Wokół szafy

Slow fashion a praktyka

24/06/2016

Moje jedyne buty na co dzień, które kupiłam za śmieszne pieniądze trzy lata temu, zaczęły dogorywać. Nic w tym dziwnego skoro w okresie od późnej wiosny do wczesnej jesieni nosiłam je praktycznie codziennie i biorąc pod uwagę fakt, że kupiłam je w obuwniczej sieciówce z butami o niezbyt wysokiej jakości, to i tak ogromny sukces, że jeszcze się nie rozleciały. Teoretycznie można w nich jeszcze chodzić, ale w praktyce wyglądają już tragicznie i to wstyd wychodzić w nich do ludzi. Za to sprawdzają się świetnie na budowie i tam jest ich miejsce. Parę tygodni temu zaczęłam poszukiwania nowych butów. Jak to się skończyło?

Nie miałam zbyt wygórowanych wymagań odnośnie nowych butów: miały być skórzane, miękkie, czarne lub granatowe, bez udziwnień, najlepiej od polskiego producenta. Poświęciłam kilka godzin w ciągu kilku dni, by znaleźć coś, co spełniałoby te wymogi. Po pierwszych nieudanych łowach zmniejszyłam wymagania – miały być miękkie, skórzane i ciemne. Nic z tego. Jeśli już coś mi się spodobało, to było albo za szerokie (mam wąską stopę), albo mój rozmiar już się wyprzedał. Wszystko inne było przekombinowane albo miało podeszwy twarde jak kamień. Obeszłam sklepy marek polskich i zagranicznych, sieciówki i sklepiki lokalne. Wszędzie ogromny wybór, a nie znalazłam tam niczego godnego uwagi.

Ostatecznie zdecydowałam się kupić kolejne niedrogie buty ze sztucznej skóry robione w Chinach. Są miękkie, mają klasyczny fason bez udziwnień i bardzo przyjemnie się w nich chodzi. Przypuszczam, że nie przetrwają tyle, ile ich poprzednicy, ale na teraz są dobre Być może w najbliższym czasie trafię na buty, które spełnią moje pierwotne wymagania, bo przecież wiem, że właśnie takie, porządne, są na lata. Moje skórzane sztyblety, które kupiłam rok temu, były jednym z moich najlepszych zakupów. Im bardziej są znoszone, tym bardziej mi się podobają; nic się nie odkleja ani nie rozpruwa, są wygodne i uniwersalne. Poza tym zostały wyprodukowane w Polsce – czyli spełniły większość moich wymagań zakupowych. Dla kogoś, kto od piętnastu par butów przeszedł do czterech, jakość i solidne wykonanie to bardzo ważna sprawa.

Założeniami slow fashion – czyli mody „powolnej”, świadomej – to poszukiwanie jakości, uniwersalności połączonej z etyką. Zakupy w stylu slow są świadome, przemyślane, poprzedzone wnikliwymi poszukiwaniami. Nie łączy się ze zgodą na bylejakość, ale często musi pogodzić się z kompromisem. Do zakupu butów podeszłam właśnie z tymi założeniami, ale – jak się okazało – musiałam pójść na spory kompromis. Niestety, oferta dostępnych sklepów często ma niewiele wspólnego z modą w stylu slow, bo wolą sprzedać tanio, a dużo. Takie są nawyki konsumenckie większości klientów, a i ci, którzy wolą slow – w tym ja – w końcu będą zmuszeni kupić mniej solidne wyroby.

Moja mama zawsze lubiła buty i kiedy tak patrzę na niektóre z egzemplarze sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat, które jeszcze trzyma w szafie, to żałuję, że nie mam stopy o rozmiar mniejszej. Jakość tych „staroci” a butów we współczesnych sklepach to niebo a ziemia. Podobnie jak producenci ubrań, twórcy butów chcą ich sprzedawać jak najwięcej i nie zależy im na tym, by ich wyroby były solidne i noszone przez lata. Jeśli rozlecą się po kilku miesiącach, to jest większe prawdopodobieństwo, że klient wróci szybko po nowe, a nie że będzie czekał kilka lat, aż te świetnie wykonane się rozczłapią.

Wydawałoby się, że całkowicie poległam na linii frontu zakupowego kupując coś, co nie grzeszy jakością. Nie gryzie mnie to jednak, bo wiem, że włożyłam sporo w trudu znalezienie ideału, którego (jeszcze) nie ma w sklepie. Wyższa potrzeba – bo nie miałabym w czym chodzić – skłoniła mnie do wydania pieniędzy na coś, co pasuje mi wizualnie i jest wygodne. Nasuwa mi się jedynie refleksja – czy już zawsze będą tak wyglądały nasze zakupy? Czy zawsze będziemy musieli iść na dalekie kompromisy, by znaleźć cokolwiek, bo oferta sklepów – stacjonarnych – nijak się ma do założonych przez nas wymagań odnośnie jakości i pochodzenia? A może powinniśmy zacząć być samowystarczalni, szyć własne ubrania, robić własne buty, składać sprzęty AGD, hodować zwierzęta i uprawiać warzywa? A może wystarczyłoby przestać godzić się na dziadostwo i tandetę?

Przeczytaj także

  • Ola

    Znam ten ból. Kiedyś obiecałam sobie, że będę kupować tylko ubrania świetnej jakości i przede wszystkim polskich marek. Poległam już na pierwszym zakupie – białym t-shircie z dekoltem w serek. Po pierwsze – znaleźć polską markę, która tworzy tego typu krój graniczy z cudem, po drugie – jak już znalazłam trzy marki, okazało się, że t-shirty są tragicznej jakości. Jak się skończyło? Kupiłam biały t-shirt z dekoltem w serek z dobrej jakości materiału w… H&M.

    • Ooo, znam to. W ogóle znaleźć zwykłe koszulki w serek, to jak wygrać na loterii ;) To jedyny pasujący mi fason dekoltu i mam problem.

  • Ja ostatnio chciałam pójść w jakość i zamiast kupić kolejne espadryle z hm za 40zł które rozpadają się po 2-3 miesiącach, zainwestowałam w zamszowe driving mocks…i obcierają jak nie wiem :( nie była to dobra decyzja, a miał być to minimalistyczny zakup na dłużej

    • No właśnie, wydawałoby się, że droższe = porządne, ale nie zawsze wygodne… sama kiedyś chciałam klasyczne espadryle, ale rzeczywiście ciężko takie znaleźć. Jak Ci się uda to koniecznie daj mi znać :)

      • Ostatnio gdzieś w internecie widziałam podeszwę do espadryli dla samodzielnego szycia obuwia. Żałowałam, że tak późno na to trafiłam, ale jeśli chcesz, to poszukaj, Kasiu – będziesz mogła zrobić takie buty, jakie zapragniesz :)

  • Alicja Trebinska

    Po pierwsze, chciałam się przywitać. :) Zaczęłam czytać Twój blog niedawno i pierwszy raz komentuję. Po drugie: „Nie miałam zbyt wygórowanych wymagań odnośnie nowych butów: miały być
    skórzane, miękkie, czarne lub granatowe, bez udziwnień, najlepiej od
    polskiego producenta”. Chyba jednak miałaś! Mam podobne wymagania wobec butów i zauważyłam, że w sprzedaży są głównie buty z materiałów sztucznych, twarde, z dużą ilością udziwnień i „made in China”. Ale zupełnie przypadkiem, w małym sklepiku trafiłam na buty polskiej firmy Helios. Skórzane, miękkie i super wygodne. Przymierzyła je moja mama i od razu poleciała kupić takie same (wróciła z kilkoma modelami z tej samej firmy). Chciałam Ci je serdecznie polecić. Helios ma słabą stronę, ale jego buty można zaleźć w różnych sklepach internetowych, np. tutaj http://bytomska12.pl/65_helios?p=2
    Powodzenia w poszukiwaniu ideału! Ja wierzę, że on istnieje, tylko czasami trzeba trochę szczęścia, żeby go odnaleźć. ;)

    • Z jednej strony to niby wygórowane wymagania, a z drugiej przecież nic takiego… Dziękuję za polecenie, gdzieś mignęła mi ta marka, przyjrzę jej się bliżej :)

    • Ola Russek

      Ja zauważam, że jak dokładnie wiem, co chcę kupić, to tego nigdzie nie ma! A nie chcę iść na kompromis :) W tym roku po kilku miesiącach (!) poszukiwań nowych butów wiosennych (w poprzednich zrobiła się dziura w podeszwie, więc już się nie dało w nich chodzić, bo się woda od dołu dostawała :) ) udało mi się kupić właśnie buty „helios” i są świetne!

  • Post o mnie :) Też szukałam butów na wiosnę-lato-jesień. Miały być z dobrego jakościowo materiału, starczyć na lata, być jasne i pasować do spódnic i spodni, no i pasować na moją nogę (rozmiar 35, co oznacza, że znakomitą większość marek mogę spokojnie omijać). Skończyło się na ciemnych espadrylach i to tylko dlatego, że szczęśliwym trafem została ostatnia para i to właśnie w moim rozmiarze. Ciężkie są zakupy slowerów :)

    • Rozmiar 35 – ja już nie wchodzę do sklepów, żeby się nie denerwować ;)
      Zimowe mam trochę za duże. Niby skórzane, dobre, trochę zapłaciłam, a niszczą się jak najtańsze.
      Na jesień i wiosnę mam skórzane, z miękką podeszwą, ale… brzydkie.
      Na lato sandały z działu dziecięcego – o dziwo udało mi się znaleźć nie różowe, bez kamyczków i bez księżniczek ;)
      A też wolałabym kupić jedne dobre na lata.

      • Właśnie. Jak są skórzane (i polskiej firmy najlepiej), to są potwornie brzydkie. Albo są ładne i szybko się niszczą, nawet jak są drogie. Tragedia.

        • No może nie zawsze tak jest, bo moje sztyblety są skórzane, ładne i polskie, ale często w sklepach wybór jest żaden, a klasycznych fasonów jak na lekarstwo.

          • To miałaś szczęście, że na takie trafiłaś :) Z mojego doświadczenia wynika, że to rzadkość, bo zawsze przynajmniej jeden z warunków jest niespełniony.

        • Skórzane i wygodne są prawie tylko w stylu „babciowym”.
          Mąż namawiał mnie na zamówienie butów ze skóry pod swój projekt (są już takie oferty w internecie), ale obawiam się, że za ceną nie pójdzie jakość i znowu będę rozczarowana.
          Kasiu, w jakich sklepach widujesz 35?

          • Też kiedyś myślałam o zamówieniu butów na wymiar, ale zastanawiam się, czy rzeczywiście byłyby takie idealne… kupowanie niejako w ciemno w przypadku butów u mnie się nie sprawdza. A co do rozmiaru 35 to już teraz nie pamiętam dokładnie (tyle sklepów przeszłam), ale chyba Ryłko i Wojas mają takie w ofercie, ale nie chciałabym skłamać.

          • Ruda

            Polecam kupowanie butów na wymiar w sklepach, które szyją buty do tańca. Oczywiście sprzedają określony typ butów, ale warto mieć wygodne szpilki – a oni potrafią je zrobić. Sama kupiłam na szpilce 8 cm i są niesamowicie wygodne. Buty do tańca oryginalnie mają na spodzie skórkę, więc nie można ich moczyć (więc również wychodzić na zewnątrz), ale o ile się orientuję, to można zamówić z innym spodem i buty są uniwersalne.

          • Buty do tańca – to jest myśl! Na pewno są wygodne. W Katowicach jest jeden taki sklep, kiedyś mnie kusiło, żeby tam zajrzeć i jeśli zniszczę moje szpilki, to na pewno tam zawitam.

      • Moja mama nosi rozmiar 35, więc domyślam się, co przeżywasz. Aczkolwiek jak na ironię, kiedy szukam butów w moim rozmiarze (37), to zostają tylko egzemplarze 42 albo 35 właśnie ;)

  • Też sporo się ostatnio nad tym zastanawiam, czasami z braku możliwości spełnienia wszystkich ustalonych kryteriów, godzę się na inny zakup. Najtrudniej niestety znaleźć polski produkt w rozsądnej cenie, która nie spustoszeje portfela.

  • szukałam sandałów, nie znalazłam niczego ciekawego – donaszam te, które mam. Sztyblety noszę od października do marca (z przerwą na kozaki jeśli jest śnieg), kupiłam je zimą 2008, „z wiekiem” nabierają sznytu. :)

  • No właśnie, też nie znoszę zakupów i wybieram się na nie w ostateczności… Ale może to i lepiej ;)

  • Anvariel

    W kwestii polskiego obuwia – znalazłam takie zestawienie, może się komuś przyda: http://wszystkocopolskie.blogspot.com/2014/09/polskie-firmy-produkujace-obuwie.html.
    Sama zamierzam się wybrać w poszukiwaniu kilku marek, żeby zobaczyć co to jest i jak się nosi.

  • Joanna Grochecka

    Buty… Mam lekkie halluksy, szerokie stopy i paznokcie rosną mi „do góry”, przez co zakup obuwia to udręka nawet z pospolitym 37/38. Źle dobrane to stracone paznokcie po dłuższym spacerze. Do tej pory stawiałam na buty Lasocki z CCC, ostatnio kupiłam Inblu.

  • Justyna

    Koniec tekstu najlepszy bo kiedyś tak było, że się wszystko samemu robiło :) Moja babcia umiała szyć, dziergać, szydełkować itp. mój dziadek zaś był szewcem i robił buty. Mieli duży ogródek w którym uprawiali mnóstwo warzyw i owoców. Nawet mieli króliki jakiś czas. Tak naprawdę to byli w dużej mierze samowystarczalni.
    Potrafili wiele rzeczy naprawić ( mój dziadek radia) , meble odnowić
    ( babcia)
    To były czasy i jakie pożyteczne umiejętności.

    • Właśnie, kiedyś umiejętności szycia i majsterkowania uczono się od małego, w gronie rodziny, teraz to wszystko zanika. Ja mam straszną ochotę nauczyć się szyć i może po przeprowadzce pójdę na kurs.

      • Justyna

        Miło coś takiego czytać,że ktoś garnie się dziś do szycia itp.Ja też mam zamiar nauczyć się przynajmniej podstaw szycia( skracanie, zwężanie itd.) Ostatnio jestem też na etapie przypominania sobie podstaw dziergania(kiedyś babcia mnie uczyła robienia na drutach)
        Życzę wytrwałości bo wiem że to bardzo potrzebne,a czasu z małym dzieckiem zawsze mało.

        • Ooo, i robić na drutach też bym się chętnie nauczyła. Obawiam się jednak, że mój brak zdolności manualnych uniemożliwi uzyskanie zadowalających efektów, ale co szkodzi spróbować ;)

      • Zanim pójdziesz na płatny kurs, poszukaj materiałów w internecie. Może na allegro lub na olx trafi Ci się jakaś fajna, używana maszyna na której będziesz mogła stawiać swoje pierwsze ściegi ;)

        • W lokalnym domu kultury można uczęszczać na darmowe kółko krawieckie, panie podobno wszystkich wszystkiego uczą no ale trzeba mieć maszynę. Moja mama ma, ale taką, która waży chyba z 500 kilo, więc jeśli już kiedyś się zdecyduję, to raczej poszukam czegoś mniejszego :)

  • Wszystko możemy robić sami. Tylko najzwyczajniej nie mamy na to czasu! O to chyba chodziło we współczesnej gospodarce, żeby za pieniężny ekwiwalent kupić odpowiadający nam produkt wykonany przez znającego się na własnej branży specjaliście. Szkoda tylko, że już nie tylko dobra jakość się liczy, ale też mamiąca reklama i niekończące się zwiększanie sprzedaży, żeby zadowolić inwestorów. Nie godzę się na słabą jakość, ale tak jak Ty czasem nie mam wyboru.

    • Z jednej strony fajnie byłoby wszystko zrobić samemu, ale z drugiej wychodzę z założenia, że każdy z nas ma jakąś specjalizację i możemy się tymi umiejętnościami wymieniać, za pieniądze czy nie. Mogłabym nauczyć się szyć, żeby uszyć sobie wymarzone ubrania, ale mogę też to zlecić doświadczonej krawcowej, bo się na tym zna. Ta sama krawcowa może kupić sobie książkę do hiszpańskiego i próbować się nauczyc, ale może też zwrócić się do mnie o pomoc, bo się na tym znam.

      • Dorota Czopyk

        Może właśnie o to chodzi by tyle ile możemy zrobić samemu, a resztę komuś zlecić. Zamawiając ubranie u krawcowej, a buty u szewca możemy bezpośrednio docenić czyjąś pracę, uczciwie za to płacąc. Przy okazji możemy dokładnie wytłumaczyć czego chcemy. Kasiu – poszukaj dobrego szewca! Jeśli zrobi Ci buty będzie też umiał je naprawić, gdy coś się zepsuje… Trzymam kciuki.

        I jeszcze pytanko: czy cztery pory roku obskakujesz w 4 parach butów. Ja jako dziecko miałam pionierki, sandałki i trampki – starczało na cały rok! Teraz trudno mi zejść poniżej 10 par. :(

        • Doroto, zgadzam się z Tobą w 100%.
          Odnośnie moich czterech par butów – tak jakoś wyszło, że po porodzie odrzuciłam wszystkie moje szpilki i przez cały rok „bujam się” w czterech parach butów: zimą kozaki, jesienią i wiosną sztyblety, latem plaskacze (jak na zdjęciu) i jedna para czarnych szpilek na wyjątkowe okazje. W zeszłym roku rozpadły mi się sandały i nadal poszukuję idealnych…

          • Dorota Czopyk

            Pionierki na zimę, przejściowe cichobiegi, balerinki na elegancko, 2 pary sandałów na lato (sportowe + eleganckie), kalosze do pola, sportowe buty w góry, buty do biegania, wpinane buty na rower… Wszystkie używam aż całkowicie je wytrę, kolejnych staram się nie kupować lub łączyć zastosowania, ale i tak szlag mnie trafia, że tyle tego jest… :(

          • A widzisz, nie policzyłam butów do biegania i gumiakow do pracy w ogrodzie, ale to nie są zwykłe buty ;) ilość którą wymienilas nie jest jakaś straszna. Poza tym wszystkie wykorzystujesz, a to najważniejsze. Nie ma co przesadzać z tym minimalizmem :)

  • wiola

    Wiem wiem napisałaś to dla mnie. Jestem miłośniczką butów. Noszę je długo i ich nie niszczę więc,tak jak Ciebie interesują mnie solidne skórzane buty. No i klops! jeśli miałabym być szczera w tym roku na sezon wiosna lato potrzebowałam dwóch pach. Balerinek i butów na gorszą pogodę. O ile na gorszę pogodę udało mi się upolować coś w CCC, to z balerinami była katastrofa. Nie przesadzę jeśli powiem, że byłam na zakupach może pięć razy i nic (dwie pary miałam już w domu, ale oddałam do sklepu po przemyśleniach). I co? trafiłam na bazarku (Tarchomin) do takiego niepozornego sklepiku, który ma dużo marek butów komfortowych, tylu Clarks, Marco Tozzi itp. Udało się kupiłam baleriny firmy TAMARIS. W czym był problem? mam rozmiar 39 – aby stopa wyglądała zgrabnie w takich butach muszą być bardzo dobrze zaprojektowane. Nie służą mi modele w szpic, ani buty całkowicie płaskie. Często duży palec opiera mi się na czubku buta, albo but ciśnie mnie od góry w paznokieć. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że kiedyś nie miałam takiego problemu 39 było 39, stopa mi się mieściła, nic mnie bardzo mocno nie uwierało. Zdarzały się czasami obtarcia, ale to nieuniknione. Pozostawało tylko wybrać fason. Dziś butów jest pełno w sklepach, tylko to jest takie byle co. Nie mówiąc o farbujących stopy wkładkach i twardych materiałach. PS. jeśli mogę Ci coś polecić, zerknij na mokasyny marki Badura.

    • U Badury nic nie znalazłam niestety, U nich 37 szybko znika, a czasami jest za duży… No koszmar z tymi butami ;) ale jak widać nie jestem sama.

  • Moja mam dalej w zgodzie z idea totalnej samowystarczalności ma na strychu mase zepsutych robotów kuchennych, od których moze przecież kiedyś odmontowac kabel. Pelno srub i srubeczek :) Trochę sie z tego śmieję, a trochę podziwiam, bo ona faktycznie sama naprawia mase rzeczy. Taki bohater we własnym domku :) Co do zakupów, hmmm… Ostatnio coraz zadziej godzę się na kompromisy, choć nie ukrywam, że sie zdarzają. A butów już chyba rok nie kupowałam, dalej znaszam to co kupiłam kiedyś. Z reszta, kupno butów to nie taka lekka sprawa, miałam ostatnio jedno podejście i poległam :)

    • Fakt, moi rodzice też mają pełno jakichś deseczek, śrubeczek, końcówek i wiele naprawiają własnym sumptem, ale naszemu pokoleniu chyba brakuje a) umiejętności b) chęci naprawy. Jesteśmy nauczeni, że coś się zepsuje = kupujemy nowe. A szkoda.