Minimalizm

Jak to jest z tym minimalizmem

18/09/2015

Chyba jestem uzależniona od odgruzowywania, organizowania i sprzątania. Sprawia mi niesamowitą przyjemność, kiedy mogę wynieść z domu niepotrzebne rzeczy, przeorganizować układ na bardziej optymalny albo po prostu umyć okna. Fajnie się ogląda, jak z zastawionej szafki powoli znikają przedmioty nieużywane przez nas od dawien dawna. Czy to już choroba? ;)

Na samym początku przygody z minimalizmem zdarzało mi się popadać w przesadę w tym procesie minimalizowania posiadania, ale na szczęście szybko się opamiętałam. Znalezienie złotego środka wymaga od nas rozwagi i obiektywnego spojrzenia na to, co mamy. Warto poświęcić trochę czasu na analizę swojego trybu życia, rozkładu dnia, upodobań. Sztuką nie jest wyrzucanie bez opamiętania wszystkiego, co wydaje nam się zbędne, tylko indywidualne podejście do danej rzeczy. Najłatwiej jest po prostu wyrzucić, ale dla dobra ogółu powinniśmy raczej przemyśleć, co stanie się z koszulą, książką czy muszelką po opuszczeniu naszego domu. Pamiętajmy, że w jakimś stopniu jesteśmy odpowiedzialni za rzeczy, które posiadamy.

Taki proces odgruzowywania, oczyszczania przestrzeni to dla nas nauka na przyszłość – wystarczy przypomnieć sobie te góry nienoszonych ubrań, nieużywanych kubków z logo producenta czy nieczytanych nigdy książek, by przy każdej okazji ograniczać gromadzenie. Gdzieś po drodze oduczamy się przywiązywania do rzeczy, sentymentalnych pamiątek mamy mniej, ale są bardziej wartościowe. Sztuczki marketingowców już na nas nie działają, zwiększa się kreatywność i uruchamia się myślenie. To, że ma się mniej wcale nie oznacza, że nie pojawia się bałagan, a poza tym nie ma gwarancji, że mniej nie zamieni się w którymś momencie w dużo. Minimalizm, prostota, wymagają od nas pewnej dyscypliny, ale jest to dyscyplina z rodu przyjaznych, tak jak na przykład poranne wstawanie czy regularne uprawianie sportu: pozytywne efekty górują nad włożonym wysiłkiem.

Minimalizm nie jest dla każdego, trzeba mieć wewnętrzną potrzebę przestrzeni, oddechu, jakiejś wolności, światła – bez tego przymus posiadania mniej stanie się torturą i  trudno będzie dostrzec dobre strony zmian. Ale jak już się zacznie, to można się nieźle wciągnąć.

Przeczytaj także

  • Magda K-ska 18/09/2015 at 12:12

    Właśnie ten złoty środek trzeba znaleźć, bo rzeczywiście można popaść z jednej skrajności (zbierania) w drugą (wyrzucania). Ale też prawda jest taka, że z czasem łatwiej nam przychodzi oddanie pewnych przedmiotów. Ja tak miałam z książkami, a tu krok po kroku i okazało się, że co jakiś czas oddaję kolejną partię, a wśród nich są tytuły, które jeszcze pół roku temu wydawały mi się absolutnie niezbędne:)

    • Kasia | Droga do minimalizmu 18/09/2015 at 17:36

      Fajnie, jak człowiek zdaje sobie sprawę z tej zmiany perspektywy i myślenia. Potrzeba dystansu, żeby ten złoty środek odnaleźć.

  • Tomasz Nawrot 19/09/2015 at 10:24

    Myślę, że sprzątanie nie jest chorobą, bo sam mam tak, że lubię porządek i czystość. Trwa u mnie remont, ale już w międzyczasie kilka razy musiałem posprzątać kurze, poukładać pewne rzeczy, bo źle się czułem w pokoju, gdzie pełno kurzu. Sądzę, że najlepsze co może być, to ta świeżość po wysprzątaniu otoczenia, odgruzowanie tego, co zalega w pokojach i możliwość podziwiania swojego dzieła. Bo, jak wiadomo, sprzątanie to ciężki kawałek chleba.

    • Kasia | Droga do minimalizmu 21/09/2015 at 09:11

      Na szczęście dzięki minimalizowaniu ilości przedmiotów sprzątanie jest szybkie, proste i nawet przyjemne :)

  • BogusiaM 19/09/2015 at 21:56

    Ja myślę, że nie ma nic złego w wyrzucaniu o ile nie przynosimy w nadmiarze nowych rzeczy i nie zapełniamy tych pustek które wcześniej powstały nowymi i nowymi rzeczami:P

  • Pensjonarka 20/09/2015 at 19:58

    też lubię sprzątać i ulepszać. U mnie oczyszczenie przestrzeni przyniosło dużo pozytywnych zmian, ale czasami wydaje mi się, że przesadziłam z oczyszczaniem przestrzeni :) szczególnie w szafie :) póki co testuję to co mam.

    • Kasia | Droga do minimalizmu 21/09/2015 at 09:14

      Mimo że moja szafa jest naprawdę malutka, to nie żałuję ani jednej rzeczy, której się pozbyłam. Jest kilka ubrań, których nie wydaję dalej, bo jest szansa, że kiedyś jeszcze je założę (ostatnio np. na rozmowę o pracę), ale i tak mam wrażenie, że po prostu wiszą, a nie służą. Ponadto przeżywam wcześniejsze stawianie na ilość, nie jakość – muszę się pozbyć małej czarnej, którą lubię, ale tak potwornie się zmechaciła, że mogę ją ubierać jedynie do sprzątania, do ludzi to wstyd ;)

      • Pensjonarka 21/09/2015 at 09:41

        też mam takie ubrania, tylko po domu :) póki się nie zniszczą nie wyrzucam, bo szkoda, ale do ludzi nie wyjdę :) a u mnie wygląda to tak, że też nie żałuję niczego co wydałam w świat, ale raczej żałuję, że potrzebowałabym kilku rzeczy i ciężko kupić coś dobrej jakości a przy tym naprawdę fajnego…