12 niecodziennych rzeczy

#12niecodziennych – maj i czerwiec

02/07/2017

Moja miesięczna przerwa od blogowania wymusiła publikację majowego podsumowania 12 niecodziennych rzeczy wraz z tym czerwcowym. W tych ostatnich wiosennych miesiącach uczestnicy postawili na poznawanie Polski, naukę nowych rzeczy i doświadczenia smakowe. Jakie niecodzienności spotkały nas w maju i czerwcu?

Moje niecodzienności

Najprzyjemniejszym doświadczeniem ubiegłych miesięcy było spotkanie i sesja zdjęciowa z Kasią Wojniak. Obie podczytujemy się i obserwujemy nasze poczynania prawie od samych początków blogowania. Kasia prowadzi bloga Proste jest piękne, projektuje przepiękną minimalistyczną biżuterię pod marką Kavodesign, a do tego robi świetne zdjęcia. Od dawna planowałam zamówić u niej blogową sesję, ale dopiero w kwietniu zebrałam się w sobie i do niej napisałam. Ustaliłyśmy termin i na początku maja spotkałyśmy się w Warszawie, gdzie tworzy Kasia. Okazało się, że to fantastyczna dziewczyna i szybko złapałyśmy wspólny język. Ja, która nie znoszę pozować do zdjęć, przy Kasi wyluzowałam się na tyle, że rezultaty sesji przerosły moje oczekiwania. Efektem naszego spotkania jest nie tylko moje nowe zdjęcie profilowe, ale również foty, które od czasu do czasu wrzucam na Instagram. Mam nadzieję, że jeszcze nieraz uda mi się spotkać z Kasią na kawę, bo już dawno nie spotkałam osoby, z którą nadaję na tych samych falach.

Wszystkie zdjęcia autorstwa Kasi Wojniak

Kolejne doświadczenia w maju i czerwcu nie były aż tak bardzo emocjonujące. Kiedy po kwietniowych szaleństwach pogoda się poprawiła łapiąc gorące promienie majowego słońca wytargałam moją matę na ogród i zrobiłam sobie wyjątkową sesję jogi. Była to fantastyczna odmiana od wykonywania codziennych asan wśród białych ścian. Joga na powietrzu ma swoją moc.

Reszta niecodzienności była kulinarna: najpierw pierwszy raz w życiu zrobiłam chłodnik z botwinki, potem pierwszy raz od kilku lat ulepiłam pierogi, a do tego odważyłam się zrobić na śniadanie modne smoothie bowl. Wszystkie te kuchenne próby były zaskakująco udane. Chłodnik smakował wybornie, pierogi lepiły się błyskawicznie (a jak smakowały!), a smoothie bowl – czyli miseczka z gęstym owocowo-warzywnym koktajlem i dodatkami – zasmakowała także Bartkowi. Opłacało się spróbować czegoś nowego (smoothie bowl), otworzyć na to, czego nigdy nie lubiłam (botwinka) i na to, co wcześniej nie wychodziło (pierogi), by przekonać się, że wszystko jest kwestią nastawienia.

A jakie niecodzienne doświadczenia zebrali inni?

Kasia i Alfonso

kawacaffe.pl

W maju postawiliśmy na zwiedzanie Krakowa i szukanie w nim włoskich śladów. W ten sposób odkryliśmy kilka pysznych miejsc oraz pomnik Wyrwanych Serc, o którym dowiedzieliśmy się z jednej ze współczesnych włoskich piosenek. Kto by pomyślał ;)

W czerwcu nasz blog świętował swoje drugie urodziny. Z tej okazji napiliśmy się dobrego wina, podsumowaliśmy na blogu 5 lekcji, które dało nam pisanie i opublikowaliśmy pierwszy wpis tylko w języku włoskim. To był miesiąc blogowych zmian, podsumowań, wyjścia ze strefy komfortu i wejścia do włoskiej blogosfery.

Włosi znani są ze swojej miłości do piłki nożnej, a że w Krakowie odbywały się rozgrywki under21 to wybraliśmy się razem na dwa mecze. Włosi do finału nie doszli, ale atmosfera towarzysząca imprezie bardzo się nam podobała.

Iza

Maj był dla mnie miesiącem lekkiego zwolnienia tempa. Nie spinałam się, aby zaliczać nowe miejsca czy rzeczy, bardziej skupiałam się na bliskim „tu i teraz”. W majówkę wybrałam się na spacer śladami wrocławskich murali – we Wrocławiu jest ich naprawdę sporo, niektóre zachwycające. Dobrze, że jest specjalna mapka, dzięki której zbytnio się nie błąkałam, a przy okazji odkrywałam nieznane mi ulice.

Rozkręciłam się na dobre w gotowaniu nowych potraw, ale najbardziej dumna jestem z ciasta: tarty z gruszkami. To pierwsze ciasto, które odważyłam się upiec po tym, jak kiedyś moją szarlotką można było gwoździe wbijać w ścianę… Tarta wyszła super.

Uszyłam też maskotkę-buldożka ze ścinków, ot tak, aby sprawdzić, czy będę umiała to zrobić. Było to bardzo relaksujące, może jeszcze poeksperymentuję z innymi zwierzątkami.

Co jeszcze? Nauczyłam się jeździć samochodem z automatyczną skrzynią biegów – dla kogoś, kto od kilkunastu lat jeździ „tradycyjnie”, przestawianie się na takie rozwiązanie nie było łatwe. To piękna lekcja, jak dużą rolę odgrywają w naszym życiu nawyki. I jak czasami trzeba trochę popracować, aby je zmienić.

Zadziwiająco dużo rzeczy przydarzyło mi się pod koniec miesiąca, ale czerwiec będę pamiętała głównie z krótkiej rodzinnej wycieczki do Lwowa i okolic. To był prezent i taka podróż sentymentalna dla mojego taty, a dla mnie okazja, aby nie tylko zobaczyć ciekawe i piękne miasto, ale i spędzić trochę czasu bardzo blisko z moją rodziną. Lwów przypomniał mi nieco Wrocław sprzed 20 lat – gdy tempo życia było jeszcze nie tak gwałtowne, a w ścisłym centrum działały głównie sklepiki z pamiątkami i kawiarnie. Ech… Jeśli ktoś ma możliwość, to naprawdę polecam stolicę Ukrainy – mnóstwo rzeczy do zobaczenia, a ludzie przemili, bardzo uczynni i chętni do pomocy.

Oczywiście poćwiczyłam nowy przepis (pęczotto z kurczakiem i jarmużem, pyszne!) oraz malowanie akwarelami, choć dużo mi jeszcze brakuje do przyswojenia podstaw… Byłam też na Nocy z Designem, a kilka dni po niej miałam minimaraton muzyczny: najpierw rosyjscy kompozytorzy i koncert w Narodowym Forum Muzyki, natomiast dzień później, w Noc Sobótki, siedziałam o północy w Synagodze pod Białym Bocianem na koncercie Kapeli ze Wsi Warszawa. Najśmieszniejsze, że bilet wygrałam zupełnie przypadkiem! To była noc! Mrok, ożywiona na nowo tradycyjna muzyka, oberki, kujawiaki i mazury, a do tego te przejmujące zaśpiewy! Oj, będę ten koncert długo pamiętała – a mogłam tam nie być…:).

Agata

lisbezbiletu.pl

W czerwcu udało mi się zamrozić planowanie. To moje świadome wyjście poza silny, ale męczący nawyk. Nie wiem, czy to cecha każdego zapracowanego rodzica, czy kogoś kto jest nieustannie zachłanny na czas wolny – najważniejsze że udaje się już od 6 dni czyli od momentu kiedy nastoletnie córki po raz pierwszy poleciały same na wakacje do Polski. Zostaliśmy w domu z półtoraroczną Marysią i Adasiem rosnącym w brzuchu. I po raz pierwszy od dawna uświadomiłam sobie, że kręci mi się w głowie od nadmiaru obowiązków, które codziennie i bez zastanowienia układam w listę rzeczy do zrobienia. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do robienia jednej rzeczy i planowania kolejnej, że przez chwilę spanikowałam, bo nagle okazało się, że mogę spać dłużej, nie muszę pędzić z posiłkami, przygotowywać się do pracy kilka dni wcześniej. Są wakacje i nie muszę planować dnia! Wszystko zdążę zrobić, a co dziś się nie uda będzie prawdopodobnie mogło poczekać do jutra.

I na tej fali żegnania się z nałogiem planowania, żeby jednak coś robić ale zupełnie spontanicznego i wynikającego ze złapania z ogon impulsu – wygrzebałam ‚Matyldę’ Roalda Dahla – genialną książkę dla dzieci. Udało mi się też w końcu popatrzeć na stare zdjęcia, pograć na gitarze i pobujać na fotelu. Rewelacyjny jest taki odwyk. Przez chwilę przemknęło mi przez głowę, że jutro mogłabym upiec klonowe ciastka, ale EJŻE! to chyba znowu nałóg puka… poczekam do jutra – na impuls… taki o smaku syropu klonowego…

Ola

zonaluksusowa.com

Zacznę od najfajniejszej kwestii, czyli podróży! Na przełomie maja i czerwca, w ramach 2-giej rocznicy ślubu, wybraliśmy się na Kretę. Była to nasza pierwsza wizyta w Grecji. Greckie wakacje spędziliśmy na własnych warunkach, odkrywając nowe miejsca, kulturę, smakując lokalnych potrwa w małych tawernach… Za to właśnie uwielbiam ideę slow life oraz slow travel – za to, że mogę robić to, co i w jaki sposób lubię, w swoim własnym tempie. Za spontaniczne możliwości oraz miejsca, do których nie ma drogowskazu ani informacji w przewodniku. Po swojemu, bez nakazów, ani sztywnych ram.

Po kilku miesiącach przerwy wróciłam do pracy w zawodzie. Bardzo się z tego powodu cieszę, bo kocham to, co robię! Zdobyłam wykształcenie w kierunku, który mnie interesuje, daje możliwości ciągłego rozwoju oraz nie przestaje zaskakiwać. Poza tym niesamowite jest to, że wykonywany zawód daje mi ciągłe możliwości szkolenia się, rozwoju, zdobywania wiedzy. Czasami warto posłuchać głosu serca, zrobić coś dla siebie, pomimo przeciwności losu oraz gorzkich słów padających z otoczenia, aby później poczuć satysfakcję.

***

A jakie niecodzienne doświadczenia zdobyliście Wy w tych ubiegłych miesiącach? Zdradźcie w komentarzach.

 

Przeczytaj także

  • Moja największa niecodzienność w ostatnim okresie to dwa koty, które przyjęłam pod swój dach. Kotki są przeurocze, mimo pobudek, które mi serwują codziennie o czwartej rano. Ale i tak je uwielbiam. Miałam już kiedyś kota,ale dwa? :-)Poza tym spróbowałam hummus i dorwalam się do siekiery. Nie, nikogo nie zarąbałam, uczyłam się rąbać drewno. Śmiechu było przy tym sporo. :-) No i pierwszy raz sama posadziłam kwiatki w ogródku i cukinię. Rosną pięknie. A zawsze wmawiałam sobie że nie mam ręki do roślin. :-)

  • U mnie pierwszy w życiu remont własnej kuchni… mam tyle gratów jako minimalistka, że nie chcę myśleć jak bym go przeżyła będąc normalną osobą:)))