Minimalizm

Potoczność

19/03/2015

Kiedy zaczęłam przygotowywać dla Was bardziej rozbudowany post o słowach kluczowych związanych z minimalizmem, naszły mnie pewne przemyślenia. Do tych przemyśleń skłonił mnie także tekst przygotowany da Was przez mojego kolejnego gościa (ukaże się na początku kwietnia, jeśli chcecie wiedzieć kto i kiedy to najlepiej zapisać się do newslettera). Stałam nad zlewem zmywając naczynia i myślałam, podczas gdy Maja kombinowała, jak by tu uciec z łóżeczka. No więc stałam, zmywałam – zmywanie zawsze skłaniało mnie do przemyśleń, chyba głównie nad garami wpadam na najlepsze połączenia słowne – i zastanawiałam się, czy wybrałam dobry tytuł mojego bloga. No bo może nie minimalizm a optymalizm? A może dobrowolna prostota? Może zgubiło mnie, niedoszłą językoznawczynię, myślenie potoczne, które to cechuje się uproszczeniem? Że minimalizm to mniej, a nie mało. Szybko oddaliłam te myśli, bo Maja zaczęła wzywać, by uwolnić jej nogi ze szczebelków. Cały czas jednak męczy mnie to wszystko. Bo skoro minimalizm, to minimum. Minimum do przeżycia? A może jednak minimum do dobrego życia? No więc może to jednak droga do prostoty? No ale z prostotą też łatwo nie jest, bo o ile zawsze było mi daleko od komplikowania (wyjąwszy lata nastoletnie, ale to chyba nikogo z nas nie ominęło), to jednak czasem prosto nie oznacza mało.

Nie bez kozery zaczęłam robić doktorat z językoznawstwa: znaczenie słów, ich zagmatwana historia i sieć kontekstów zawsze mnie fascynowały, ale w swych poszukiwaniach skupiałam się głównie na hiszpańskim, trochę po macoszemu traktując polski. To błąd, bo by być dobrym tłumaczem, trzeba najpierw perfekcyjnie poznać swój język ojczysty. Oj, ile to razy pisząc coś dla Was muszę upewnić się w Słowniku języka polskiego czy to, co piszę rzeczywiście znaczy to, o czym myślę. Ile to razy poprawiałam zdania z ewidentnymi wpływami regionalizmów, a ile razy coś kasowałam, bo w ogóle nie byłam pewna tego, co piszę. Pierwszym mailem od czytelnika była wiadomość zwracająca mi uwagę na błąd logiczny w zdaniu. Błąd poprawiłam, ale przyznaję, że do tej pory nie rozumiem, dlaczego to był błąd. Pociesza mnie jedynie fakt, że Rada języka polskiego zauważyła, że nie jestem jedyna i podobne użycie błędnego wyrażenia można użyć w mowie potocznej. Uf, a więc umówmy się, że ten blog pisany jest polszczyzną potoczną (nie musimy się wielce umawiać, przecież “fajnie, update, kurczę” i inne tego typu wtręty pojawiają się tu dość często). Skoro pisany językiem potocznym, to i minimalizm będzie tu figurował w swej potocznej definicji. Potocznej czyli jakiej?

W jednym z moich pierwszych postów z lipca 2013 piszę, że dla mnie minimalizm to wolność  i rezygnacja z kupowania (więcej tutaj). Ale przecież to coś więcej; widzicie, zajęło mi ponad rok zrozumienie, że to nie tylko niekupowanie, ale może nieposiadanie, nieprzywiązanie, niegromadzenie. Pojęcie minimalizm stosuję zamiennie z prostym życiem czy prostotą, ale może to jednak błąd i to nie językowy? Niełatwa to kwestia, bo jak ktoś kiedyś zauważył – ile ludzi, tyle definicji minimalizmu.

Czy mówiąc minimalizm upraszczamy do pojęcie? Czy minimalizm to coś innego niż proste życie? Jak bardzo różnią się od siebie te postawy? No i pytanie dnia: czy powinnam zmienić tytuł bloga?

 molo

Przeczytaj także

  • Agnieszka 19/03/2015 at 09:21

    Dzień dobry
    Zgadzam się, że ilu ludzi tyle definicji. Bo każdy ma inne potrzeby, inne warunki i w ogóle jesteśmy inni.
    Dla mnie minimalizm oznacza tyle, ile trzeba. Podobnie jak optymalizm. Może nawet bardziej trafia w sedno. Po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że OPTYMALNIE brzmi doskonale. Od pewnego czasu mam wrażenie, że określenie minimalizm jest mocno nadużywane. A szkoda. Mimo wszystko, tytułu bym nie zmieniała. Zawiera w sobie pewną ideę, wartość. To taka wizytówka.
    Ładnie tu.

    • Kasia 19/03/2015 at 10:05

      Agnieszko, dziękuję za miłe słowa i ciekawy komentarz.
      Też wydaje mi się, że minimalizm stał się takim słowem-wytrychem na nazwanie ogółu zjawisk polegających na ograniczaniu konsumpcji i spowolnienia tempa życia. Optymalnie,czyli dobrze dla nas, też może to wszystko opisywać.

  • Pani Strzelec 19/03/2015 at 09:23

    Również lubię językowe ciekawostki, etymologię, też coś niecoś studiowałam, ale na co dzień, w praktycznym, prostym życiu słowa to dla mnie tylko słowa i szkoda mi energii na zgłębianie, zastanawianie się i dobieranie najcelniejszych.
    ‘Minimalizm’ brzmi bardziej sexy niż ‘proste życie’, chociaż tym drugim też spokojnie mogłabym określić swoje życie czy dążenia. Przeciętna osoba zgadnie, z czym kojarzyć ‘minimalizm’, z ‘optymalizmem’ może mieć problem.

    • Kasia 19/03/2015 at 10:07

      Świetnie napisane, że to sexy ;) Ale masz rację, szkoda energii na rozkminianie znaczenia słów, jednak czasami mam wrażenie, że dla wielu minimalistów właśnie takie precyzowanie jest bardzo ważne… Dobrze, że nie jesteśmy jednymi z nich.

  • Bea 19/03/2015 at 13:11

    Każdy z nas ma chyba swoją definicję minimalizmu. Osobiście nie lubię sformułowania “dobrowolna prostota”. Dla mnie minimalizm niekoniecznie wiąże się z upraszczaniem ale raczej właśnie z optymalizacją. Nie chodzi mi o niekupowanie ale o zastanowienie się trzy razy czy aby na pewno tego potrzebuję. A nazwa to tylko nazwa – ważniejsza treść :)

    • Kasia 19/03/2015 at 13:20

      U mnie optymalizacja właśnie jest chyba powiązana z upraszczaniem, ale tak jak piszesz, każdy to widzi po swojemu :) I może właśnie w tym cały urok minimalizmu czy jak go nazwiemy. Dzięki za komentarz!

  • Konrad/Droga do prostego życia 19/03/2015 at 15:24

    Zmienić tytuł bloga nie, bo wtedy będzie jak tytuł mojego bloga :) Żeby zamącić to dodam, że pierwotnie tytuł mojego bloga brzmiał Minimalizm – droga do prostego życia, a potem miałem trochę podobne dylematy (uświadomiłem sobie, że to jednak nie o minimalizm mi chodziło) i zmieniłem na Droga do prostego życia. Powiem na zakończenie, że i tak zawsze jestem traktowany jako minimalista i trochę odpuściłem już to rozróżnianie – w języku potocznym jestem minimalistą, a chodzi mi o dobrowolną prostotę…

    • Kasia 19/03/2015 at 16:39

      Konradzie, przyznaję, że po cichu liczyłam na Twój komentarz.

      Kiedy te dwa lata temu zakładałam bloga i sobie szumnie nazwałam “Droga do minimalizmu” jeszcze nie znałam Twojego (wstyd). Kiedy już trafiłam na “Drogę do prostego życia” bałam się, że będziesz mieć za złe mój tytuł, więc z braku lepszych pomysłów dodałam “Moja” i tak już zostało… Mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone ;)
      No i oczywiście wspomniane dziś dylematy też wynikły z lektury Twojego wpisu gościnnego… Pocieszyłeś mnie Ty i poprzednio komentujący – niech więc zostanie ten minimalizm, a ja już będę wiedzieć, o co mi chodzi ;)

  • Marta Tylec 20/03/2015 at 14:28

    Nie, nie zmieniaj. Droga do minimalizmu jest idealna, wiesz czemu? Bo minimalizm, jest decyzją na pewnien styl życia, który ma warstwy. Zaczynamy od rzeczy ale później się okazuje, że cel się przesuwa do spraw psychiki. Ogarniamy psychikę a cel się przesuwa do spraw duchowych. Minimalizm to takie trwanie w rozwoju.
    Nie zmieniaj, jest ok.

    • Kasia 21/03/2015 at 07:49

      Dzięki za wsparcie i komentarz. Wprawdzie pytanie o zmianę nazwy było retoryczne, to i tak zgadzam się z Tobą, że im dalej w las, tym lepiej rozumie się o co w tym całym upraszczaniu chodzi.

  • pani poczytalna 20/03/2015 at 22:25

    Ciekawe są te twoje rozważania o języku, w ogóle nie czuję tych potyczek z polskim, o których piszesz. Bardzo się Ciebie dobrze czyta. Nazwy bym nie zmieniała. Minimalizm jest konkretnym pojęciem, ale też szeroką kategorią i myślę, że to dość jasne dla czytelników Twojego bloga jakie jest Twoje stanowisko.

    • Kasia 21/03/2015 at 07:50

      Dziękuję! Miło mi, że moja pisanina się podoba, staram się jak mogę ;)

  • www.simplife.pl 21/03/2015 at 18:38

    Nie mam wykształcenia w tym kierunku, jednak często, tak zupełnie bez sensu i potrzeby, zastanawiam się nad pochodzeniem niektórych wyrazów, oraz nad tym czy ich odpowiedniki w innych językach, znaczą dla rozmówców to samo co dla nas. A przede wszystkim nad tym, jakie emocje wywołują. Często bowiem film czy książka, mimo iż poprawnie przetłumaczone, tracą jakiś taki swój, nazwijmy to, ładunek energetyczny :)

    • Kasia 24/03/2015 at 08:43

      Rzeczywiście w odbiorze obcojęzycznych tekstów wiele zależy od tłumaczenia. Często podawanym przykładem jest “Shrek”, który chyba bardziej śmieszy w polskiej wersji niż w oryginale ;) A etymologia to bardzo fajna sprawa, czasem pochodzenie danego wyrazu może zaskakiwać.