Proste życie

Bez prądu

12/11/2015

Wczoraj rano obudziliśmy się w rzeczywistości bez prądu. Mieliśmy zaplanowany wyjazd, więc awaria sieci pokrzyżowała nam plany wczesnego wyruszenia w drogę. Nie mogliśmy wziąć prysznica (piec dwufunkcyjny na prąd), zmielić kawy (młynek elektryczny), nie działało ogrzewanie. Całe szczęście, że mamy płytę gazową, bo przy indukcyjnej moglibyśmy się co najwyżej napić zimnej wody. Działał nam tylko jeden telefon, bo drugi rozładował się w nocy. Gdyby nie internet w komórce (router na prąd), nie wiedzielibyśmy nawet, pod jakim numerem zgłosić awarię. Mąż – mający irytujący mnie nawyk puszczania politycznych rozmów przy porannych przygotowaniach – podczas cichego śniadania stwierdził “Ale fajnie! Nareszcie jest cicho bez tych wszystkich głupot”. Cokolwiek to miało znaczyć.

Święto państwowe, ustawowo wolne, godzina 7 rano – trudno było oczekiwać szybkiej reakcji elektryków. Musieliśmy jednak przełożyć plany wyjazdu, by doglądnąć postępów naprawy – w końcu cała lodówka i zamrażalnik pełne. Przed oczyma stanął mi obrazek z książki “Mniej” Marty Sapały: jedna z bohaterek przed rozpoczęciem eksperymentu z rocznym niekupowaniem porobiła zapasy mięsa zapełniając starą zamrażarkę. Razem z rodziną wyjechali na parę dni, a po powrocie zastali powódź w piwnicy spowodowaną zepsutym sprzętem. Nagle z mięsa, które miało wystarczyć na kilka miesięcy, trzeba było na szybko przygotować potrawy, część niestety trzeba było wyrzucić. No więc chcieliśmy wiedzieć, kiedy prąd wróci, by w razie większej awarii ratować, co się da. Na szczęście o 10.00 byliśmy już w drodze, ale to wydarzenie (wcale nie takie wyjątkowe) otworzyło nam oczy na to, jak niewiele potrzeba, by współczesny człowiek przestał sobie radzić.

Dopóki prąd jest, wszystko wydaje się takie zwyczajne, pewne i łatwe. Nagle brakuje elektryczności i trzeba kombinować. W ruch poszły latareczki i zapalarka do świeczek (bardzo dobra do zapalania gazu na kuchence). W największym garnku ugotowała się woda na herbatę i do podgrzania kiełbasek. Dziecko ubraliśmy w dodatkową warstwę ubranek, bo zaczynało już być dość chłodno. Pewnie gdyby awaria się przedłużała musielibyśmy pojechać do rodziny. Tym sposobem ludzie, którzy aspirują do miana minimalistów, stwierdzili, że co jak co, ale bez prądu jak bez ręki. Bez prądu i bez internetu. I tu nie chodzi nawet o tracenie czasu na bezmyślne przeglądanie zasobów sieci WWW, ale o codzienne podpowiedzi, jakie możemy tam znaleźć. Numery awaryjne, przepisy kulinarne, rozkłady jazdy pociągów, podgląd konta bankowego. Jesteśmy tak przyzwyczajeni do robienia tego wszystkiego w internecie, że prawie zapomnieliśmy, że kiedyś numery sprawdzało się w książce telefonicznej, pieniądze wypłacano w kasie, a rozkład jazdy sprawdzało się na dworcu. Kiedy tak jedliśmy to nasze “ciche” śniadanie stwierdziliśmy, że i tak mieliśmy sporo szczęścia, że nie padł nam drugi telefon – zlikwidowano przecież prawie wszystkie budki telefoniczne, a o godzinie 7 rano w dniu wolnym od pracy trochę głupio pukać do sąsiadów “po prośbie”.

Tak oto cywilizacja i postęp przyzwyczaiły nas do bycia mało samowystarczalnym. Tak bardzo polegamy na nowych technologiach, że zapominamy, że przecież da się funkcjonować bez nich. Szczerze mówiąc jak patrzę na tzw. młodsze pokolenie, to zastanawiam się, jak dzisiejsze nastolatki poradziłyby sobie bez tego prądu. Katastrofa.

Przeczytaj także

  • Jak byłam dzieckiem, to zdarzały się przerwy w dostawie prądu, wtedy się dzieciak nudził w sensie w dzień nie, bo szło się na dwór, ale wieczory.. Co prawda było się przygotowanym, w każdym domu były świeczki, ale to ani czytać książkę, ani się jakoś szczególnie bawić. Jedyne co było fajne to kąpiel przy świecach, ale u nas ogrzewanie wody nie było na prąd, wy już macie trochę gorzej. I myślę, że brak prądu to najgorsze, gdy na dworze zimno, brzydko czy już dawno ciemno…

    • Nie da się ukryć, że brak prądu do przyjemnych nie należy, ale chyba trzeba po prostu być lepiej przygotowanym na taką ewentualność.

  • “Katastrofa” zaiste :) W moim bloku nawet gazu nie ma, więc jedyne, czym mogłabym podgrzać garnek jest schowana gdzieś głęboko zapalniczka. Dlatego fajnie jest czasem przejechać się pod namiot i przypomnieć sobie o alternatywnych formach na przetrwanie. Kiedyś muszę tak zrobić z dziećmi.

  • Ola

    Coś w tym jest. Kiedy mieszkaliśmy jeszcze w starym domu, mieliśmy kuchenkę na gaz, Nokia 3310 mojego taty miała baterię, która wystarczała na tydzień, a jeśli ktoś nie chciał siedzieć z zupełnej ciszy,wystarczyło włożyć baterie do radia. W nowym domu mamy wszystko na prąd. W tym roku zdarzyły nam się mieć dwu-trzydniowe przerwy w dostawie prądu i gdyby nie sąsiedztwo dziadków, przez kilka dni nie moglibyśmy napić się niczego ciepłego, ani ugotować obiadu. Ba, nawet wody z kranu byśmy się nie napili, bo w ciągu kilku godzin od wyłączenia przestaje lecieć. Niedługo zaczynam budować własny dom i dałaś mi mocno do myślenia tym wpisem. Może jednak zdecyduję się na kuchenkę gazową zamiast indukcji ;)

    • Miło mi, że skłoniłam Cię do przemyśleń. Przy okazji naszej budowy niektórzy nas straszyli “Co to będzie z tym waszym ogrzewaniem, jeśli Putin zakręci gaz?” :) Więc wiesz, wychodzi na to, że tak źle, i tak niedobrze…

      • Ola

        Gaz – drogi, ekogroszek – syf, więc pralka w pomieszczeniu gospodarczym odpada, pompa ciepła – drogie założenie. Chyba nie ma złotego środka, trzeba tylko znaleźć ten, który najbardziej NAM odpowiada i nie słuchać wszystkich, bo głowa puchnie. ;)

        • Otóż to. Pompa ciepła fajna sprawa, ale na dzień dzisiejszy za drogie rozwiązanie, a przy budowie domu przecież trzeba mierzyć siły na zamiary. Też ciągle słyszymy, że nasze pomysły nie są trafione, bo coś tam, ale mamy swoją wizję i znamy nasz tryb życia i pod ten tryb budujemy dom, a nie tworzymy tryb życia pod dom.

  • Trzeba pomyśleć nad innymi zamiennikami dostawy prądu. Może na nowy dom zamontować baterie słoneczne, które dostarczą prąd nie tylko w takich sytuacjach?

    • Jasne, myślimy o solarach, ale dopiero za jakiś czas, kiedy finansowo wyjdziemy na prostą.

      • To się opłaci, bo z czasem można nawet zarabiać na nadwyżce prądu.

  • LOL. Ja po ostatnim powrocie na Karaiby z Europy nie miałam prądu przez… 2 tygodnie. Przy okazji też toalety (prawdopodobnie to majstrowie przy montowaniu rozwalili kabel elektryczny) i samochodu… Moja reakcja? “Wolę żyć na Karaibach, bez prądu, bez kibla w domu, bez auta… nawet bez wody. Niż mieszkać w tej chorej Europie”. Co więcej – brak prądu praktycznie w ogóle nie wpłynął na jakość mojego życia. Całe to nowoczesne życie jest ogólnie mocno, bardzo mocno przereklamowane.

    • O tak, dobrze napisane – nowoczesne życie. Fajnie jest mieć dostęp do tych wszystkich udogodnień, ale trzeba też być lepiej przygotowanym na różne awarie. A tak w ogóle to też bym wolała żyć na Karaibach ;) w końcu miałam o nich pisać doktorat.

  • Aneta Nessel

    Hm, a ja właśnie dlatego, że jeżdżę na biwaki mam pełną wyprawę na takie okoliczności. Latarki noszone na głowie, śpiwory, ręczny młynek do kawy, kuchenkę turystyczną na gaz, kuchenkę turystyczną na drewno która potrafi załadować komórkę. W domu całe szczęście mam kuchenkę na gaz, pilot nie działa, za to można zapalić zapałką. Mam też kominek gazowy, który działa nawet w przypadku braku prądu (wiatrak w nim nie działa, ale płomień tak), więc dłuższy okres bez prądu dałoby się przeżyć.