12 niecodziennych rzeczy

#12niecodziennych – marzec

01/04/2017

W przeciwieństwie do poprzednich miesięcy marzec bardzo mi się dłużył. Mam wrażenie, że w tym trzecim miesiącu roku przeżyłam całe życie. Zdobyłam zaskakujące doświadczenia, głównie dzięki temu, że w końcu po trzydziestu latach zagłuszyłam moją strachliwą naturę i odważyłam się powiedzieć sobie „tak”. Czy inne uczestniczki miały podobnie? Przeczytajcie w marcowym podsumowaniu wyzwania „12 niecodziennych rzeczy”.

Mój niecodzienny marzec

Kiedy rok temu jechałam do Warszawy, by porozmawiać na temat mojego materiału w magazynie JOY, powiedziałam Bartkowi, że wywiady prasowe jeszcze ujdą, ale nigdy przenigdy nie zgodzę się na wypowiedź dla radia czy telewizji. Publiczne wypowiedzi nie są moją mocną stroną, poza tym nie uważałam, że mam coś ciekawego do powiedzenia. Trzeciego marca bardzo wcześnie rano dostałam wiadomość. „Dzień dobry, jestem dziennikarka radiowej Trojki, robię dziś materiał o posiadaniu zbyt dużej ilości rzeczy. Chciałabym z panią porozmawiać o tym. Czy to możliwe?” Moja pierwsza reakcja – oczywiście, że nie. Po chwili jednak przemyślałam sprawę, dopytałam o szczegóły i upewniłam się, że mój seksowny od przeziębienia głos nie będzie wielką przeszkodą. Poza tym, co takiego mogło się stać? Mogłam zrobić z siebie pośmiewisko na cały kraj? Niewielkie prawdopodobieństwo zważając na fakt, że mało kto słucha radia w sobotę między 6 a 9 rano.

O umówionej godzinie dziennikarka zadzwoniła, by przeprowadzić ze mną kilkuminutową rozmowę. Pierwsze pytanie i bum – poległam. Dała o sobie znać moja amnezja słowna, a stres tą zupełnie niecodzienną sytuacją sprawił, że nagle w moje głowie pojawiła się pustka. Na szczęście z każdym pytaniem było coraz lepiej. Po skończonej rozmowie nie byłam jednak zadowolona. Wydawało mi się, że nie pokazałam się ze zbyt dobrej strony. Gryzłam się tym nagraniem dobrą godzinę. Potem poszłam na spacer. Wdychając świeże wiosenne powietrze wytłumaczyłam sobie, że właściwie to nie mogło być tak źle. Po pierwsze, ktoś uznał, że jednak mam coś do powiedzenia. Po drugie, nawet jeśli bym się lepiej przygotowała do tej rozmowy nie powiedziałabym niczego więcej, ani mniej. Po trzecie, nie każdy ma okazję udzielić wywiadu dla ogólnopolskiego radia. Ostatecznie w audycji poszły tylko dwa zdania z mojej dość długiej wypowiedzi. Takie prawa radia.

Dzień po wywiadzie wcześnie rano siedziałam już w pociągu do Warszawy na nieoczekiwane zaproszenie hotelu Sofitel Victoria. Nie dość, że pierwszy raz od jakichś siedmiu lat jechałam pociągiem, pierwszy raz wyjechałam w dalszą podróż bez Mai, to jeszcze pierwszy raz miałam uczestniczyć w warsztatach pisania kryminałów. Na miejscu spotkania nie tylko czekał nasz ekspert – Katarzyna Puzyńska, ale również inna niespodzianka. Zupełnie nie poznałam mojej blogowej „psiapsióły” Agaty, która także przyszła na to blogerskie wydarzenie (jej wrażenia poniżej). Miałyśmy okazję nie tylko zwiedzić zakamarki wysokiej klasy hotelu, ale również czerpać inspirację ze wspólnych pomysłów. Przyznaję, że kryminały to nie moja bajka (ahm) i gdyby nie świetna grupa, której byłam częścią (z kryminalnie natchnioną Pauliną), nie wykonałabym żadnych zadań praktycznych… Więcej o warsztatach przeczytacie w świetnej relacji Agaty na jej blogu sarniezycie.pl.

Dwa tygodnie później kolejny raz siedziałam w pendolino do Warszawy, żeby przeżyć coś, na co dawno miałam ochotę. Chciałam zobaczyć, jak pracują dziennikarze i zobaczyłam. Nie dość, że dowiedziałam się, jak to wszystko wygląda, to jeszcze mogłam zobaczyć kulisy pracy sejmu. Całą relację przeczytacie TUTAJ. Jako że przez wyjazd nie mogłam uczestniczyć w moich zajęciach z reggaetonu poszłam w inny dzień na dancehall. Tak naprawdę dancehall był moim pierwszym wyborem, ale nie pasował mi termin zajęć. Po intensywnej nauce choreografii przekonałam się jednak, że to nie dla mnie. Energia zajęć była świetna (szacun dla instruktorki w ósmym miesiącu ciąży!), ale nie ogarniałam tych ruchów. Być może gdybym chodziła od początku semestru, byłoby inaczej. W każdym razie spróbowałam, odważyłam się i nawet przez chwilę nie było mi głupio, że jestem starsza o dziesięć lat od reszty i tańczę jak pokraka.

Na koniec miesiąca – jak zwykle spontanicznie – pojechaliśmy na wycieczkę do Wrocławia, gdzie naszym głównym celem było słynne zoo z Afrykarium. Pogoda była piękna, więc mogliśmy w pełni wykorzystać uroki tego miejsca. Maja była zachwycona i do tej pory wymienia zwierzaki, które dane jej było obserwować. Cały dzień we Wrocławiu spędziłam offline, co było naprawdę przyjemne. Muszę częściej się wyłączać.

A co niecodziennego przeżyły w marcu inne uczestniczki #12niecodziennych?

Agnieszka

Marzec zleciał tak szybko, że o nim zapomniałam.

W tym miesiącu miałam przyjemność być na Polskiej Nocy Kabaretowej. Pierwszy raz oglądałam kabarety na żywo i byłam naprawdę zachwycona. Ogrom śmiechu i dobrej zabawy.

Rozchorowałam się i pierwszy raz przeżyłam ten czas bardzo świadomie. Udało mi się głęboko wsłuchać w potrzeby mojego organizmu. Dzięki chorobie doszłam również do wniosku, że nabiał bardzo szkodzi mojej skórze i od jutra eliminuje go z jadłospisu.

W marcu równo z rozpoczęciem postu przestałam jeść słodycze w tygodniu. Pozwalam sobie na jedną słodką przekąskę w sobotę i jedna w niedzielę. O dziwo wytrwanie w moim postanowieniu nie sprawia mi większych problemów. Rozpoczęłam też kulinarną przygodę z prawdziwymi mięsnymi obiadami. Uczę się gotować, a efekty są zadowalające.

Planujemy ślub, wielki dzień coraz bliżej. W marcu zarezerwowaliśmy piękne autko i zamówiliśmy obrączki.

Kasia i Alfonso

kawacaffe.pl

Jeśli chodzi o nas to w marcu odwiedziliśmy Neapol.
To rodzinne miasto Alfonso, więc czas spędziliśmy głównie z jego bliskimi i przyjaciółmi, ale znaleźliśmy też czas na odwiedzenie miejsc, w których żadne z nas wcześniej nie było. Tym razem wybór padł na przepiękny Teatr San Carlo, akurat załapaliśmy się na próbę generalną baletu Kopciuszek.

Po powrocie wybraliśmy się do opery i to był mój debiut. Byłam mile zaskoczona, bo bałam się, że taka forma sztuki do mnie nie trafi.

Kontynuujemy też odwiedzanie nowych, pysznych miejsc w Krakowie. Tym razem wybór padł na „Portobello”. Wyszliśmy najedzeni, zadowoleni i z czystym sumieniem możemy polecić do miejsce miłośnikom kuchni włoskiej.

Na początku kwietnia wyjeżdżamy na urlop i chcielibyśmy spędzić go na tyle OFFLINE, na ile się da.

Karolina

pinchofsalt.pl

W marcu, w dużej mierze dzięki przypadkowi, pierwszy raz w życiu odwiedziłam polskie góry. Było cudownie!

Zazwyczaj wybieramy się w ciepłe miejsca żeby odpocząć, ale ponieważ zajmuję się zawodowo branżą turystyczną, dostałam od swojego szefa voucher na noclegi do wykorzystania za moją ciężką pracę w zeszłym roku (miło, prawda?). Kolega pokazał mi piękny pensjonat, który właśnie rozpoczął z nami współpracę. Zobaczyłam te zdjęcia i przepadłam.

Zresztą zobaczcie sami, to był widok na Giewont prosto z naszego balkonu, a rano na śniadanie w Willi Malinowej serwowano nam pyszne, domowe produkty. Często jeżdżę służbowo i nocuję w różnych hotelach, ale tak pysznych śniadań i takiej kameralnej, ale jednocześnie ciepłej i przytulnej atmosfery nie odczułam nawet w pięciogwiazdkowych hotelach.

Chodzenie po ośnieżonych/oblodzonych szlakach i odkrywanie piękna górskiej przyrody było super! Okazało się, że nie tylko ciepłe Morze Śródziemne może być pomysłem na urlop. Ponieważ nie lubimy turystycznych miejsc, do Zakopanego wpadaliśmy tylko na obiad i zakupy, staraliśmy się trzymać z dala od Krupówek, czy obleganej kolejki na Kasprowy. Zamiast tego zdobyliśmy Nosal i Morskie Oko (bez korzystania z wozów z końmi oczywiście), zajadaliśmy się naleśnikami z bryndzą, a wieczorami, zmęczeni, wygrzewaliśmy się w saunie.

To był cudowny, intensywny wyjazd. Na jesieni planujemy, zamiast last minute w ciepłym miejscu, spędzić urlop aktywnie w Bieszczadach.

Agata

sarniezycie.pl

Ten miesiąc był dla mnie szczególny – ostatnie tygodnie przed powrotem do pracy po urlopie macierzyńskim. Samo to jest już niecodzienne. Moje dni pochłaniały różne kwestie organizacyjne. Wcale nie jest tak łatwo przygotować wszystko do dużej zmiany, jaką jest powrót do pracy. Potrzebny był żłobek, zmiana rytmu dnia, a także uporządkowanie swoich emocji, bo – choć bardzo chcę wrócić do pracy – rozstanie z córeczką nie jest łatwe. W tym wszystkim starałam się znaleźć przestrzeń na nowe doświadczenia i pomysły. Takie oto niecodzienności odnotowałam w marcu.

Na początku miesiąca wzięłam udział w wydarzeniu „Tajemnica pokoju nr 7”. Gdy trafiło do mnie zaproszenie na te warsztaty literackie, w pierwszej chwili uznałam, że to pomyłka. Bo jak to: kryminały i hotel? Jak to się ma do mojego bloga? Później okazało się, że to nie tylko warsztaty, ale i spotkanie blogerów oraz możliwość pobycia turystą we własnym mieście! Postanowiłam skorzystać z okazji i była to świetna decyzja, bo spędziłam naprawdę udany dzień. Miłą niespodzianką na dzień dobry było spotkanie z Kasią z Droga do minimalizmu – choć jesteśmy w kontakcie, nigdy wcześniej nie widziałyśmy się na żywo. To był niesamowity zbieg okoliczności! Co do samego wydarzenia – było udane. Miałam okazję zwiedzić hotel Sofitel Warsaw Victoria, włącznie z apartamentem prezydenckim, a później wziąć udział w świetnych warsztatach z Katarzyną Puzyńską – nawet zaczęłam się wkręcać w kryminalne historie hotelowe.

Takich okołoblogowych niecodzienności było więcej. W końcu, z myślą o wiośnie, uporządkowałam kategorie na blogu, a nawet – z okazji Dnia Kobiet – zupełnie spontanicznie uruchomiłam kanał na youtube, żeby stworzyć tam playlistę dającą moc.

Skusiłam się też na udział w wyzwaniu fotograficznym organizowanym przez Dominikę ze Studio Miłość: autentyczna fotografia. Kobieca Foto Szkoła dała mi dużą dawkę pozytywnej energii, sporo nowej wiedzy na temat robienia zdjęć i pewności siebie. Znacznie lepiej się teraz czuję na Instagramie – zachęcam do zaglądnięcia na mój profil, a także wyszukania #kobiecafotoszkoła i obejrzenia zdjęć innych uczestniczek wyzwania.

Coraz więcej miejsca w mojej głowie zajmuje pomysł przejścia na zakupy bez opakowań. To będzie zmiana wymagająca wytrwałości i czasu. Wciąż jest wiele jednorazowych produktów (np.: pieluszki), których używamy. Sporą barierą jest wygoda… ALE krok po kroku chcę wprowadzać zmiany. To oznacza także rezygnację z zakupów online. Zaczynam od wymiany produktów w opakowaniach na te bez. Z naszych szafek znikają kolejno makarony w woreczkach, ryż w torebkach, a nawet mąka w papierowym opakowaniu. Ich miejsce zajmują słoiki, puszki, pudełka i płócienne woreczki, do których można kupić produkty na wagę. Tymczasem małe sukcesy za nami: dwukrotne zakupy w NAGIE Z NATURY oraz wymiana jednorazowych chusteczek na serwetki uszyte ze starych zasłon.
Wszystkie marcowe tematy pewnie będą wracać w kolejnych miesiącach, ale nie będą już niecodzienne;) Na kwiecień szykują się zupełnie inne niecodzienności…

Iza

Nie mogę uwierzyć, że ćwiartka roku już za nami… Ale z drugiej strony, jak popatrzę na minione tygodnie, z przyjemnością widzę, ile rzeczy się nauczyłam i jak #12niecodziennych pozwala mi rozszerzać horyzonty i poznawać nowe rzeczy.

W marcu nareszcie udało mi się zwiedzić Hydropolis, czyli niezwykłe, multimedialne muzeum wody. Chociaż słowo „muzeum” jest na wyrost, to bardziej takie interaktywne centrum nauki. Można się tu wiele nauczyć nie tylko o tym, co kryje się w głębinach mórz i oceanów, ale też jak ludzie i kolejne cywilizacje rozwijają się dzięki rzekom i kolejnym wynalazkom hydrotechnicznym. Na deser przejechałam się Polinką nad Odrą – z tej kolejki linowej łączącej oba brzegi korzystają głównie studenci Politechniki, ale jest też normalnym środkiem transportu dla mieszkańców. Choć działa od jesieni 2013 r., ja dopiero teraz zebrałam się i osobiście przekonałam, jak to wygląda.

Jednak zdecydowanie marzec zapamiętam ze względu na udział w warsztatach tapicerskich – też pierwszy raz w życiu. Było super, dużo się nauczyłam, odmieniłam stare krzesło (jak widać na zdjęciach; czeka mnie jeszcze odświeżenie drewnianej ramy). Jedno, czego żałuję, to tego, że miałam taki prosty model. O wiele więcej wyniosłabym z zajęć, gdybym musiała zmierzyć się z PRL-owskim „liskiem” czy innymi meblami, które wymagają więcej pracy i wiedzy. Ale wszystko przede mną.

Z kulinarnych nowinek – odkryłam pasztet z pieczarek. Ostatnio ćwiczę się w przepisach prostych, ale smacznych, a ten pasztet jest doskonały.

Ania

youcancallmeann.pl

Odkąd przeprowadziliśmy się z Przemciem do Warszawy, mam wrażenie, że nasze życie towarzyskie rozkwitło. Mamy gości dużo częściej, niż mieszkając w Krakowie.

Marzec dał nam się wyżyć kulturalnie. Wraz z naszymi gośćmi, udaliśmy się do miejsc zaklepanych przez nas do zobaczenia już jakiś czas temu. Najpierw wybraliśmy się do Mazowieckiego Parku Miniatur. Do końca miesiąca, oprócz wystawy stałej, można było udać się w wirtualną podróż na przedwojenny Plac Piłsudskiego, przejechać się wzdłuż niego dorożką, obejrzeć zabudowę z lat 30-stych. Rewelacja! Za każdym razem jestem pod wrażeniem, jak bardzo technika posuwa się do przodu i co można dzięki temu zobaczyć.

Kolejnym punktem było Centrum Nauki Kopernik. Po wcześniejszym kupieniu biletów przez Internet pojechaliśmy odkrywać sekrety nauki. Przedmioty ścisłe, robienie doświadczeń, rozwiązywanie łamigłówek to zupełnie nie moja bajka. Mimo tego na miejscu znalazłam wystawy, które mnie zaciekawiły i miło spędziłam czas.

Ostatnim miejscem, na zwiedzanie którego wybraliśmy się w marcu, był Stadion Narodowy. W tym przypadku, bilety kupiliśmy już na miejscu – nie było kolejek, a na zwiedzanie z przewodnikiem czekaliśmy ok. 30 minut. Zdecydowaliśmy się na trasę Poczuj się jak VIP. Ze wszystkich oferowanych, ta wydała się nam najciekawsza. Podczas półtorej godziny oprowadzania, siedzieliśmy na trybunach, weszliśmy do kilku lóż VIPowskich, oglądaliśmy z bliska stanowiska komentatorskie, zeszliśmy na poziom murawy oraz zwiedzaliśmy szatnie piłkarskie. Mimo tego, że nie jestem fanką ani piłki nożnej, ani naszej reprezentacji, to całkiem przyjemnie było zobaczyć, jak to na tym naszym stadionie jest.

Marzec, a przede wszystkim jego końcówka, rozpieszczał nas wiosenną pogodą. Jest coraz cieplej, słońce świeci coraz mocniej, a dni są coraz dłuższe. Innymi słowy, moje ulubione dni w roku (oprócz grudnia i Bożego Narodzenia) właśnie się zaczęły. W związku z tym faktem, zaczęliśmy coraz częściej i dłużej spacerować. A w Warszawie jest gdzie. Ostatnio wybraliśmy się na Pole Mokotowskie, które jest ekstra! Siedząc na ławce wśród tysiąca drzew, z daleka widząc wieżowce Śródmieścia i Pałac Kultury, czułam się jak w Central Parku. Z kolei spacerując po Łazienkach, odkryłam przejście do Zamku Ujazdowskiego. Cicho, spokojnie, widoki piękne, na pewno jeszcze nie raz się tam wybiorę.

Kolejnym, tym razem jedzeniowym, odkryciem tego miesiąca, jest naleśnikarnia Lalka. Byliśmy tam już kilka razy – jedzenie jest przepyszne, a ceny przystępne.

Ostatnią już, niecodzienną rzeczą marca (tą zdecydowanie dla ducha) było wyczajenie wydarzeń w Fotoplastikonie Warszawskim. O tym, że jest takie miejsce, wiedziałam już jakiś czas. Ale nie miałam pojęcia, że dzieje się tam tak wiele! Kilka tygodni temu, całkiem przypadkiem, na Facebook’u wyświetliło mi się spotkanie Duchy Warszawy. Okazało się, że jest to cykl realizowany właśnie w Fotoplastikonie. Prelegenci przedstawiają nieznane miejsca stolicy, opowiadają interesujące historie na ich temat, zdradzają tajemnice konkretnych obszarów. Tematem wykładu, na który poszłam, były przedwojenne kamienice Pragi. Spędziłam ten czas bardzo wartościowo i obowiązkowo idę na kolejne spotkania z tego cyklu.

***

12 niecodziennych rzeczy nie tylko dopingują nas do zbierania doświadczeń, ale również prowokują do poszukiwań i wychodzenia z własnej strefy komfortu. A co niezwykłego spotkało Was w marcu?

Przeczytaj także

  • Uwielbiam zoo we Wrocławiu! Mnie też czeka wywiad (jadę specjalnie do Krakowa) jutro i nie powiem, już zaczynam się stresować…:)

  • Ruda

    Też lubię „Portobello” w Krakowie. Mieszkam na drugim końcu miasta i bywam tam tylko, gdy mam co świętować. Miło się dowiedzieć, że ta restauracja zyskała uznanie Kasi i Alfonso.
    Ja w marcu poszłam pierwszy raz na milongę. Bałam się strasznie, że moja umiejętność tanga jest straszna i że nikt mnie nie poprosi do tańca, ale okazało się, że był to jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu i dał mi taki zapas endorfin, że wystarczył na cały nadchodzący tydzień.

    • No to pięknie! Podoba mi się, jak ktoś tańczy tango, ale sama w życiu bym się nie odważyła ;)
      Skoro tak polecacie to Portobello, to musimy tam zajrzeć. W weekend będzie ku temu okazja.

  • A ja zapomniałam do Ciebie napisać!
    Od połowy marca ćwiczę codziennie! rano jogę dla kobiet w ciąży (z wyjątkiem 2 kiepskich dni). Wstaję wcześniej i mam swoje 15 minut ;D Na początku trochę się nudziłam, bo wiadomo ashtanga moja miłość, ale teraz już cenię ten spokój ;)

    • O, to świetnie! Też ćwiczyłam jogę w ciąży, dawało mi to niesamowite ukojenie. A możesz przy okazji mi powiedzieć, co jest szczególnego w ashtandze? Nie jestem dobra w rozróżnianiu stylów jogi, wiem tylko, co to vinyasa, bo uwielbiam jej „taneczność”.

      • Ashtanga to taka dynamiczna i wzmacniająca forma jogi. Właściwie jest podobna do vinyasy, tylko, że tutaj cała niezmienna sekwencja (ok 1,5 h). Oczywiście (jak zawsze) oddech jest ekstremalnie ważny, ale można się porządnie spocić. Moja ukochana <3 Poszłam raz i się zakochałam na zabój ;P

  • Gratulacje! Świetna sprawa, z niecierpliwością czekam na relację :)