Proste życie

Przestańmy gloryfikować bycie zajętym

22/01/2017
Przestańmy gloryfikować bycie zajętym.

Stop the glorification of busy. Przestańmy gloryfikować bycie zajętym. To hasło wpadło mi w oko kiedy leżąc na kanapie przeglądałam Pinterest. Maja właśnie dała się namówić na popołudniowa drzemkę, a ja skorzystałam z chwili ciszy, by odsapnąć. Po paru minutach odpoczynku stwierdziłam, że właściwie to powinnam zacząć gotować obiad. Przydałoby się też pozamiatać, ściągnąć pranie z suszarki i podlać kwiaty. Na mojej liście rzeczy do zrobienia widniało jeszcze parę punktów, które powinnam odhaczyć w czasie, kiedy dziecko śpi. Im więcej roboty wynajdywałam, tym większa panika mnie ogarniała i chwila odpoczynku zamieniła się w ogrom stresu.

A potem zdecydowałam się odpuścić. Mam prawo do nicnierobienia. Przecież od rana odhaczyłam już mnóstwo zadań. Napisałam post, wysłałam sklepowe zamówienia, pościeliłam łóżko, posprzątałam łazienkę i odpisałam na maile. Mam teraz prawo do chwili nicnierobienia. Jeśli przez godzinę nic nie zrobię, to świat się nie zawali. Obiad i tak będzie, kwiaty nie zżółkną, pranie nie wyschnie na proch, a zadania z listy można przesunąć na potem.

Zadajemy sobie zbyt wiele zadań, bo tak wypada, trzeba, należy. To trochę jak z rzeczami, które kupowaliśmy i gromadziliśmy, bo przecież były takie ważne, niezbędne i drogie. Potem trafiliśmy na minimalizm i udało nam się zracjonalizować ideę nieposiadania. Dlaczego tak trudno teraz zracjonalizować ideę zwykłego odpoczynku?

Nicnierobienie jest źle widziane. Wydaje nam się, że otoczenie oczekuje od nas narzekania na to, jak jesteśmy zajęci i zmęczeni, że nie mieliśmy nawet kiedy wypić porannej kawy czy zjeść porządnego posiłku. Stwierdzenie, że właściwie to mamy luzy, jesteśmy wypoczęci i zrelaksowani przyklei nam łatkę leserów, leni i obiboków. Chcemy być przecież widziani jako pracowici ludzie sukcesu z czystymi oknami i wyprasowanymi koszulami. Odkąd jednak to, jak nas widzą inni to nasz prawdziwy obraz? Czy okruszki na podłodze oznaczają, że jesteśmy brudasami? Czy zamówiony na mieście obiad przekreśla nas jako dobre gospodynie? A może wysłany dzień później mail oznacza, że nam nie zależy?
Są sprawy ważne i ważniejsze. Trzeba pracować, by zarobić, gotować, by zjeść, posprzątać, by dobrze mieszkać. Trzeba też odpocząć, by dobrze żyć.

Pozostańmy gloryfikować bycie zajętym. Mamy prawo do nicnierobienia. Dodajmy do codziennej listy zadań do wykonania leżenie, słuchanie muzyki, przeglądanie albumów, oglądanie widoków za oknem i – czemu nie? – nurkowanie w Pintereście. Świat się nie zawali, jeśli na chwilę pomyślimy o sobie.

Przeczytaj także

  • Kinia

    Właśnie czytam „Sztuka leniuchowania” i to najwolniej czytana książka w moim życiu bo na każdej stronie notuję i dostaję „objawienia”. Autor tłumaczy wiele zagadnień z których wynika stres, pośpiech, pęd i dążenie do więcej, szybciej, bardziej… Dodatkowo tłumaczy jak to się stało, że tyle mamy udogodnień (zmywarki, pralki, samochody, internetowe zakupy) a wciąż jesteśmy zajęci obowiązkami tak samo albo bardziej jak 50-100 lat temu. Polecam :)

    • Dziękuję za rekomendację! Na pewno poszukam tej książki. Czasami trzeba sobie przypomnieć różne oczywistości, żeby nas olśniło :)

  • paula m

    Jak to dobrze wiedzieć, że nie jestem sama ;)

  • Basia

    No na nic nie mam czasu! Słyszę wszem i wobec:-). A Ty to masz dobrze (bo jestem w domu z dziećmi), czas masz na wszystko – tylko, że cała logistyka zajmuje mi czas jak etat :-). Przestałam słuchać, bo później cudem się okazuje, że znajomi zostawiają dzieci na tydzień u babci bo czas odpocząć, a ja nie miałam nigdy niani, gosposi, kucharki, babci co przyjdzie podratować obiadem, posiedzi na feriach z dziećmi itd. Mój wolny czas to mój czas! Wygenerowany przeze mnie! Dzięki za ten tekst! Pozdrawiam! Basia.

    • Chyba wiem, o czym mówisz ;) Podobne przeświadczenie mają inni o pracy z domu. Niestety, nie zawsze jest tak różowo i nie leżę non stop do góry brzuchem. Nie możemy sobie pozwolić na wyrzuty sumienia z powodu odpoczynku, który jak najbardziej nam się należy. Pozdrowienia!

  • INKA

    Do takiej ciągłej pracy nakręcamy od małego już nasze dzieci. Jak moje dzieci były w wieku przedszkolnym, zauważyłam, że matki wynajdują im mnóstwo zajęć pozaprzedszkolnych, potem ciągnie się to w szkole. Dzieci chodzą dalej na różne zajęcia. A mają jeszcze lekcje do zrobienia. Ja zawsze byłam temu przeciwna, bo takie dziecko zbyt zajęte nie ma czasu na pobycie samo ze sobą i posłuchanie siebie, bo ciągle coś mu czas wypełnia i za niego załatwia problem życiowych wyborów, Ja wiem , że to można też inaczej zinterpretować, tzn tak, ze tym sposobem pokazujemy dziecku różne możliwości i umożliwiamy próbowanie różnych zainteresowań. Jednak ja będę broniła swojego zdania, ze dziecko zbyt zajęte ma za wiele na głowie, potem przekłada się to na ten pęd to bycia zajętym. A wydaje mi się że wielu ludzi chce być bardzo zajętym , bo to…trendy. Wtedy widać, jak dużo robi. Moje dzieci nie były zbyt zajęte. Myślę, ze dzięki temu nie mają żadnych problemów z osobowością, nauką itp. A ja mam chwile lenistwa = wypoczynku, bo mam szacunek do własnej osoby i własnego ciała. Pod tytułem „lenistwo” jest fitness ( bo robię to uwielbiam), spacery – można pomyśleć, kosmetyka – coś dla siebie, bo kto mnie będzie bardziej rozpieszczał, niż ja sama. Takie jest moje zdanie.

    • Kiedy w przeszłości uczyłam mniejsze dzieci byłam w szoku, że na hiszpański przyjeżdżają po szkole i jeździe konnej, a po zajęciach jeszcze jadą na basen. Już wtedy byłam pewna, że moim dzieciom nie zafunduję czegoś takiego i nadal mam takie postanowienie. Wyścig szczurów to nie dla nas :)

  • OlaUB

    Bardzo fajny tekst! Niestety to prawda, że w dobrym tonie jest być ciągle zajętym, zmęczonym, wręcz zajechanym. W moim przypadku dotyczy to przede wszystkim pracy. Mam wrażenie, że jeśli w mojej firmie ktoś przyznałby się, że pracy ma w sam raz, niektórzy współpracownicy spojrzeliby na niego potępieńczo, a gdyby dowiedzieli się o tym szefowie natychmiast zarzuciliby tego kogoś dodatkową robotą. Być zawsze w niedoczasie – oto sposób na funkcjonowanie w pracy. Staram się temu nie poddawać i celebrować chwilę zawodowego luzu wiedząc, że taki stan nie może trwać wiecznie. Niestety nie mogę się do tego publicznie przyznawać… Pozdrawiam!

    • No właśnie, „nie można się do tego publicznie przyznawać” co jest smutne. Ciekawa jestem, czy kiedyś to się zmieni…

  • Brawo! Tekst super, i inspirujący! :)

  • Kurcze… ŚWIĘTA RACJA! To chyba taki nasz pęd za tym by być jak najbardziej produktywnym, efektywnym powoduje w nas wyrzuty sumienia, kiedy chcemy sobie czasem odpuścić i pozwolić na leniuchowanie. Ja w każdym razie tak mam. Nawet odpoczywać nie umiem bez wyrzutów sumienia, bo powinnam czytać książkę a nie oglądać kolejny odcinek serialu. ;)

  • A ja przestałam robić listy „do zrobienia” i dzięki temu mam więcej tego leniuchowania, nie żebym nie wywiązywała się ze swoich obowiązków, mam wszystko zrobione, no może czasami kurz leży więc i ja leżę ?:P

    • Tak najlepiej! Ja niestety musiałam wrócić do robienia takich list, bo miałam momenty strasznej dezorganizacji w związku z moją pracą w domu. Ale nie daję się zwariować ;)

  • twomeaningfullives

    Hej, może byłoby dobrze do naszej codziennej listy „rzeczy do zrobienia” dodać czas na: krótką refleksję, odpoczynek, naładowanie się energią. I te punkty potraktować równie poważnie jak wszystkie inne. Dzięki temu wykroimy czas dla siebie, na dodatek zgodnie z harmonogramem. Rutynowo. Codziennie. Bez wyrzutów sumienia. Pozdrawiamy. Marta & Olek.

    • Tak jest, też coś takiego proponuję tym, którzy – tak jak ja – tworzą takie listy rzeczy do odhaczenia. Odpoczynek wpisać sobie w kalendarz i już :)

  • Zdecydowanie popieram. I mam wrażenie, że ostatnio ten trend się odwraca. Stało się wręcz modne pochwalić się nicnierobieniem :) Ale to dobrze, na zdrowie nam wyjdzie :)

  • Gosza

    jest trochę tak że to dzisiejszy świat wymusza na nas szybkie tępo życia, w dużej mierze sami też się nakręcamy ciągłą pracą, zajęciami nadprogramowymi, nadrabianiem zaległości w równych dziedzinach kultury… a czasem warto sobie powiedzieć nic nie muszę przez najbliższą godzinę

  • Mam dużo, dużo przemyśleń w tym temacie ostatnio. I trochę rozczarowań. Sama pracuję w domu i pilnuję swego czasu, gdy sprawy się spiętrzają, bardzo staram się rozluźniać plan dnia. A z drugiej strony, jako mama dwójki, która spędza z dziećmi samotnie większość dnia, trzymam pewne kwestie w ryzach, choć nie zawsze mam na to ochotę. Czasem to też odpuszczam, zdarza mi się. Niemniej wciąż towarzyszy mi uczucie pędu, a przynajmniej zadyszki.