujemy tego przedmiotu. Jeśli jednak w ciągu tego czasu dojdziemy do wniosku, że coś może się jednak przydać, to do nawet najmniejszego zakupu podchodzimy zadaniowo. Najpierw określamy, jak ta rzecz ma wyglądać, jakie funkcje pełnić i gdzie będzie schowana, jak już do nas trafi. Następnie przeszukujemy internet, by znaleźć interesujący nas model przy okazji przeglądając opinię użytkowników. Staramy się obejrzeć też dany sprzęt na żywo, w sklepie, by przekonać się, czy jest to właśnie to, czego szukamy. Często rozpoczynamy poszukiwania od portali typu OLX, bo czasami można tam znaleźć egzemplarze w świetnym stanie, zapłacić mniej i mieć świadomość, że niepotrzebny komuś przedmiot będzie potrzebny nam.

Świadome zakupy mają jednak swoją cenę, nie tylko taką przeliczaną na złotówki. Research zajmuje sporo czasu, a poszukiwania ideału nie należą do łatwych. Jesteśmy świadomi, że jeśli kupimy byle co, to niezbyt dobrze na tym wyjdziemy. Lepiej kupić raz a dobrze, niż później bawić się w kolejne poszukiwania – nie tylko nowej rzeczy, ale też nowego domu dla tej starej. Przykładem uciążliwości świadomych zakupów były poszukiwania moich nowych butów do biegania. Poprzednie rozleciały się nad morzem po pierwszej rundzie po plaży. Będąc zdeterminowanym świeżym biegaczem musiałam szybko kupić nowe buty, by mój zapał do biegania nie zamienił się w słomiany. Udałam się więc do specjalistycznego sklepu sportowego, wysłuchałam rekomendacji sprzedawców, przymierzyłam kilka par i zdobyłam pewne pojęcie o tym, czego chcę. Postanowiłam jednak przemyśleć wydanie tych kilku stów odkładając zakup w czasie i wykorzystując go na przeczytanie opinii o upatrzonych modelach. Byłam też w innym sklepie, przymierzyłam, pooglądałam i ostatecznie wybrałam te, które do mnie “przemówiły”.  Sam proces zajął kilka dni, niby niewiele, ale patrząc na moje poprzednie nawyki zakupowe, kiedyś kupiłabym pierwsze lepsze buty za niską cenę, które pewnie by się rozpadły po kilku biegach po śniegu, a po kilkudziesięciu kilometrach wyrobiłyby się tak, że bieganie stałoby się katorgą (tak jak było z poprzednimi). Moje nowe asicsy są świetne, bardzo lubię w nich biegać, czuję się komfortowo i mimo trzech miesięcy od zakupu nadal wyglądają jak nowe. Te buty a poprzednie to niebo i ziemia, czuję ogromną różnicę podczas treningu, który stał się przyjemnością. Warto więc było poświęcić ten czas na dokładne przemyślenia. Mam nadzieję, że wybrany model będzie mi długo służył.

Mimo wszystko przyznaję, że nie lubię robić zakupów. Strasznie męczy mnie chodzenie po sklepach, wybieranie, przebieranie, tracenie na czasu na nieznajdowanie. Czasem trzeba pójść na kompromis, ale też nie zadowalam się byle czym. Jest to wyraźna różnica w stosunku do moich postaw zakupowych sprzed ponad roku. Cieszę się, że nauczyłam się świadomego kupowania i mam wielką nadzieję, że już tak zostanie.

Przeczytaj także

  • Och nie jestem sama! I ja nie przepadam za zakupami i również “zawdzięczam to” moim nieco wygórowanym wymaganiom. Kiedy już mam wydać pieniądze wolę kilka razy przemyśleć zakup i także mam na mojej “wishliście” rzeczy czekające na ideał od hmm, nawet nie kilku miesięcy, niektóre tak “wiszą” od ponad roku!

  • Nikt nie jest ideałem. Wiadomo, że czasem zdarzają się potknięcia, ale najważniejsze to mieć tego świadomość i cel do którego się dąży.
    Witaj w klubie niechętnych do zakupów ubraniowych… :)

  • Agnieszka Kulawczyk

    mam problem z kupowanie ostatnio, ponieważ uważam, że dużo rzeczy jest po prostu przecenionych. Tzn cena, którą należy za nie zapłacić, jest w moim odczuciu kilkakrotnie za wysoka. Najbardziej widać to oczywiście w przypadku ubrań, ale również rzeczy codziennego użytku, a nawet jedzenia.
    Wczoraj się nie urodziłam i zdaję sobie sprawę, ze na cenę x określonego produktu składają się koszty logistyczne, koszty marki itd. Co nie zmienia faktu, że uważam, ze koszty życia w Polsce są niedostosowane do zarobków. Czytałam obecnie książkę o dziewczynie z Indii, która pracowała jako służąca najpierw w Kuwejcie, a później w Arabii Saudyjskiej (“Byłam służącą w arabskich pałacach”). Kobieta zarabiała 500 i 400 dolarów na miesiąc mając zapewniony dach nad głową, jedzenie, środki higieniczne, skromne ubranie i podstawową opiekę medyczną. Oczywiście kosztem wolnego życia i z podporządkowaniem pracy, ALE początkowo pomyślałam, ze to mało. Później dotarło do mnie, że analizuję kwotę 1984 zł i 1587 zł. Miesięczny zarobek służącej z Indii bez kosztów własnych. U nas powszechnie występująca pensja (wiem, że jest średnia krajowa, gratuluję zarabiającym). W wielu domach dwie takie pensje to cały budżet włącznie z wynajmowanym mieszkaniem.
    Mając do dyspozycji 3000 zł trochę trzeba pokombinować, by udało się wyjść gdzieś, opłacać karnety sportowe i coś odłożyć chociaż by na wyjazd wakacyjny. Pewnie, trzeba dążyć do zwiększania przychodów, ale przeceniony i kiepskiej jakości towar nie ułatwia tego

    • Całkowicie się z Tobą zgadzam – kiedy szukam czegoś konkretnego i napotykam badziewie za jakąś okropnie wysoką cenę, to dziwię się, że ma to prawo bytu. Weźmy takie ubranka dziecięce – mniej materiału, gorsze wykonanie niż ubrań dla dorosłych, a cena porównywalna. Z drugiej strony skoro takie ceny królują w sklepach, to znaczy, że ktoś to kupuje i biznes się kręci… Płace, ceny, pieniądze to trudne tematy, ale naprawdę warto mieć świadomość wydawania tego, na co tak ciężko pracujemy.

      • Agnieszka Kulawczyk

        Moja siostra ma dwójkę dzieci (córeczka ma trzy tygodnie), więc wiem o czym mówisz. Tanie ubranka wyglądają jakby miały po pierwszym praniu zupełnie wyblaknąć i się rozlecieć, a te drogie… są po prostu drogie. Niech każdy postępuje jak uważa, ale osobiście nie widzę sensu kupowania dziecku butów za ponad 100 zł. Budzi to mój wewnętrzny sprzeciw. Abstrahując, czy kogoś stać, czy nie i tak w przypadku dziecka zakrawa to na marnotrawstwo.
        Zastanawia mnie czy kupują świadomie, czy po prostu z wygody kupują to, co jest aktualnie dostępne jak leci? Z drugiej strony obniżenie cen przy jednoczesnym zwiększeniu udziału w rynku polskich małych i średnich przedsiębiorstw nie wydaje mi się możliwe. Tzn uważam, ze ich zwiększony udział podwyższy ceny (niestety!), jakość będzie wyższa, ale w przypadku niemowląt i małych dzieci ilość jest równie ważna.

        • Tu się zgodzę, ceny ubrań i butów dla dzieci są albo horrendalnie wysokie, albo w miarę niskie, ale jakość taka, że trampki ledwo 3 miesiące wytrzymują :( Prawdę mówiąc mam wrażenie, że brakuje takiego średniego pułapu – średnia cena i przyzwoita jakość. Nie potrzebuję super wytrzymałych butów dla dziecka, bo po pół roku, góra po roku będę one dla niego za małe, ale niech wytrzymają chociaż tyle…
          A co do większej świadomości zakupowej, to chociaż nie dążę do jakiegoś wielkiego minimalizmu to czytając wiele blogów na ten temat, chcąc nie chcąc świadomość sama się podnosi ;)

          • Czyli aż się prosi samemu spróbować? :)

            A co do jakości ubranek, to nie mam aż takiego doświadczenia, ale rzeczywiście zauważyłam, że nie ma czegoś takiego, jak średnia półka cenowa, bo to co za taką uchodzi to często zbyt drogie badziewie.

  • Kasia Antosiewicz

    A ja wczoraj impulsywnie kupiłam buty! I jestem taka zła na siebie! Bo wcale nie potrzebuję! A już na pewno nie takich! I mimo, że są ładne to wcale nie są dla mnie jakieś rewelacyjne, w zasadzie to chyba nawet mi się nie podobają. Ale były przecenione z 250 na 80 :) I wpadłam w psychologiczną pułapkę, którą bardzo dobrze znam i w sumie zawsze unikam mając jej świadomość. I przeciętnie sobie radzę bez problemu w takich sytuacjach – a wczoraj coś we mnie wstąpiło – nie wiem co. I nie mogę tych butów zwrócić (często z tej opcji korzystam, kupuję, w domu poprzymierzam, odleży kilka dni i zwracam, bo jednak nie pasuje albo nie ma potrzeby)
    Ponieważ ostatnio staram sie być bardziej mini i racjonalizować wydatki, bo po wielu “tłustych” latach od stycznia bedzie cienko z kasą (żeby nie było mam pracę i mam Rodzinę i kredy na mieszkanie też – polska norma) więc już staram się ćwiczyć w dyscyplinie. I cały miesiąc prawie się tak ładnie trzymałam, zadnych ubrań dla siebie i dla Młodej, zdnych zbędnych bambetli do domu (piszę zbędnych, bo w końcu w Lidlu były takie trzepaczki na jakie chorowałam od roku), ani jednek ksiazki, e-booka, e-kursu itp. (na rozwój osobisty wydaję bardzo dużo – od karnetu na jogę wolę książki)

    No taka jestem na siebie zła.
    Dziękuję za uwagę.

    • Kochana Kasiu, nie ma co się złościć, tylko zapomnieć i działać dalej, przecież każdemu zdarzają się jakieś “porażki na drodze” (nawet u mnie na blogu jest taki tag, o proszę https://drogadominimalizmu.pl/tag/porazki-na-drodze/). Skoro już nie możesz oddać butów, to na pewno możesz je sprzedać i odzyskać część kasy. Każdy tego typu “wyskok” czegoś nas uczy i służy jako przykład na przyszłość. Jestem pewna, że przy kolejnej okazji cenowej zastanowisz się tysiąc razy nad zakupem wspominając teraźniejszą złość. Pozdrowienia!

  • Anna Zumi

    Dla mnie zakupy też stały się zmorą… dodatkowo nie lubię kupować online, więc sprawa się komplikuje, jednak udało mi się powstrzymać od bezsensownych zakupów już pół roku. Inna sprawa, że teraz w rzeczach, które posiadam, zaczęłam dostrzegać wcześniej niewidoczne mankamenty i zastanawiam się po co mi one są… Punkt widzenia zawsze zależny od punktu siedzenia. Teraz czekają mnie poszukiwania płaszcza i wiem, że będzie ciężko.

    • To o czym piszesz, to chyba dobrze znany “minimalistom” etap. Jednak warto uświadomić sobie pewne rzeczy (np. stawianie na jakość zamiast ilości). Mam nadzieję, że znajdziesz idealny płaszcz (sama bym chciała teraz na taki trafić, muszę na razie donosić ten kupiony kiedyś pod wpływem impulsu, a jakże).