Dobre życie

Kolekcjonerzy doświadczeń

22/06/2015

Jeśli śledzicie mój Facebook lub Instagram wiecie, że w ubiegły weekend pognało nas do Warszawy, by – między innymi – wystawić niepotrzebne nam już rzeczy na wyprzedaży garażowej. Kilka przedmiotów znalazło nowego właściciela, ale koszt wycieczki pięciokrotnie przebił pieniądze uzyskane ze sprzedaży. Część osób pyta “Po co Wam to było? Targać się w napchanym aucie ponad trzysta kilometrów tylko po to, by sprzedać parę kolczyków, portfel i książkę kucharską?” Już odpowiadam.

Jesteśmy kolekcjonerami doświadczeń. Wyprzedaż garażowa nie była celem wycieczki, była do niej pretekstem. To że uwielbiamy podróżować nie jest żadną tajemnicą i właściwie nie potrzebujemy pretekstów, by co weekend wyfrunąć z domu. To właśnie te doświadczenia z podróży (nawet jeśli to tysięczna wizyta w Krakowie) są dla nas najważniejsze.

W pierwszy dzień po przyjeździe do Warszawy po ulokowaniu swej jedynej torby w hotelu pojechaliśmy na Wawer do restauracji Kura domowa. To nasze odkrycie z ostatniej wyprawy i wiemy, że będziemy tam zaglądać przy okazji każdej wizyty w stolicy. Serwują tam naprawdę niesamowite jedzenie, dopracowane w każdym szczególe, smaki są idealnie zbilansowane, a porcje idealne, by dobrze zjeść i jeszcze poprosić o deser (tort czekoladowy, mniam!). Dużym plusem tego miejsca jest pokój zabaw dla dzieci, Maja miała okazję zapoznać się tam z drewnianą wywrotką i innymi zabawkami, których nie ma w domu (bo w domu chce się bawić tylko łyżką do sałatek, wszystko inne ma w nosie). Dobrego humoru nie zmącił nawet niemały rachunek, ale naprawdę – za tak pyszne jedzenie, troskę o klientów i spokojną atmosferę warto tyle zapłacić. Bo właśnie doświadczenie się liczy.

Po tym wyśmienitym obiedzie wróciliśmy w okolice hotelu. Od czterech lat śpimy zawsze w tym samym miejscu i jeszcze ani razu nie zwiedziliśmy okolic Solca, najwyższy czas, by to nadrobić. Spacer nad brzegiem Wisły, trening rowerowy przy Porcie czerniakowskim, podglądanie odbudowy Mostu Łazienkowskiego, spacer w okolicach pomnika Chwała Saperom – to wszystko dostarczyło nam dużo pozytywnych wrażeń. O ile każda nasza wizyta w Wawie jest przyjemna, to tamto popołudnie należało do jednych z najprzyjemniejszych. Nie wiem, jak mąż, ale ja na pewno będę długo wspominać ten spacer w okolicach miejsca widzianego wcześniej tylko z okna hotelowego.

Kolację zjedliśmy w innym miejscu przyjaznym dla dzieci – Nabo Cafe na Sadybie (jak na przyjezdnych przystało wypatrywaliśmy domu Lubiczów). Pyszne dania rybne i przyjemna obsługa – Mai też się bardzo podobało, bo całą wizytę śpiewała z radości ciągle domagając się mojego łososia. Przy stoliku obok odbywało się przyjęcie urodzinowe małej blondyneczki, która zdmuchiwała świeczki z tortu w kształcie pieska. Było radośnie, domowo, trochę warszawsko. Warto było kombinować przy parkowaniu.

Przed niedzielną wyprzedażą planowaliśmy zwiedzić Powązki, ale że wstaliśmy bardzo wcześnie (bo jesteśmy rannymi ptaszkami) i mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu obraliśmy zwyczajową trasę pod Zamek Królewski. Zdecydowaliśmy jednak wyjść z utartego schematu i przejść się uliczkami wokół Starego Rynku. Nowe, piękne doświadczenie – o 9 rano te uliczki są puste, nie ma turystów, można zobaczyć każdy detal odbudowanych kamieniczek, zgubić się w gąszczu przejść, zobaczyć w dali Stadion Narodowy. Mniej przyjemne było zjedzenie fatalnej szarlotki i zeschniętej bajaderki, ale można się było tego spodziewać po lokalu nastawionego na turystę, który i tak zje, co mu dadzą… Na szczęście kawa była dobra. Tak nas wciągnął ten poranny spacer, że musieliśmy pominąć Powązki, by móc wystawić te wszystkie przedmioty w Spółdzielni Dom Qltury na Burakowskiej. Podczas gdy ja czekałam na zainteresowanych, B. z Mają zrobili sobie spacer po wspomnianym cmentarzu. B. był pod wrażeniem, do tej pory opowiada mi o pięknych grobowcach znanych osób oraz o klimacie, jaki panuje na Powązkach (oraz to, że nie wiedział o ulewie, jaka przeszła w okolicy, bo wiekowe drzewa schroniły ich przed deszczem).

Od początku w SDQ czuliśmy się wyróżnieni – jako jedyni przyjechaliśmy z aż tak daleka. Dostaliśmy iście królewskie stoisko obok weteranów warszawskich wyprzedaży. Sebastian, organizator, jest człowiekiem pełnym dobrej energii – dziękujemy za tak wspaniałe przyjęcie! Sama garażówka okazała się ciekawym źródłem inspiracji. Obserwacje zachowań konsumenckich innych to ostatnio moje hobby – sama przecież jeszcze niedawno kupowałam co się dało i zajęło mi trochę czasu, by kupować z głową. “Popatrz, szukam torebki, a sama sprzedaję trzy…” – to słowa pani ze stoiska obok, która razem z córką przyniosły chyba ze trzy torby z Ikei pełne ubrań, torebek i butów. Na koniec obie stwierdziły, że prawdopodobnie więcej kupiły na tej wyprzedaży niż sprzedały. Jedna pani prawie kupiła mój czajniczek z filiżankami, ale ostatecznie doszła do wniosku, że nie ma gdzie tego trzymać. Cieszę się, że nic u mnie nie kupiła – nie chciałabym, by inni zagracali swoją przestrzeń oczyszczając moją.

Na widok adresu mojego bloga pewien pan zapytał, czy to blog ideologiczny. Muszę przyznać, że nieźle mnie tym zagiął. Stwierdził, że jestem trochę jak alkoholik, który chce wciągnąć w nałóg inne osoby (???). Po moim tłumaczeniu, że chodzi o to, by niepotrzebne nam rzeczy znalazły nowy dom, przyklasnął, że lepiej zrobić to w ten sposób niż po prostu wyrzucać. Młoda dziewczyna niesamowicie ucieszyła się z portfela, który sprzedałam jej za dwa złote. Do tej pory pamiętam jej uśmiech, może to głupie, ale sprawiło mi wiele radości to, że ten dawno zapomniany kawałek materiału wygrzebany przeze mnie z szuflady odnalazł tak sympatyczny nowy dom. Ktoś mi podwędził ze stoiska przypinkę ze zdjęciem Tupaca Shakura (mam trzy inne w domu, czwartą mogłam podać dalej), szkoda tylko, że nie wiem, kim był ten fan, pewnie wymienilibyśmy parę zdań na temat naszych ulubionych kawałków tego artysty.

Widzicie, dwa dni – mnóstwo nowych doświadczeń. Kontakt z miłymi ludźmi, wyjątkowe doznania smakowe, słońce (i deszcz), piasek w butach, uśmiech, nowe miejsca – to wszystko jest bezcenne i warte przejechania tych kilkuset kilometrów.

Już niedługo się zaczyna #garagesale #garażowka #wyprzedażgarażowa #sdq #wawa #nowydomdlarzeczy

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Kasia (@drogadominimalizmu)

Przeczytaj także

  • www.simplife.pl 22/06/2015 at 19:27

    wszystko fajnie, ale podkradać na garażowej wyprzedaży… przesada ;)

  • Pensjonarka 23/06/2015 at 08:51

    bardzo fajna inicjatywa, taka wyprzedaż garażowa:) a spacery po Wawie, świetne! uwielbiam to miasto:) okolice rynku, stare miasto warszawskie – właśnie najbardziej lubię w niedzielę bardzo wcześnie rano, jak mieszkałam w Wawie to właśnie w tamtych okolicach i poranny niedzielny spacer był jedną z moich ulubionych rozrywek :)

    • Kasia | Droga do minimalizmu 23/06/2015 at 10:51

      Wszystkie takie turystycznie atrakcyjne miejsca są genialne o poranku. Pamiętam nasz spacer o 8 rano w okolicach Luwru, nie było ni-ko-go, świetna sprawa.

  • Monika Mo 23/06/2015 at 09:09

    Też lubię takie doświadczenia. Nowe miejsca, kontakt z ludźmi. Nie wydaję dużo kasy na co co dzień, więc czasami właśnie dobrze zapłacić za możliwość doświadczenia czegoś zupełnie odbiegającego od rutyny.

    • Kasia | Droga do minimalizmu 23/06/2015 at 10:52

      Właśnie o to chodzi, nie wydając na codzień raz na jakiś czas można wydać więcej, by zyskać tak naprawdę bezcenne doświadczenia.