Różności

Po prostu to zrób. Jak radzę sobie z odkładaniem rzeczy na później

12/02/2017
Jak nie odkładać rzeczy na później

Ostatni wpis ukazał się dziesięć dni temu. To jedna z najdłuższych przerw na tym blogu. Nie chcę jednak pisać na siłę, bo ten blog ma inspirować  i z tego, co mi piszecie – inspiruje. Przygotowuję dla Was post, do współpracy przy którym zaprosiłam kilka osób. Większość z nich zgodziła się pomóc, jednak część poprosiła o chwilę czasu. „Daj mi kilka dni”, „postaram się coś przygotować do końca tygodnia”, „pomyślę nad tym”. Nie mam im tego za złe, broń Boże. Zdaję sobie sprawę z tego, że napisanie kilku zdań dla blogerki, której się dobrze nie zna, nie jest na górze listy priorytetów. Pokazało mi to jednak, że nie tylko ja odkładam rzeczy na później.

Pomimo usilnych starań bywam mistrzynią prokrastynacji. Całe życie słyszałam z ust mojej mamy jak mantrę „To co możesz zrobić jutro, zrób dziś”, ale bardzo rzadko byłam posłuszna tej mądrości. Wypracowania na polski zadane tydzień wcześniej pisałam zazwyczaj o 18.00 w przeddzień oddania pracy. Na kolokwium na studiach zaczynałam uczyć się najwyżej dzień przed nim. Nie wspominam nawet o teraźniejszych „dorosłych” zadaniach, które zdarza mi się odkładać na ostatnią chwilę. Bardzo tego nie lubię. Staram się trzymać w ryzach swojego wewnętrznego lenia. Podzieliłam się nawet moimi metodami w tym wpisie. Za każdym razem, gdy muszę sprężyć się z wykonaniem zadania na ostatnią chwilę, zdaję sobie sprawę, że przekładanie nie miało żadnego sensu.

Jakiś czas temu nawiązałam współpracę z inspirującym twórcą, który za pośrednictwem mojego sklepu chciałby sprzedawać efekty swojej pracy. Bardzo entuzjastycznie przyjęłam tę propozycję i obiecałam w ciągu kilku dni przygotować umowę o współpracy. Z uwagi na różne zdarzenia losowe nie udało mi się to, więc poprosiłam o kilka dni cierpliwości wyznaczając piątkową datę jako deadline. Na szczęście nie było pośpiechu, mogliśmy sobie pozwolić na elastyczność. No i nadszedł piątek. O ósmej zwyczajowo usiadłam do pracy, spojrzałam na listę rzeczy do zrobienia i zabrałam się za tę umowę. Stworzenie jej wraz z krótką konsultacją u księgowej zajęło mi czterdzieści minut. Odkładając te przygotowania miałam w głowie obraz wielkiego siedzenia, klepania, poprawiania, a tak naprawdę była to pestka. Zrobiłam, co miałam zrobić i z lekką głową mogłam wrócić do codziennych zadań. A to tylko jeden z przykładów, gdy sama przekonuję się, że nie warto było niczego odkładać. Że zrobienie dziś jest dużo lepsze niż zrobienie tego jutro.

Jak radzę sobie z odkładaniem na wieczne „później”?

Kiedy dostaję maila od razu na niego odpisuję. Jeśli tego nie zrobię, wiem, że wiadomość utknie gdzieś za nowszymi, lepiej widocznymi w skrzynce odbiorczej. Poza tym traktuję maile jak rozmowę. Jest akcja, musi być reakcja.

Jeśli mam coś do zrobienia zapisuję to na liście z konkretną datą. Kiedyś niczego nie zapisywałam, polegałam na dobrej pamięci, ale tak naprawdę każde zadanie wisiało nade mną smętnie. Jeśli zapiszę stojące przede mną zadanie na kartce, mam je częściowo z głowy. Ważny jej jednak ten nielubiany deadline. Bez konkretnej daty wykonania nasz cel wygląda jak jeden z elementów listy tysiąca rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Takie „umyć okna” bez dopisku „poniedziałek 13.02.” wygląda jak „iść na koncert Johna Legenda”.

Jeśli zadanie jest złożone czy skomplikowane staram się go gryźć po kawałku. Długie ślęczenie nad robotą mnie przeraża. Jeśli czas na to pozwala rozkładam realizację zadania na kilka etapów. Często też okazuje się, że robota nie była taka straszna i kończę przed czasem.

Jeżeli to, co mam zrobić, wyjątkowo mnie ekscytuje, zasiadam do tego od razu. Kiedy wykonam już pierwszy krok wkręcam się w temat i po prostu robię, co do mnie należy. Jeśli mam motywację, to po prostu z niej korzystam. Kiedy entuzjazm opadnie robota nie będzie już tak przyjemna, a przecież warto umilać sobie życie.

***

To teraz Wasza kolej. Jak radzicie sobie z odkładaniem rzeczy na później? A może jesteście jednymi z tych szczęśliwców, którzy tego nie robią? Zdradźcie mi swoje sekrety.

P.S. Ten tekst od tygodnia odkładałam na później. W końcu wstałam dziś rano, zebrałam notatki i po prostu go napisałam. Zajęło mi to trzydzieści dziewięć minut.

Przeczytaj także

  • Dobra jest zasada 2 minut – jeśli coś zajmuje mniej niż 2 minuty to robię to od razu. Jeśli nie, to zapisuję na liście zadań do zrobienia (Nozbe), a następnie wieczorem planuję trzy zadania na kolejny dzień. Działa :)

    • Wydaje mi się logiczne robić od razu rzeczy, które są błyskawiczne do wykonania. Z drugiej strony czasami trudno oszacować, ile czasu zajmie nam dane zadanie. Ale ważne, że ten system działa u Ciebie :)

  • U mnie głównie kwestia priorytetów, moich przede wszystkim. I wtedy czuję, że robię dobrze i nie mam wyrzutów sumienia. Maile, facebooki i inne rzeczy muszą poczekać.

  • Mam swoje listy na „Remember the Milk” i widget na telefonie ze spotkaniami i todos. Nie zostanę guru planowania i miss nieprokrastynowania, ale wystawiam sobie cztery z minusem :-)

  • Agata

    Mój sposób…. Nie myśleć, nie zastanawiać się. Wstaje i robię. Bez kombinacji 😄 plus lista rzeczy to do.

  • kpirozek

    Ja niestety odkładam często, ale miewam takie okresy, że się spinam i robię po kolei wszystko, co trzeba. Ważne są priorytety (moja praca wymaga dotrzymywania terminów) i ustalenie, kiedy mi się coś robi dobrze. czyli np. rzeczy wymagające skupienia robię z rana, bo mam świeży umysł, a drobiazgi w rodzaju takich na 2 minuty robię w bloku po południu, kiedy koncentracja już nie jest tak dobra, ale dobrze się wykonuje takie drobiazgi :)

    Zerknęłam na Twój instagram i zobaczyłam, ze nabyłaś dla córeczki piękny szydełkowy dywan ze sznurka. Właśnie się przymierzam do zrobienia podobnego i Twoje zdjęcie przekonało mnie, ze to moze się udać i fajnie wyglądać :)

  • Zazdroszczę wszystkim, którzy robią od razu wszystko to, co mają do zrobienia. Ja niestety jestem mistrzem odkładania wszystkiego na później, ale walczę z tym i muszę przyznać, że jest coraz lepiej. Lepsze samopoczucie, mniejszy stres i chaos (w głowie i wokół mnie) i wbrew pozorom – więcej czasu na pozostałe rzeczy.

    • O to to to! Też zazdroszczę, staram się spinać w sobie, ale nie zawsze się udaje. I tak jest już lepiej niż kiedyś. Dobrze wiedzieć, że nie jestem sama ;)

  • Ruda

    Mam listę, która częstokroć staje się coraz dłuższa i dłuższa… ale przynajmniej nie wpadam w panikę: co to ja miałam zrobić. Ostatnio gdy siadam przy komputerze i praca jakoś mi się nie klei to zbieram się resztkami sił i robię tylko to, co koniecznie muszę, a potem zabieram się do prac domowych (pracuję w domu). Zauważyłam, że siedzenie bezproduktywne przy komputerze działa dołująco, a po 8 godzinach udawania pracy mam jeszcze dom do ogarnięcia. A dzięki temu, że decyduję się, że postaram się zrobić 1 czy 2 punkty z listy – na dziś, a potem np. idę zmywać gary do kuchni… Czasem po godzinie i tak dochodzę do wniosku, że może jeszcze zrobię 3 punkt z listy, a potem zrobię obiad. A po obiedzie czasem zrobię 4 punkt. I tak po 8 godzinach pracy mam posprzątaną kuchnię i obiad na stole i jeszcze satysfakcję, ze coś jednak zrobiłam.

    • Stosuję podobne metody, inaczej człowiek by zwariował ;)

      • Ruda

        No tak, człowiek by zwariował, gdyby próbował być cyborgiem i siadał jak przy taśmie i pracował zadanie po zadaniu. Oczywiście, gdy coś takiego mi się udaje, to jestem z siebie dumna, ale staram się nie skupiać na tym, że w danym dniu nie mam takiego natchnienia.

  • Daga

    Mnie napędza nadmiar obowiązków i zajęć; jeśli mam ich dużo, to szybko działam i niczego nie odkładam, jeśli mam mniej spraw na głowie to zwalniam i wtedy jest mi ciężko się zmotywować.
    Masz swobodny styl pisania, gratuluję i pozdrawiam :)
    Daga
    http://sztukadobregozycia.blogspot.com/