Goście

Goście: Natalia z Simplife.pl

18/06/2015

Kiedy trafiłam na bloga Natalii – Simplife.pl zachwycona od razu do niej napisałam z prośbą o wpis gościnny. Uwielbiam jej styl pisania, teksty na Simplife są piękne i mądre, więc zamarzyłam sobie przenieść cząstkę tego na Moją drogę do minimalizmu. Dziękuję Natalii, że zgodziła się napisać coś dla nas. Jestem pewna, że poniższy tekst skłoni Was do refleksji – mnie zmusił do pewnych przemyśleń.


Natalia, autorka bloga Simplife

Natalia, autorka bloga Simplife.pl

“Kupujesz meble. Mówisz sobie, to jest ostatnia kanapa, jakiej będę potrzebował w życiu. Kupujesz kanapę, potem przez parę lat jesteś zadowolony, że cokolwiek będzie się działo złego, masz przynajmniej rozwiązaną sprawę kanapy. Potem idealne łóżko. Zasłony. Dywan. A potem jesteś uwięziony w swoim uroczym gniazdku i stajesz się własnością rzeczy, które kiedyś były twoją własnością.”- Chuck Palahniuk, Fight Club

To prawda, praktycznie każdy wpis zaczynam od jakiegoś cytatu. Działa to trochę w obie strony, czasem po prostu czytam, oglądam lub napotykam coś, co skłania mnie do napisania kilku słów, wtedy źródło inspiracji umieszczam na początku tekstu. Innym razem pomysł na wpis powstaje sam z siebie i dopiero w drugiej kolejności szukam pasującego do niego cytatu. Jakoś tak zawsze mi się wydaje, że przede mną ktoś już poruszył tę tematykę. I że zrobił to lepiej, krócej. W jednym czy dwóch zdaniach zawarł to wszystko co chciałabym powiedzieć.

Szczerze mówiąc, gdy znalazłam w skrzynce maila od Kasi z „zaproszeniem” na swojego bloga, to o mało nie spadłam z krzesła. Z wrażenia. Tak bardzo ucieszył mnie fakt, iż słowa którymi dziele się na blogu, stają się w jakikolwiek sposób wartościowe dla osoby po drugiej stronie monitora. Kolejny raz bardzo, bardzo serdecznie dziękuję :)

Sama o sobie nie mogę i nawet nie chcę powiedzieć, że jestem minimalistką. Nie lubię jakiegokolwiek etykietkowania, dzielenia i wrzucania ludzi do różnych pudełek w zależności od tego co robią i czym się interesują. Minimalizm w życiu codziennym, o którym piszę na blogu, rozumiem jako sztukę upraszczania. Umiejętność wyeliminowania ze swojego życia wszystkiego co niepotrzebne, oraz jednoczesne zapełnienie powstałej przestrzeni tym, co ma w sobie wartość prawdziwą. Pisząc o symplifikacji, mam na myśli nie tylko nasz dobytek materialny, ale również, a może właśnie przede wszystkim, duchowy balast który często wszędzie ze sobą zabieramy.

Powinnam powiedzieć, jak i kiedy wszystko zaczęło. Być może ktoś będzie zawiedziony, jednak stoi za tym żadna wielka historia, nie rzucił mnie chłopak, nie zostałam nagle z dnia na dzień bez dachu nad głową, nie postanowiłam też rzucić wszystkiego co mam i uciec na Karaiby. Nie przeszłam też przez nagłą fazę wyrzucania wszystkiego co popadnie. Zwłaszcza że jest to dla mnie trend trochę nie do końca zrozumiały. To takie pozbywanie się problemów, bez najmniejszej nawet próby ich rozwiązania. Skoro coś kupiliśmy, musimy liczyć się z tym, że ten produkt to również ludzie, którzy go zrobili, materiały stworzone do wyprodukowania go i środowisko które zostało w jakimś stopniu zmienione jako negatywny skutek produkcji. Jeśli mamy już jakiś przedmiot, to jesteśmy za niego w pewien sposób odpowiedzialni. Nie sztuką jest wyrzucić. Wyzwaniem jest znaleźć dla niego nowego właściciela czy inne zastosowanie. I następnym razem kupować w sposób bardziej przemyślany.

Z tej właśnie przyczyny dołączyłam swego czasu do grupy wymiankowej na Facebooku, to była chyba jedna z fajniejszych inicjatyw, jakich do tej pory doświadczyłam. Można było umieścić tam zdjęcia rzeczy, których już nie potrzebujemy i wymienić je na coś innego, bądź też po prostu na jakiś drobny produkt, zwykle czekoladę, owoc czy masło orzechowe. Okazało się, że wiele rzeczy które nie miały dla mnie już żadnej wartości, dla kogoś innego były spełnieniem marzeń, albo przynajmniej potrzebnym drobiazgiem. Można powiedzieć, że wymianki miały charakter osobisty, trzeba było się umówić z daną osobą w konkretnym miejscu na konkretną godzinę. Wiele z tych przelotnych kontaktów okazało się później owocnymi znajomościami. Jednocześnie wszelkiego rodzaju akcje takie jak capsule wardrobe, czy ograniczanie liczby posiadanych rzeczy do stu, dwustu czy iluś tam, zupełnie do mnie nie trafiają. Nie po to staramy się pozbyć materialnych ograniczeń, żeby pakować się w pułapkę numerów. A co jeśli potrzebuję dziewięćdziesięciu ośmiu rzeczy? Mam dokupić brakujące dwie? Mimo wszystko jednak staram się nie zamykać, otwieram się na wszelkie nowe inicjatywy, wciąż szukam.

Być może zabrzmię jak zmęczony życiem człowiek, jednak uważam że doczekaliśmy się dziwnych czasów. Zapewne praktycznie nikt się do tego nie przyzna, jednak dla wielu osób zarabianie stało się celem najważniejszym w życiu. Wmówiono nam, że pieniądze dają ogromne możliwości, jednak nikt nie wspomina o tym, że budują też całą masę złudzeń. W myśl tego często zbyt łatwo idziemy na życiowe kompromisy, godzimy się na pracę w miejscu, którego wcale nie lubimy, rezygnujemy z naszych marzeń, stajemy się zgorzkniali i znudzeni. Tak jakby coś zjadało nas od środka.

Mówi się o kryzysie, bezrobociu, niskich zarobkach, jednak paradoksalnie żyjemy w społeczeństwie, w którym wszystkiego jest za dużo. Kupujemy znacznie więcej, niż jesteśmy w stanie wykorzystać czy skonsumować. Ogromna masa dóbr się marnuje, a my wciąż jesteśmy święcie przekonani, że podążanie za trendami i kupowanie ciągle od nowa, jest jedyną słuszną drogą do zadowolenia. Tymczasem szczęścia nie trzeba szukać wcale, mamy je już w sobie. Musimy je tylko trochę odgruzować.

Kupowanie samo w sobie nie jest niczym złym, pod warunkiem jednak, że jest skutkiem naszego świadomego wyboru. Jeśli jednak kupujemy tylko dla przyjemności oraz dlatego, iż wydaje nam się że rzeczy dadzą nam poczucie bezpieczeństwa i określą nasz status, zaczynamy żyć zgodnie z niebezpieczną maksymą, iż jestem tym co posiadam. Na swoim blogu zachęcam do stanięcia po „drugiej stronie barykady”. Do oczyszczenia przestrzeni wokół i wypełnienia jej tym, co uważamy za wartościowe. Do unikania dążenia do posiadania więcej, niż naprawdę potrzebujemy. Minimalizm to nie „sztuka wyrzucania rzeczy”. Jest to raczej umiejętność stopniowego wprowadzania do swojego życia spokoju, oszczędzania nie tylko pieniędzy, ale przede wszystkim czasu. Minimalizm to nie ubóstwo, jak próbują przekonywać niektórzy, lecz kierowanie swojej uwagi w stronę nieco innych priorytetów. To bardziej filozofia życiowa, wolny i przede wszystkim świadomy wybór, wyraz naszych autentycznych potrzeb. Można powiedzieć, że to takie trochę kreowanie własnego świata, w którym posiadanie nie jest kwestią nadrzędną. Trochę wbrew naszej kulturze, która uparcie tworzy z rzeczy i ich posiadania fetysz, która uczy nas traktować dobra materialne jako miarę wartości człowieka.

Wydaje mi się, że do wszystkiego w naszym życiu musimy dochodzić świadomie i po kolei. W sumie chyba z tego przekonania narodził się Maraton Minimalisty. Cykl który ma nas zachęcić przede wszystkim do eksperymentowania, do odkrywania co raz to nowych przestrzeni nie tylko w naszych domach czy mieszkaniach ale i w naszych umysłach. Tu nie chodzi tylko o szafę, ubrania, buty i torebki, ale o pozbycie się negatywnych emocji, stresu, czy błędnego wyobrażenia o sobie. O eliminację relacji, które nie są dla nas ważne ani korzystne. O uporządkowanie życia i przede wszystkim zrozumienie, że można żyć wolniej i jednocześnie pełniej i bardziej świadomie. W każdym kolejnym „maratonowym” wpisie przekonuję, że wbrew temu co obecne trendy starają się wbić nam do głowy, wcale nie musimy być idealni. Zachęcam do rezygnacji z ciągłych wyścigów, do których zwykle jesteśmy przygotowywani już od podstawówki, jeśli nie od przedszkola. Kładę nacisk na naukę akceptacji i otwartość na to co nowe i inne. Przede wszystkim staram się propagować nieporównywanie się do innych, pamiętanie o tym, że właśnie w tej całej inności i różnorodności jesteśmy piękni i doskonali.

Czy minimalizm jest tylko kolejnym trendem, który lada dzień odejdzie w niepamięć? Nie wiem, jednak wolałabym żeby tak się nie stało. Staram się podchodzić do całego zjawiska bardzo optymistycznie. Mam wrażenie, że to co do tej pory przedstawiano nam jako sposób na szczęście, po prostu nie zdało egzaminu. Okazuje się, że praca na dwa etaty, brak czasu, nieumiejętność panowania nad własnym życiem i codzienny czynny udział w wyścigu szczurów, wcale nie daje się tak łatwo zrekompensować niedzielnym wypadem do galerii handlowej. Nawet pomimo tych wszystkich obietnic składanych w reklamach i na okładkach kolorowych magazynów. Mam wrażenie, że społeczeństwo staje się coraz bardziej świadome i wrażliwe na świat, który nas otacza. Często ludzie nie chcą mieć już więcej, a w zamian za to chcą więcej być, szukają czegoś więcej, zaczynają ćwiczyć jogę, medytować, szukać odpowiedzi w religii czy traktatach filozoficznych.

Krótko mówiąc, minimalizm to umiejętność życia własnym życiem i podejmowania świadomych decyzji. To próba zatrzymania się, spojrzenia w głąb siebie oraz rozliczenia się z samym sobą i swoimi potrzebami. Wbrew pozorom jest to bardzo trudne zadanie, nie lubimy refleksji. Poza tym często łatwiej jest żyć według schematu, który samoczynnie się napędza. W którym nie trzeba myśleć, wystarczy kupować i podążać za innymi. Jednak najważniejsze to dojrzeć do tego, żeby nie tylko o tym czytać, mówić i pisać, ale przede wszystkim wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć decydować o sobie :)

Przeczytaj także

  • Pingback: Gościnnie u Kasi. - simplife.pl()

  • Agnieszka Kulawczyk

    “(…)żyjemy w społeczeństwie, w którym wszystkiego jest za dużo. Kupujemy znacznie więcej, niż jesteśmy w stanie wykorzystać czy skonsumować.”
    Wczoraj utknęłam przed regałami z ciastkami w popularnym mniejszym markecie. Przeszłam od prawej do lewej i od lewej do prawej kilka razy. Ciastka nie miały być dla mnie, a wśród kilkudziesięciu zabrakło tych ulubionych. Po dwóch minutach zrezygnowana poszłam sobie ;-) Pomyślałam, że za dużo tych ciastek, jogurtów, kiśli, galaretek, czekolad itd. Czy naprawdę nie mogłoby być mniej produktów, ale lepszej jakości? Czy zakupy nie byłyby prawdziwą przyjemnością (coś jeść musimy ;-) ) gdyby ulubiony sklep miał powiedzmy produkty 2-3 marek z 2-3 wariantach?

    Będąc w innym hipermarkecie koniecznie chciałam kupić śmietanę 30%. Śmietan było od groma, a tej, która mnie interesowała leżało chyba z 30 opakowań. Zakupy robiłam we wtorek wybierając produkty na niedzielę. Przydatność do spożycia 4/5 zawartości półki upływała w piątek. Kilkadziesiąt śmietan, które może zostały przecenione, a najpewniej wyrzucone w sobotę podczas sprzątania półek. Okropne. Marnotrawstwo.

    • Podobno tak działa wolny rynek ;) Ale też nie znoszę tego nadmiaru wyboru, bo wybór tak naprawdę żaden…

  • Bloga Natalii czytam regularnie i otwarcie uwielbiam :) Nie raz jechałam gdzieś samochodem i myślałam o tym co przeczytałam u niej na blogu. I pięknie to ujęłaś- minimalizm to sztuka upraszczania :)

  • Też zawsze to powtarzam, że minimalizm to świadomość siebie. I oprócz świadomości siebie właściwie dużo więcej nie potrzeba :)
    Pozdrawiam :)

  • Tak myślę, że ja bym bardzo chciała, żeby ta moda na minimalizm przeminęła. Mam wrażenie, że dla większości osób to taki trend, który sobie narzucają, bo to jest modne. A tymczasem tu chodzi o coś zupełnie innego.

    • Całkowicie się z Tobą zgadzam, Mari. Czasem się zastanawiam, kiedy ta moda przeminie; z jednej strony fajnie, że ludzie nabierają świadomości, że nadmierna konsumpcja jest zła, ale z drugiej – często zmniejszają posiadanie, bo to modne, a nie dlatego, że stoją za tym głębsze przemyślenia… Chyba że się mylę.

  • Świetny wpis! Idealnie oddaje mój pogląd na “minimalizm” czy raczej prostotę :)