Goście

Goście: Katarzyna Kędzierska

02/04/2015

simplicite

Blog prowadzony przez naszego dzisiejszego gościa, Kasię Kędzierską, pt. Simplicite jest jednym z najpiękniejszych z miejsc w sieci poświęconych minimalizmowi. Tym, co go wyróżnia to przede wszystkim Szafa Minimalistki, czyli dowód na to, że z minimalnej ilości ubrań w szafie można stworzyć wiele eleganckich i oryginalnych zestawów.

Kasia to tytan pracy. Oprócz tego, że prowadzi Simplicite, jest także rzecznikiem patentowym i właścicielką przestrzeni do co-workingu. Jest profesjonalistką w każdym calu. Kiedy poprosiłam ją o napisanie tego tekstu szybko się zgodziła, ale nie chciała określić konkretnego terminu. Zanim jednak postanowiłam się nieśmiało przypomnieć, w mojej skrzynce znalazłam poniższą historię. Dziękuję, Kasiu! Zapraszam do przeczytania.

Kasiu, przede wszystkim, dziękuję Ci za zaproszenie do opowiedzenia mojej historii Twoim Czytelnikom.

Wiesz, że kiedyś strasznie broniłam się przed nazywaniem samej siebie minimalistką? Podejrzewam, że to wrodzona niechęć do swoistego „etykietowania” siebie i innych. Nawet na Simplicite, w pierwszych wpisach na temat minimalizmu uciekałam od zdecydowanych deklaracji. Potem zdałam sobie sprawę, że to nic złego przecież, a tego typu „etykietka” wiele upraszcza, a na tym upraszczaniu poniekąd mi właśnie zależy. Uświadomiłam sobie również, że poprzez pokazanie swoich doświadczeń i sposobów, chcę inspirować innych do poszukiwania własnej drogi i być może skorzystania z dobrodziejstw, które płyną z minimalizmu właśnie. Teraz, głośno nazywam siebie minimalistką i jestem z tego dumna :).

Gdy spojrzę z dystansem na swoje życie, widzę, że ten minimalizm był we mnie zawsze, od najmłodszych lat, a jedynie momentami został przeze mnie zapomniany i zepchnięty na dalsze miejsce. Ostatnio ktoś w rozmowie zapytał mnie „To kiedy zostałaś minimalistką?”, a ja nie potrafiłam na to pytanie odpowiedzieć, bo i nie ma na nie właściwej odpowiedzi. Tak samo jak nie sposób odpowiedzieć na pytanie „To kiedy już wreszcie skończysz to minimalizowanie?”. Moment, w którym jestem obecnie jest dla mnie bardzo dobry. Czuję, że jestem we właściwym miejscu i czasie, zajmuję się tym, czym chcę się zajmować, a dalsze perspektywy są dla mnie rozwojowe. Oczywiście, jak każdy człowiek, mam lepsze i te mniej dobre momenty, ale generalnie jestem szczęśliwa i zadowolona. A to w dużej mierze zasługa właśnie minimalizmu.

Cofnijmy się proszę o kilka ładnych lat. Po studiach prawniczych trafiłam do dużej korporacji, przyjęłam pracę, która była niezwykle fascynująca i dawała mi ogromne możliwości rozwoju. Dawała również stosowne wynagrodzenie. W tej sielance upłynęło mi kilka lat, w trakcie których nie czułam się źle. Teraz widzę jak ograniczone było wtedy moje życie. Brak czasu na własne pasje rekompensowałam sobie zakupami. Wtedy nie wydawało mi się to czymś niewłaściwym. Po pracy często wpadałam do galerii handlowej, tak też spędzałam czasami weekendy. Potrafiłam bez śladu zmęczenia przechadzać się po sklepach nawet kilka godzin. Czasami coś kupowałam, czasami nie. Powód do zakupów zawsze się znalazł. Po pewnym czasie zaczęłam czuć, że w tym pozornie poukładanym życiu coś nie gra, że brakuje mi przestrzeni i paradoksalnie, możliwości rozwoju właśnie.

Zaczęło się od książek. W moim domu rodzinnym zawsze były książki, ale nie było ich straszliwie dużo. Pamiętam, że mój były Partner, z którym byłam związana przez wiele lat miał marzenie posiadania wielkiej biblioteki w przyszłym domu. Takiej wypełnionej książkami od podłogi po sufit. Dlatego też wtedy praktycznie nie pozbywałam się żadnej książki, która trafiała w moje ręce. A na kupowaniu książek nigdy nie oszczędzałam. Pamiętam, gdy podczas jednej z przeprowadzek poczułam ciężar tych książek. Nie, nie taki metaforyczny. Taki prawdziwy, fizyczny ciężar piętnastu kartonów. Wtedy postanowiłam się ich pozbyć. Selekcja była szybka. Książki zostały sprzedane, oddane, wymienione i wyrzucone. Poczułam nieprawdopodobną wręcz ulgę.

Potem poszło już z górki. Chciałabym móc napisać, że przeszłam oświecenie i nagle pozbyłam się 70% swoich rzeczy, a teraz żyję z jedną parą skarpetek, miską i łyżką. Wiem, że to atrakcyjnie brzmi w powiązaniu z ideą minimalizmu, ale tak wcale nie było. Wyrzuciłam/oddałam/sprzedałam bardzo wiele z posiadanych rzeczy, ale nie wiem czy to było 50, czy 25%. I szczerze mówiąc, zupełnie nie jest to istotne. Minimalizm bardzo często przedstawiany jest w opozycji do posiadania. Posiadania rzeczy czy też posiadania w bardziej abstrakcyjnym, duchowym wymiarze. Często utożsamiany jest z wyrzeczeniem. Dla mnie minimalizm to brak uzależnienia od przedmiotów w jakiejkolwiek formie, minimalizm to dystans do posiadania. Gdy zafiksujemy się przykładowo na posiadaniu nie więcej niż 100 przedmiotów to nadal będziemy uzależnieni od posiadania tych rzeczy, będziemy stale ograniczać, a tym samym nie złapiemy dystansu do posiadania. Moim zdaniem to pułapka, w którą wiele osób, zupełnie nieświadomie może się złapać.

Niektórym pozbywanie się zbędnych przedmiotów przychodzi łatwiej, niektórym trudniej. Dla mnie minimalizm przełożył się nie tylko na mój stosunek do rzeczy materialnych, ale też do kontaktów interpersonalnych. Prywatnie moje życie zmieniło się o 180 stopni. Świadomie zerwałam część znajomości, niektóre rozstania okazały się bardzo trudne, wręcz bolesne, ale nie chcę, żeby toksyczni ludzie (tak samo jak toksyczne przedmioty) znajdowali się w moim otoczeniu. Nieoczekiwanie, te zmiany wywołały we mnie potrzebę zmian w sferze zawodowej. Postanowiłam finalnie odejść z korporacji, pomimo atrakcyjnej oferty. Chciałam, żeby zminimalizowaniu uległ nie tylko stan posiadania, ale także ilość obowiązków, które brałam na siebie dotychczas. Z perspektywy czasu wiem, że była to jedna z lepszych decyzji w moim życiu. Zaczęłam więcej podróżować, bo to dla mnie ważne. Odkryłam nowe, twórcze pasje. Zrozumiałam, że w swoim życiu CHCĘ MNIEJ i że, wbrew opiniom innych, nic w tym złego.  I bardzo dobrze mi z tym.

Teraz, sama świadomie decyduję o swoich wyborach, zarówno w stosunku do rzeczy, którymi się otaczam, jak i w stosunku do ludzi, którzy są wokół. Minimalizm to dla mnie życie na własnych warunkach.

Przeczytaj także

  • Masz znakomitych gości :) Odpuszczenie stresów związanych z posiadaniem i zbliżanie się do życia na własnych warunkach – to dla mnie również jedne z najważniejszych cech minimalizmu.

    • To prawda, jestem wdzięczna tym blogerom, którzy bezinteresownie zgodzili się poświęcić swój cenny czas na napisanie czegoś dla mnie. Moja droga, może chcesz być następnym gościem? :)

      • :) Prześpij się z tym pomysłem, jeśli będziesz pewna, to zapraszam na maila – napiszesz mi, jak to widzisz.

        • Każdy może zostać moim gościem, jeśli tylko ma na to ochotę :)

  • Kasia Krzemińska

    Przyjemna lektura. Jestem niereformowalnych chomikiem książkowym, pozbywanie się książek musi być mocnym przeżyciem.

    • O tak, książki… Wyniesiona z domu miłość do posiadania książek to też moja słabość, ale postanowiłam sobie ograniczyć się do tych, które rzeczywiście są dla mnie ważne. Tak a propos, może masz ochotę przygarnąć kilka moich hiszpańskojęzycznych pozycji? Przynajmniej byłabym pewna, że są w dobrych rękach :)

  • Miło się czytało ;)
    Sama kiedyś miałam problem z przywiązaniem do rzeczy. Teraz pomimo, że mam ich nadal mnóstwo, wiem, że bez problemu mogłabym je wszystkie zostawić i tak, jak stoję wyjechać i nie wrócić…

    • No proszę, czyli Ci się udało :) Nie wiem, czy na tym etapie bym tak mogła, ale staram się jak mogę ograniczać to przywiązanie. Moim ideałem minimalizmu, to zapakować wszystko, co mam, do jednej małej walizki. Chyba jednak mi się to nigdy nie uda…

  • anna

    Dziękuję za ten post. Ostatnio odkryłam blog Simplicite.pl i od kilku dni nadrabiam zaległości. Jeszcze raz dziękuję.

    • Uwielbiam Simplicite. To naprawdę piękny blog o świetnej i inspirującej treści.

  • Karolina Moja Manufaktura Smak

    Jakiś czas temu przez przypadek trafiłam na blog Kasi. I zostałam na dłużej. Mam problem z doborem garderoby, często kupuję coś na “Zapas” a później leżakuje w szafie. Uczę się kompletować ubrania z głową:)

    • Myślę, że każdy z nas ma/miał takie ubrania na zapas… najważniejsze to poznać siebie i dopasować garderobę do swoich potrzeb. Bardzo podoba mi się to, że Simplicite potrafi do tego zainspirować.

  • Magda K-ska

    Trafiłam tu z bloga Kasi Kędzierskiej i już wiem, że spędzę tutaj dzisiejszy wieczór na czytaniu. Moja droga do minimalizmu również zaczęła się od książek i byłam/ cały czas jestem zaskoczona, jak łatwo przychodzi mi oddawane tego co przeczytane, a nie pokochane na zawsze. A potem stopniowo przerzucało się to na inne dziedziny życia i tak trwa do dzisiaj, od trzech lat. Pozdrawiam i będę zaglądać częściej.

    • Bardzo mi miło! Mam nadzieję, że Ci się tu spodoba i zostaniesz na dłużej.
      Ach, książki i minimalizm… to temat rzeka ;)

      • Magda K-ska

        Zgadza się, sama bloguję trochę o książkach i budzę zdziwienie wśród innych blogerów, że potrafię rozstać się z książkami, ale widzę i pozytywne strony, ludzie patrzą, widzą, że się da i sami też próbują, dzięki temu książki mają drugie życie i może uszczęśliwią kogoś innego:)

        Ps. Na pewno zostanę na dłużej.

        • Też lubię przekazywać książki tym, którzy je docenią. Fajna sprawa :)

  • Mądry tekst, dobrze się czytało. Ach te książki, miałam tak samo, u mnie też przygoda z minimalizmem rozpoczynała się od pozbywania się nadmiaru z biblioteki. Na dzień dzisiejszy wygląda na to, że wygrywam walkę z książkową nadmiarem. Niemniej – dyscyplina w gromadzeniu książek, to najtrudniejsza część całego przedsięwzięcia.

    • Przyznaję, że ja też przekonałam się do idei trzymania książek, które rzeczywiście do mnie przemawiają, są ważne, ciekawe i jest duża szansa, że przeczytam je jeszcze raz. Jak np. “Miłość w czasach zarazy”, po którą sięgam z nostalgią mimo mojej niechęci do dzieł Marqueza.