Proste życie

Radość z posiadania mniej

17/07/2015

Jakiś czas temu odwiedziliśmy znajomych, którzy też mają małe dziecko, tak w ramach ogólnej socjalizacji. Pierwsze, co mnie uderzyło po przekroczeniu progu, to wrażenie, że w domu mieszka tylko bobas. Wszędzie zabawki, buciki, ubranka i jeszcze więcej zabawek. Druga rzecz to ogromna ilość nierozpakowanych kartonów, mimo że znajomi przeprowadzkę już mieli dawno za sobą, minął od niej ponad rok. Trzecia to kilka rodzajów szamponów, otwartych żeli pod prysznic, niewymydlonych do końca mydełek w łazience. I nie, nie chodzi o to, że mam ochotę kogoś obgadywać czy oceniać – każdy ma przecież prawo żyć jak chce – ale po prostu to był pierwszy raz od czasu, jak zaczęliśmy proces upraszczania naszego otoczenia, kiedy poczułam ogromną radość z posiadania mniej.

Nie mogłabym żyć tak, jak ci znajomi, ciągle nierozpakowana, przytłoczona różnorodnością i nadmiarem. Bardzo dbamy o to, by nasze małe mieszkanie było domem dla nas wszystkich, nie tylko dla biegającej Mai. Nie ma zbyt wiele zabawek – bo i tak woli przedmioty codziennego użytku – a te, które są mają swoje miejsce w pudełku, a nie w przedpokoju, kuchni i sypialni. Oczywiście, gości też u nas bałagan, ale staram się jak mogę, by go szybko okiełznać, a posiadanie mniej bardzo ułatwia sprawę. Już prawie nie pamiętam tamtych czasów, ale przecież całkiem niedawno u nas też było podobnie – dwie wypchane ubraniami szafy, półka pełna kosmetyków, dużo nieprzeczytanych książek, zapomniane kartony. To nie jest tak, że nagle czujemy się lepsi, bo jesteśmy hipstersko modnymi minimalistami, ale od czasu do czasu przydaje się taki przypominacz w postaci nadmiaru, by docenić to, co mamy. A przecież i tak mamy dużo, a właściwie dokładnie tyle, ile potrzebujemy. Oczywiście, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i może być tak, że znajoma po rewizycie napisze na swoim blogu “O matko boska, oni nic nie mają, ich dziecko ma smutne dzieciństwo bez zabawek i myją się tylko jednym żelem pod prysznic!”.

Zaryzykuję stwierdzenie, że to dawny nadmiar w mieszkaniu sprawiał, że chcieliśmy z niego szybko wyjść, bo bałagan przytłaczał, nie pozwalał myśleć, komplikował życie. Odkąd mamy mniej naprawdę lubimy odpoczywać w domu – wypić razem kawę, robić dwie różne rzeczy leżąc na sofie, gotować, czytać małej książeczki. Lubimy naszą wolność, brak nadmiernych zobowiązań, możliwość wyboru pomiędzy tym, czy chcemy iść na basen, jechać w góry, czy spacerować po którymś z katowickich parków zamiast biegać z zajęć na zajęcia, ze spotkania na spotkanie.  Spacer nic nie kosztuje w przeciwieństwie do kolejnej pary butów czy niepotrzebnego gadżetu, natomiast wspólny rodzinny czas jest bezcenny. Dlaczego odkryliśmy to niedawno, mimo że to wszystko takie logiczne?

Przeczytaj także

  • Nie mam dzieci, ale u znajomych którzy je mają widzę to samo co u Twoich znajomych – wszędzie ale to wszędzie walające się zabawki, dużo zabawek! To już nawet nie chodzi o miejsce jakie to w domu zajmuje, ale o to też, że tak bezmyślnie wydają swoje ciężko zarobione pieniądze. Przy czym mamuśka chodzi zaniedbana w wydartym dresie, oplutej bluzce i z odrostami na głowie…
    W takich chwilach cieszę się nie tylko z tego, że dzieci nie posiadam – ale też z tego, że omija mnie ten cały bajzel i mamy czas dla siebie – we dwoje.

    • Hehe, no nie dziwię się – taki widok może przerazić. Dziecko nie potrzebuje wiele, tylko rodzicom tak się wydaje. Patrząc na Maję i jej rozwój pomimo braku zabawek nie myślę, że jest smutnym dzieckiem czy źle rozwiniętym. Zamiast słuchać tych okropnych piszczących melodyjek uwielbia słuchać swingu ;) Ostatnio nawet sobie macha ręką do taktu ;)

      • Nie wiem, czy mój jakąś zabawką zajął się tyle czasu, co odkurzaczem ;) Najlepsze zabawki to nie są zabawki, zresztą po tygodniu nowe rzeczy i tak traktowane są przez dziecko jak powietrze. Lepiej pójść po nowe widoki na dwór lub sprawdzić, co babcia ma w szafkach niż kupować kolejne przedmioty, które nieużywane trzeba potem gdzieś upychać.

    • Basia

      Mam dziecko, a dziecko ma dużo zabawek, jednak tych kupionych przeze mnie czy mojego męża jest może z 5% – reszta to prezenty od rodziny. Tak więc zabawki to nie zawsze rezultat “bezmyślnie wydawanych” przez rodziców pieniędzy :) Co do reszty, no cóż, pozwólmy mamie decydować w czym chce chodzić i jak wyglądać, może jej tak dobrze ;)

      • Basiu, pewnie, że i są prezenty, tego ciężko uniknąć. Ale co do tego wyglądu – serio? nie widzę by były z tego zadowolone, to nie ten typ kobiet, bo jeżeli im by się to podobało to spoko niech chodzą jak chcą. Ale skoro na narzekają, że nie mają czasu umyć włosów.. to sorry nie umiem tego zrozumieć…

  • Anna Sroczyńska

    Kasiu ja się z Tobą zgadzam i rozumiem bo wiem jak to jest jak się ma nadmiar i przez to bałagan, u mnie zawsze było wszystkiego za dużo, jeszcze jak dzieliłam pokój z moim Bratem a Twoim Mężem to zawsze wszystko nam się walało po pokoju, a już w szczególności ubrania bo nie chciało nam ich się chować, a też mieliśmy ich sporo, a pokój do największych nie należy, teraz za to po remoncie zeszłorocznym i po tym jak pozbyłam się wszystkich pozostałości po Bracie mam wreszcie mniej rzeczy i o dziwo dużo miejsca w szafie i nic mi się nie wala po pokoju :) co prawda nie jestem aż taką minimalistką jak Ty i pewnie jakbyś zajrzała do mojej szafy to stwierdziłabyś że mam za dużo spodni, koszulek itd ale i tak uważam że mam mniej rzeczy niż kiedyś i co najważniejsze mam te rzeczy w których chodzę, chyba nie umiałaby aż tak ograniczyć garderoby jak Ty to zrobiłaś, chociaż czytając o Twoich zestawach i widząc Cię w nich szczerze podziwiam, może kiedyś do tego też dojrzeje, chociaż nie wiem bo mnie nie ciągnie aż do takich radykalnych posunięć, ale faktem jest że jak się ma tylko to co jest niezbędne to jest o wiele prościej

    • Dziękuję za komentarz. Wiesz, to też nie tak, że sobie założyłam, że będę mieć pięć ubrań i tyle mi wystarczy ;) Po prostu powoli ograniczałam stan posiadania i jakoś tak wyszło, że na tym etapie, kiedy mam ok. 30 ubrań, jestem zadowolona z mojej szafy. Co nie znaczy, że nie chciałabym od czasu do czasu czegoś sobie kupić, w końcu jestem kobietą ;)

  • Sam ogarniam własne otocznie i to, co wokół mnie w mieszkaniu i wiem, że warto zmierzać ku minimalizmowi.

  • Magda K-ska

    Ha i to jest prawda życiowa – dzieci najchętniej bawią się przedmiotami codziennego użytku a nie zabawkami, u nas jest to samo, plastikowe pudełko wygrywa z grającym żółwiem! A tak poważnie to wszystkie zabawki, które ma Asia mieszczą się w jednej szufladzie komody, takiej z Ikei plus trochę książeczek i maskotki, ale ich na szczęście nie jest dużo:) Sprzątam to codziennie wieczorem w 2 minuty:)

    • U nas hitem są silikonowe foremki na muffinki ;) I plastikowa łyżka do sałatek, to są najlepsze zabawki ;)

  • Zazdroszczę, mnie rzeczy osaczają i nie potrafię się ich pozbyć. Zabawek mam multum, 90% to prezenty. Książki kocham i nie potrafię się ich pozbywać. Zredukowłam ilość żeli pod prysznic :) z 10 do 4 :)

    • To zawsze coś! Każdy jakoś zaczyna ;) U nas też większość zabawek to prezenty, ale też sporo z nich wydaliśmy, po prostu wydaje nam się, że dziecko nie potrzebuje aż tyle plastiku :)

  • Bea

    W naszym domu salon i kuchnia są przestrzeniami wolnymi od zabawek. Po prostu muszę mieć miejsce gdzie zawsze będzie porządek a niespodziewani goście nie potkną się o dziecięce akcesoria. Czasem moje córki wychodzą z zabawą do łazienki czy rodzicielskiej sypialni ale zawsze po zabawie proszę o przywrócenie stanu “sprzed”. Miejsce na zabawki jest generalnie w ich pokoju.
    Muszę powiedzieć że uśmiałam się przy tym jednym żelu pod prysznic. Zawsze miałam jeden :D Nie przyszło mi jakoś nigdy do głowy żeby kupować drugi zanim pierwszy się skończy ;)

    • Ja od dobrych kilku lat w ogóle nie kupuję żeli pod prysznic, bo często dostaję je w prezencie. Szampony kupuje jak się skończą i tyle, nie robię zapasów, a tak jak Ty, Bea, nie pomyślałabym, żeby używać sześciu jednocześnie…

  • Alicja

    Ale jak można używać dziesięć żeli pod prysznic i sześć szamponów… ;P W sumie to wiem jak. Moja mama miała zwyczaj zaczynać po trzy szampony i dwie odżywki na raz. A póki jeszcze z nią mieszkałam to zawsze wszystko po niej kończyłam, tak dla zachowania równowagi i oczyszczenia półek. Teraz jest z tym gorzej, bo jeśli mi się coś kończy to znak że będzie trzeba kupić nowe ;/ A ostatnio mam bana na rossmanna (ale mi się zrymowało).
    A dzieciaków nie mam i nie będę się wypowiadała na tematy o których pojęcia nie mam. Każdy radzi sobie jak umie ;)

  • czmiel

    O, słyszałam o tym wielokrotnie, że dziecko ponad wymyślnie zabawki często preferuje garnki albo szeleszczące skrawki papieru ;) Ja z mojego dzieciństwa (oczywiście wiem, że Twoja Mała jest jeszcze zdecydowanie za mała, ale może tak na przyszłość) pamiętam, że byłam najszczęśliwsza na świecie, posiadając książkę “Każde dziecko to potrafi” (z tego co kojarzę, to była seria książek) i po prostu… tworzyłam. Miałam dość spore zaplecze kolorowych papierów, szyszek, kasztanków itd. – wiem, że suma sumarum ma się to nijak to idei minimalizmu, bo ostatecznie trochę się tych moich butów z papieru, motyli z rolek papieru toaletowego i innych cudów nazbierało, ale po latach uważam, że bardzo wzbudziło to moją kreatywność i oczywiście zdolności manualne.
    Ale chyba trochę odbiegłam od tematu ;) Tak, z mniejszą ilością rzeczy żyje się łatwiej. Szlag by mnie trafiał, gdyby biorąc prysznic atakowały mnie dziesiątki plastikowych butelek z szamponami. Na co to komu?!

    Pozdrawiam :)

    • Mam nadzieję, że Maja rzeczywiście będzie takim małym kreatorem, ale z drugiej strony będzie mi jakoś tak dziwnie zastanawiać się, czy zostawić, czy wyrzucić jakieś dzieło… No nic, zobaczymy co życie pokaże. Pozdrowienia!

  • Twoje zadowolenie z posiadaniem mniej nałożyło się w czasie z moim euforycznym odkryciem, że fajnie jest mieć mało :) Miesiąc temu malowałyśmy z mamą mój pokój, wszystkie swoje rzeczy, meble i itd wyniosłam w 30 minut. Dzisiaj skończyłyśmy remontować pokój mojej mamy, który jest tych samych rozmiarów. Wynoszenie wszystkich rzeczy największego chomika w domu zajęło nam prawie dwie godziny… Dramat! :) Teraz czeka nas wnoszenie…

    p.s. moja mała siostrzenica najlepiej bawi się paczką chusteczek :)

    • No no, ładnie – czasem fajnie jest mieć takie porównanie, żeby zdać sobie sprawę z tego, że to nasze upraszczanie ma jednak większy sens ;)

  • Twoje ostatnie pytanie jest trafione w punkt. Nikt nas tego nie nauczył, a w dorosłym już życiu krzykliwy marketing wmawia nam, że bez kupowania będziesz wieść nieszczęśliwe życie.
    Też mam takich znajomych, do których jak trafię w odwiedziny łapię się w myślach za głowę, PO CO IM TEGO TYLE. Łazienka jest szczególnie tragiczna, zastawiona kosmetykami w każdym możliwym miejscu. No ale przecież nie zacznę im tego wynosić ;) Widocznie są na swój sposób z tego zadowoleni.

    • Po tym tekście kilka osób zapytało mnie, czy napisałam o nich ;) Mąż myśli, że przez ten wpis nikt nie będzie chciał nas już zapraszać… Smutne to trochę, bo jakby zniknął jego zamysł, tzn. to, że JA nie mogłabym już mieszkać w nadmiarze i wcale mnie nie interesuje, czy inni mogą. Skoro chcą, to przecież ich wybór, nic mi do tego, każdy żyje tak, jak chce.

  • Anna

    świetny tekst Kasiu. Sama kiedyś łapałam sie za głowę po wizycie u bliskich ze oni maja tak poukładane w domu i jakoś przestronnie a u mnie totalny chaos .
    Teraz jest dużo lepiej choć to bardzo trudny dla mnie czas bo nie potrafię tak po prostu pozbyć się całego naszego nadmiaru a zużycie do końca trwa długo, szukanie drugiego domu okazało sie też nie małym wyzwaniem.

    • Aniu, znam ten ból, sama to przechodziłam. Najlepiej sprawdza się metoda małych kroczków, pozbywaj się zbędności powoli, a zyskasz świadomość tego, co rzeczywiście ważne i potrzebne. Oddanie wszystkiego naraz, bez refleksji często sprawia, że powracamy do starych nawyków gromadzenia bez sensu, powolne pozbywanie się uczy nas, ile wysiłku trzeba włożyć w cały proces i nie mamy ochoty znowu przechodzić przez to samo :) Trzymam kciuki!