Goście

Goście: Agata / Sarnie życie

25/11/2016

Jakiś czas temu Agata z bloga Sarnie życie przesłała do mnie wiadomość. Od słowa do słowa doszłyśmy do wniosku, że jesteśmy w podobnym punkcie naszej „drogi do minimalizmu” – uprościłyśmy przestrzeń i zaczęłyśmy porządkować w głowie. Skoro jesteśmy na podobnym etapie stwierdziłam, że byłoby dobrze wprowadzić na ten blog nowego gościa, który nie tylko pięknie, ale i mądrze pisze. Agata jest więc gościem idealnym.

***

Przychodzi facet do apteki i mówi: „Poproszę tabletki na chciwość. Tylko dużo, dużo, DUŻO!”. Swego czasu ulubiony żart mojego kilkuletniego syna, a dla mnie pretekst do rozmyślań o tym, jak leczyć chorobę nadmiaru i szybkości. Zadaję też sobie pytania o to, czy aby przypadkiem popularne lekarstwa nie stają się trucizną.

Do napisania tego artykułu skłoniła mnie wypowiedź Kasi, w której napomknęła, że odczuwa przesyt tematyką minimalizmu. Świetnie ją rozumiem, bo mam wrażenie, że artykuły i książki związane z minimalizmem pojawiają się niczym grzyby po deszczu. Z jednej strony to cieszy, bo oznacza, że coraz więcej osób wkracza na minimalistyczną drogę. Z drugiej – zastanawia: jakie wielu na tej drodze wytrwa?

Poszukujemy lekarstw na nadmiar. Na szybkie tempo życia. Na brak harmonii. Trochę tak jak niektórzy szukają środków przeciwbólowych albo kolejnej diety. I dostajemy je. Są dostępne zupełnie bezpłatnie na blogach lifestylowych lub (za niewielką opłatą) w czasopismach. Przyglądając się z boku trendom związanym ze stylem życia, widzę jak przez media – tradycyjne i społecznościowe – przetaczają się kolejne fale. Slow life, minimalizm, teraz hygge. To właśnie nazwy tych jakże pożądanych leków. Można się w tym zgubić.

Bloguję od ubiegłego roku, intensywniej od sierpnia tego roku, od chwili, gdy na świat przyszła moja córka. Zaczęłam pisać, żeby uporządkować swoje przemyślenia i poczynania na drodze do minimalizmu. Zaczęłam – jak pewnie wiele osób – od oczyszczania przestrzeni. W podstawowym wymiarze ta część jest już za mną, choć zostały jeszcze na mojej liście niedobitki w postaci księgozbioru do zminimalizowania.

Recept na to jak oczyścić przestrzeń jest masa. A co się stanie, gdy już tego oczyszczenia dokonamy? Możemy na tym poprzestać i czym prędzej przerzucić się na robienie domowych kosmetyków w stylu slow beauty. Albo poszukać innego pierwszego kroku w koszyku oznaczonym inną nazwą. Nadmiar pomysłów na to jak coś zminimalizować i ograniczyć jest swoistym paradoksem. Aż do przesytu możemy się karmić nowymi propozycjami i wizjami zrównoważonego, minimalistycznego, powolnego czy innego stylu życia.

Zamiast jednak pochopnie skakać z jednego tematu do drugiego, polecam poddać się ewolucji. Myślę, że nie jestem jedyną osoba, dla której oczyszczenie przestrzeni fizycznej uwolniło zasoby mentalne do myślenia o tym, jak zmienić życie. Z czasem spostrzegłam, że wiele treści, które poruszam na blogu mieści się w nurcie slow life. Dotarło do mnie, że wszystkie te zjawiska i nowe określenia przewijające się w kolejnych czytanych książkach (jestem nieuleczalnym molem książkowym), sprowadzają się do jednego: świadomego życia. Wybierania w zgodzie ze sobą, dawania sobie prawa do pomyłki i zmiany. Przecież nikt Ci nie zabroni kręcić tych slow peelingów! Sama to robię i sobie chwalę. Elementem świadomego życia jest jednak to, że – jeśli poddajemy się jakiejś modzie – zdajemy sobie sprawę, że tak jest, rozumiemy, co nas motywuje. Chętnie przywołuję w tej sytuacji słowa Eline Snel: „Nie chodzi o to, żeby być całkiem nieruchomym, ale o to, żeby zauważyć, kiedy coś się rusza”.

Przypomniała mi się jeszcze taka historia z obozu wędrownego. Rzecz dzieje się w Karkonoszach. Po wielu dniach wędrówki stajemy u podnóża Śnieżki. Wymęczeni, ale zadowoleni, że zrealizujemy kolejny punkt na naszej liście wyzwań. Pada standardowe pytanie: ile to zajmie? Podpowiedzi na tabliczkach gdzieś w połowie drogi mówią, że jeszcze 15 minut. Wchodziłam na tę górę kilkakrotnie i zawsze zajmowało mi to więcej czasu. Ale też zawsze była to szczególna wędrówka.

Bo właśnie w tym tkwi wartość: w naszej osobistej wędrówce. Czasami po prostu warto zapomnieć o etykietkach, które sprzedają blogi i książki. Przestać gonić za odwzorowaniem tych wszystkich trendów o obcojęzycznych nazwach. Zamiast stylu życia lepiej wybrać świadome życie i zobaczyć, kto podąży za nami.

Agata / Sarnie życie

Przeczytaj także

  • Bardzo mądrze powiedziane:) U mnie etap oczyszczania już za mną, teraz sobie żyję spokojnie, tak jak najbardziej lubię. Czasami łapię się na tym, że ktoś z boku może powiedzieć, że za spokojnie i za nudno. Ale zaraz sobie myślę, że to moje życie i zrobię z nim co zechcę. A chcę w niedziele jeść rodzinny obiad, chce iść na spacer. W tygodniu poćwiczyć sobie jogę, obejrzeć serial z mężem czy poczytać książkę przed snem;)

    • Podoba mi się Bogusiu, jak to ujęłaś: „teraz sobie żyję spokojnie, tak jak najbardziej lubię”. Ostatnio koleżanka zaskoczyła mnie pytaniem, czy biorę udział w jakimś wyzwaniu związanym z oczyszczaniem przestrzeni, bo jej zdaniem warto to robić co jakiś czas. Nie czuję takiej potrzeby – uważam, że solidne odgracenie+zmiana nawyków (nie gromadzenie od nowa) = właśnie spokój, o którym wspomniałaś.

      • :)
        Wyzwanie to można sobie samemu na początku stawiać, później to już naturalna kolej rzeczy.

      • Właśnie, nie jest sztuką wyrzucić pełno rzeczy, trzeba po prostu zmienić nawyki.

    • Tak! Żyć własnym życiem i już :)

  • Zgadzam się z oczyszczaniem przestrzeni, ale ja jakoś cały czas mam w domu pełno bibelotów. Choć to najczęściej materiały, które mogą posłużyć twórczej zabawie – guziki, skrawki materiałów, włóczki i tasiemki. Ale zanim „odgracę” moją przestrzeń przyjęłam zasadę – zanim coś kupisz nowego – kilka razy zastanów się czy jest Ci to naprawdę POTRZEBNE ? Działa świetnie. Bardzo często już stojąc przy kasie – po prostu odkładam na półkę i wychodzę.

    • Joanno, u Ciebie sporo tych bibelotów to chyba raczej warsztat pracy, prawda? To jednak co innego, bo domyślam się, że z tego korzystasz. Tak jak ja z ołówków – też się ich nie pozbywam, tylko zużywam :) Być może pomocna będzie dla Ciebie także zasada 1 wchodzi, 2 wychodzą. Czyli gdy kupujesz coś nowego, dwie rzeczy ze swoich zasobów oddajesz/sprzedajesz komuś innemu. Celowo piszę o 2 za 1, bo 1 za 1 nie posunie Cię do przodu przy minimalizowaniu. Powodzenia!

    • Świetna postawa :)

  • paula m

    właśnie to jest sendo, świadome życie, własne życie. problem w tym ,że od dziecka jest nam wpajane : tak trzeba, musisz to mieć, musisz tam być, musisz robić karierę, itd. bo jedyne, co musisz to tylko zrozumieć, że nie musisz ;)

  • mam to szczęście ze mama wychowala mnie w duchu minimalistycznym i zero.waste (ona nazywa to „normalne życie”). wiele lat tego nie docenialam, dziś wiele rozwiązań problemów „z nadmiaru” mam na wyciągnięcie ręki, bo sięgam do wspomnien z dzieciństwa. Jestem jej za to bardzo wdzięczna.

    • To się chwali, u mnie było wprost przeciwnie, jednak mam nadzieję wpajać idee prostego życia mojej małej :) Ciekawe, czy też kiedyś mi będzie za to wdzięczna ;)

      • życzę Ci tego :) choć mnie zajęło 23 lata aby sobie to uzmysłowić

    • Taka mama to skarb <3

  • Czy nie wydaje wam się to nieco ironiczne, że osoby związane z tematem minimalizmu/slow odczuwają trochę fatygę, kiedy to większa część świata nie zdążyła o tym trendzie dobrze usłyszeć? ;) Mam nadzieję, że ta „moda” jeszcze trochę jednak w mediach potrwa, bo jest bardzo pożyteczna.

    • Też wydaje mi się, że mimo czasami zbyt płytkiego podejścia do tematu minimalizmu („wyrzuć wszystko!”), to moda na niego daje do myślenia tym, którzy od zawsze słyszeli, że lepiej mieć więcej niż mniej. Sama należałam do takich osób, zanim nie poczytałam o co chodzi w tym całym upraszczaniu, to nie wpadłam na to, że można mieć mniej i lepiej się czuć.

      • Kiedy ostatnio powiedziałam głośno, że na każde wydarzenie, od opery po wesele chodzę w jednej z 2 sukienek cały czas bo nie uważam kupowania czegoś na 1 raz, koleżanka uznała, że coś jest ze mną mocno nie w porządku :)

    • Karo, może jest w tym jakaś ironia :) Ale więcej kognitywizmu – im bardziej się w czymś siedzi, tym więcej się tego dostrzega dookoła ;) I tak jak piszesz – jeśli tylko książki, artykuły i ludzie inspirują innych do bardziej świadomego życia, to jestem na tak! Tylko właśnie, żeby było tak jak pisze Kasia – świadomego, a nie ślepego podążania za jakimiś wskazówkami, które owszem pomogą się pozbyć rzeczy, ale niekoniecznie przyczynią się do zmiany myślenia.