Oczyszczanie przestrzeni Proste życie

Zmora odpowiedzialności za rzeczy

24/03/2016

Im bliżej przeprowadzki, tym mam większą ochotę na definitywne pozbywanie się niepotrzebnych rzeczy z mieszkaniowych zakamarków. Jest ich jeszcze sporo, ale myśl o tym, że muszę znaleźć im nowy dom skutecznie zniechęca mnie do tego, by się nimi zająć. Och, jak by było łatwo, gdyby można było ot tak, wszystko wyrzucić bez konsekwencji i wyrzutów sumienia. „Wyrzuć wszystko, co nie przynosi ci radości” pisze Dominique Loreau w swoich książkach o prostocie. Oczywiście, „wyrzucić” to często skrót myślowy, ale jestem przekonana, że wielu ludzi po lekturze tych i podobnych książek po prostu wyrzuciło część stanu posiadania na śmietnik. No bo p. Loreau nie napisała „oddaj, sprzedaj, przerób” tylko „wyrzuć”, a to takie proste.

Pendrive’y, zniszczone teczki, wsuwki, gumki, plastikowe bransoletki, ozdobne pojemniki (mnóstwo pojemników), kilka przyborów kuchennych. Te i inne rzeczy w świetnym stanie (głównie książki i płyty) czekają na kogoś, kto je przygarnie, ale idzie to dość opornie, bo przecież na świecie mnóstwo jest podobnych przedmiotów i pewnie mnóstwo osób, które tak, jak ja, nie mają serca ich wyrzucić, tylko kombinują, co z nimi zrobić. O ile książki i płyty można oddać do biblioteki czy innych miejsc użyteczności publicznej, to nie wiem, kto przyjmie plastikowe łyżki do sałatki czy słoiczek z ozdobnym wieczkiem o pojemności 0,7 litra. Są takie rzeczy w naszych szafach, o których się filozofom nie śniło i to one spędzają sen z oczu „nawróconym” na minimalizm. Trzy tacki-organizery do szuflady, które kiedyś służyły mi do chowania licznych gadżetów do makijażu, lekko podniszczone albumy na zdjęcia i skórzany wizytownik pojawiły się już na kilku wyprzedażach garażowych i nie znalazły nowego właściciela. Czy to oznacza, że muszą skończyć na wysypisku? No chyba nie. Leżą więc cierpliwie w pudełku rzeczy niepotrzebnych obok wystawionych sto lat temu na OLX oryginalnych płyt z muzyką R&B i czekają. A ja mam już dość tego balastu, który oczywiście sama sobie sprawiłam, i coraz częściej korci mnie wynieść to wszystko na śmietnik i mieć z głowy problem. Obawiam się tylko, że nabawię się poczucia winy, że to dobre rzeczy były i mogły służyć innym. Czasem mam wrażenie, że mogłabym pół domu wyrzucić, bo z ostatnich obserwacji wynika, że – zgodnie ze słynną zasadą Pareto – korzystamy tylko z 20% rzeczy przez może nawet więcej niż 80% czasu. Tylko co potem robić z tą niepotrzebną połową domu?

Czyżby sławne „kiedyś mi się przyda” przeszło na „kiedyś komuś się przyda”? Czy to w ogóle ma sens? Czy już nigdy nie pozbędę się niepotrzebnego rzeczowego balastu? Jak wybrnąć z tej niby niezbyt ważnej, a jednak prawdziwie dręczącej sytuacji? Być może to nienajlepszy pomysł, jednak jeśli do czasu przeprowadzki nie znajdę chętnych na wspomniane przedmioty, to po prostu wystawię je pod śmietnikiem i kto będzie miał ochotę, coś sobie wygrzebie. Mieszkamy w takiej okolicy, że często to, co wystawimy znika po dziesięciu minutach, więc jest spora szansa, że te pierdółki też znajdą swojego amatora. Jeśli nie, to pewnie nawet się tego nie dowiem. Zależy mi jednak na tym, by do nowego domu nie zabierać starych śmieci – rzeczy, które teraz ciągną mnie w dół, zabierają cenną przestrzeń i przede wszystkim – potrafię bez nich żyć. Świadomość odpowiedzialności za stan posiadania potrafi być zmorą.

Zastanawiam się, czy Wy też macie / mieliście podobne problemy? Jak sobie poradziliście z rzeczami, których nikt nie chciał? A może wyrzucanie na śmietnik to nie jest aż taka zła rzecz, jak mi się wydaje?

Przeczytaj także

  • Basia

    Witaj. U mnie początki odgruzowywania dla większości rzeczy oznaczały śmietnik :/ Ale potrzebowałam oczyszczenia a takiej ilości rzeczy (kilka jeśli nie kilkanaście worków po 120l) raczej nie udało by mi się przekazać dalej w sensownym czasie. Teraz, gdy mam tego wszystkiego mniej kombinuję trochę bardziej, ale tylko z rzeczami w dobrym stanie (zwykle trafiają do Caritasu bo mam nie daleko), te podniszczone, trafiają na śmietnik.

  • wKolorzeBlueee

    Jakie płyty R&B Ci zalegają? O ile lubuje się w minimaliźmie, o tyle kolekcja moich płyt wciąż rośnie i ani myślę z niej rezygnować:) Być może byśmy się tutaj uzupełniły:)

    • R. Kelly, Nelly i trzecia płyta Johna Legenda (jakoś nie przypadła mi do gustu). I Timbaland. No trochę tego by się nazbierało ;) jakby co to proszę o maila.

  • Michalina Rychcik

    Mam dokładnie to samo. Niedługo sie wyprowadzam, a mój pokój i szafa to kompletne graciarnie. O ile książki mi nie przeszkadzają, to porcelanowe słoniki, skarbonki i inne bajery, bardzo. Nie wiem co z tym zrobić, nie sprzedają się, a wyrzucić szkoda.
    http://would-be-vikings.blogspot.com

  • Kasia Wu

    Nie mam takich problemów. Mam męża za to, on obskakuje przeżywanie każdej dziurawej skarpetki trafiającej do kosza.

    • Nie mam problemu z wyrzucaniem rzeczy zepsutych i zniszczonych. Wyrzucanie przedmiotów w dobrym stanie wydaje mi się nie tylko marnotrawstwem, ale też bezsensownym wypełnianie wysypiska śmieci.

  • Ja regularnie czyszczę swoją przestrzeń z niepotrzebnych rzeczy i nienoszonych ubrań i niejednokrotnie już miałam sytuację, w której jednak dana rzecz by mi się przydała ;). Więc może to: „kiedyś się przyda” ma czasem sens? :)
    Ale pozbywać będę się dalej, bo jednak magazynowanie jest gorsze niż ten brak raz na jakiś czas :).

    • Ja przeszłam już fazę „przydasiów”, nie trzymam już nic „bo się przyda”, trzymam, bo nie mam komu dać, mało kto chce kupić, a wyrzucić szkoda…

      • Justyna Z

        Przede wszystkim, dzięki za świetny tekst! Widzę, że wszyscy mamy podobne problemy :) Ja od jakiegoś czasu próbuję odgruzować swoją przestrzeń – z różnym skutkiem…

        Co do Twojego problemu z kuchennymi gratami to chyba nie jest tak źle… w zasadzie przydadzą się wszędzie gdzie się gotuje – ośrodki dla bezdomnych, jakieś świetlice? Wystarczy zadzwonić :)

        A ja mam inne pytanie z tej tematyki: ktoś ma pomysł co zrobić z pełną piwnicą różnego rozmiaru słoików?? Będę wdzięczna…

        • Rzeczywiście, ośrodki pomocy społecznej mogą potrzebować tego typu akcesoriów. Co do słoików to sama chętnie się dowiem, czy ktoś ma jakieś pomysły. Nie chomikuję szkła, ale zawsze warto zbierać pomysły na alternatywne wykorzystanie zasobów.

          • Justyna Z

            Poczekaj jak będziesz mieszkała w domku :) My też nie chomikowaliśmy, ale teraz jest pod nosem piwnica i tak się te słoiki rozmnożyły…

          • Hehe właśnie dlatego nasz domek jest mały ;) nie ma piwnicy, a spiżarnia będzie mikroskopijna. Poza tym, nie mam ciągoty do robienia przetworów, ale kto wie… ;)

  • Rozumiem ten ból doskonale. Przedmioty, których nie potrzebuję, ale przecież nie wyrzucę. Odpowiedzialność za swoje zakupy, a jeszcze bardziej za otrzymane prezenty. I jeszcze zabawki z dziecięcego pokoju. I wszystko inne. Nie lubię wyrzucać. Mam problem ze znalezieniem adresatów. Dobrze, że dzięki temu teraz jestem na tyle mądrzejsza, że chociaż próbuję mniej kupować.

    • Też bardzo mało kupujemy dzięki nabraniu świadomości tego, co naprawdę potrzebne (i dzięki takim sytuacjom jak ta – trzeba się zająć niepotrzebnymi rzeczami). O ile zabawki można oddać np. do Domu samotnej matki, to jakieś przybory kuchenne czy inne „domowe” pierdółki bywają problematyczne. Ale w sumie dzięki komentarzom tutaj nabrałam większej energii, żeby się ogarnąć, nie biadolić i po prostu poszukać nowych właścicieli dla tych zalegających „gratów”. Dzięki, dziewczyny :D

  • Justyna

    Hasło „wyrzuć” mało ekologiczne i przyjazne środowisku. Owszem nie zawsze udaje się oddać w dobre ręce i tym podobne, ja też mam dylematy co zrobić z czymś nieprzydatnym. Jakie znaleźć rozwiązanie?

  • Ja jestem przedstawicielką radykalizmu i robię dokładnie tak jak radzą Loreau czy Kondo.
    Wyrzucam wszystko i bez śladu sentymentu. Sprzeczam się czasem z moją lepszą połową, która nie jest już chomikiem, ale wyrzuca niechętnie (a może jednak pojeżdżę na tej deskorolce której nie wyciągnąłem z szafy od 3 lat?). Mówi na przykład, że coś było drogie. Tak, ale skoro nie jest mi już potrzebne to nie odzyskam za nie pieniędzy.

    Wszystko (ubrania, elektronikę, przydasie których już w moim domu już nie ma) wystawiam koło naszej altanki śmietnikowej – zazwyczaj po godzinie czy dwóch rzeczy znajdują nowych właścicieli i już ich nie ma. Może to jakiś pomysł? :)

  • Kasia / drogadosiebie

    Witaj Kasiu. Piszesz dokładnie o tym samym, o czym wspomniałam wczoraj na mym blogu w tekście „Być jak chomik „. Znam doskonale to uczucie bezradności, gdy stoisz przed stertą różnych rzeczy, zupełnie dobrych, których ty nie potrzebujesz i zupełnie nie wiesz, co z tym fantem zrobić. Wyrzucić na śmietnik, to po pierwsze prawdziwe marnotrawstwo, z drugiej strony nie masz sumienia. „wzbogacać” zawartości wysypiska śmieci o kolejne przedmioty. Część rzeczy udało mi się przekazać m.in do Mops-u, który ma tylu podopiecznych, że „wchłania” wiele darów jak gąbka. Nie wiem już ile wielkich worów do nich trafiło- z ubraniami, pościelą, kocami, zabawkami, kartony pełne naczyń, przyborów kuchennych, nawet wózek- spacerówka po mych dzieciach… Oczywiście zanim cokolwiek do nich zawiozę, upewniam się przede wszystkim, w jakim stanie są te rzeczy oraz czy Mops te rzeczy przyjmie. Do tej pory niczego nie odmówili. Książki trafiły do biblioteki miejskiej i szkolnej. Dwa kartony pełne (nowych!!) papierowych serwetek zabrały panie z przedszkola. Teraz jeszcze mam pełno różnych nici, guzików, włóczki i innych dodatków krawieckich – pewnie trafią do Warsztatów Terapii Zajęciowej, które są przy naszym Mops-ie.

    • Super! Przekazywanie dalej jest świetne :) oddawalam rzeczy w wiele miejsc, ale do mops jeszcze nie. Dzięki za podpowiedź :)

  • Nemesis Nave

    Ciuchy do kontenerów pck, książki płyty – jak pisałaś do biblioteki, plastikowe łyżeczki etc – skup tworzyw sztucznych :) Nie sądzę, by plastiki się komuś przydały, a tak choć zostaną zrecyklingowane. Pudełka – może znajomi, albo przedszkola (jako schowki na zabawki/kredki)?

    • Ubrania i buty to rzeczy dość proste do pozbycia się, wszystko poszło do PCK, a teraz nie mam przypadkowych ubrań. Co do skupu to podobny efekt pewnie uzyskamy wrzucając plastiki do kontenera z myślą o recyklingu :)

      • Nemesis Nave

        Masz rację – myślę, ze po prostu nie ma się co zadręczać tymi plastikami, zwłaszcza, że większości rzeczy jak piszesz już znalazłaś „nowy dom” :)

  • Ania

    Od kiedy wkręciłam się w temat minimalizmu i zaczytywania się w blogach takich jak Twój, po przeczytaniu „Magii sprzątania”, „Podręcznika minimalisty”, „Minimalizmu po polsku”, łykam właśnie „Mniej” Marty Sapały dochodzę do wniosku, że pojęcie minimalizmu jest bardzo dwojakie. Z jednej strony wspólny mianownik, czyli sam fakt posiadania mniejszej ilości dóbr materialnych i przy okazji mniejsza ilość bardziej przemyślanych zakupów, a drugiej strony dwa nurty – pozbyć się wszystkiego co w danej chwili niepotrzebne, szybko sprzedać, oddać czy wyrzucić, dziękując rzeczom za ich przydatność lub nie. A z drugiej strony minimalistyczne ale ekologiczne podejście do niekupowania i do wykorzystywania rzeczy już posiadanych. Bo jak już coś posiadamy to po co to wyrzucać jeśli może nam służyć jako coś innego. W końcu już raz wydaliśmy na to pieniądze. I ten fakt mnie nurtuje. To trochę jak z kupowanie modnego obecnie czytnika do ebooków. Z jednej strony wyrzucamy/sprzedajemy/oddajemy książki tylko po to, żeby znów za nie zapłacić w postaci ebooka. A przecież jak już oddajemy książki to sami zacznijmy chodzić do biblioteki – tam książki są za darmo. To samo mogę powiedzieć o domowych gratach. Zepsute obuwie łatwo wyrzucić, ale co zrobić ze stertą podniszczonych podkoszulków. Wyrzucić? Może i lepiej nie zagracać przestrzeni, ale czy aby za chwilę nie kupię kolorowej szmatki do kurzu z mikrofibry (bo ekologiczna), zamiast przerobić bardziej ekologicznie i ekonomicznie stare podkoszulki na szmatki czy komin na szyję. To samo stare pojemniki – dzieciom kupujemy kolorowe foremki, a zgrabne pojemniczki lądują w koszu. Jednak wykorzystywanie starych rupieci trwa często miesiącami albo latami i nie zawsze mamy pomysł jak coś wykorzystać. Należy to zatem bezwiednie wyrzucić? Nie do wszystkiego ustawiają się kolejki chętnych. Gdzie zatem jest ta granica? :)
    A apropo przeprowadzki to hasło „w domu wszystko wam się przyda” jest bardzo przesadzone i trzeba uważać żeby przeprowadzając się do nowego miejsca nie nabyć przypadkiem jeszcze więcej szpargałów niż się miało :)

    • Aniu, dziękuję Ci za ten obszerny komentarz. Oczywiście masz rację, przerabianie i korzystanie z tego co się ma jest najbardziej optymalne (moje najlepsze ścierki są ze starej koszulki męża). Jeśli jednak ktoś ma dużo rzeczy to musi czegoś się pozbyć, by nie czuć się dalej przytloczonym. Poza tym wydaje mi się, że jest ograniczona możliwość recyklingu niepotrzebności – czy warto z 30 nienoszonych koszulek robić 300 ściereczek? Kiedy je wszystkie wykorzystamy? No właśnie, gdzie jest granica? Pewnie dla każdego gdzie indziej. Sama nie lubię jakoś szczególnie DIY, poza tym zbyt wielka stylowa różnorodność sprawia, że zamiast spokoju pojawia się w mojej głowie chaos. Jednak staram się jak najlepiej wykorzystywać posiadane zasoby. Maja uwielbia foremki na babeczki, których ja nie znoszę, więc zamiast na śmietniku znalazły się u niej w pudełku na zabawki :)

  • Kiedyś miałam podobny problem podczas porządków na działce. Zgromadziliśmy pełne pudło różnych słoiczków, puszek, plastikowych misek, opisaliśmy „rzeczy kuchenne do wzięcia” i postawiliśmy koło kontenera PCK, w ruchliwym miejscu koło lokalnego cmentarza. Nie minęło pół godziny, jak przejeżdżając obok samochodem, zobaczyłam panią na rowerze z dziwnie znajomym pudłem na bagażniku. ;) Jakoś mnie ucieszyła ta sytuacja, wiadomo – w gospodarstwie różne rzeczy się przydają.

    • Tofalario kochana, jak miło mi Ciebie gościć! :) Komentarze pod tym postem dały mi wiele energii do ogarnięcia moich nieprzydatności, ale jeśli coś zostanie to rzeczywiście wyląduje w pudełku przy osiedlowym kontenerze.

      • Zaglądam od dawna, tylko chyba marny ze mnie komentator ;) Przy dobrej pogodzie i ruchliwej porze dnia takie pudełka raczej znikają. Powodzenia!

  • Kasiu, a szukałaś może czy w Twoim mieście nie działają sklepy charytatywne? W Gdyni i Sopocie okazuje się, że takie są i właśnie tam (w końcu) muszę wywieźć starsze, niezniszczone płaszcze i jeszcze kilka innych rzeczy;) I wtedy znajdą nowy dom, bez wyrzutów sumienia;)

    • Tak, pisałam już o tym kiedyś – jest sklep charytatywny w Zabrzu, ale działa o takich porach, że nie mamy jak tam dotrzeć. Dwa lata temu zawiezlismy tam większość nieudanych prezentów ;) Nie wiem tylko czy to, co mi zajmuje miejsce spotka się z zainteresowaniem. Spróbować można :)

  • To jest właśnie mój ból! Świetnie to opisałaś. Z jednej strony jest chęć pozbycia się niepotrzebnych przedmiotów, ale z drugiej ta „odpowiedzialność”. Jak się cieszę, że nie wisi nade mną żadna przeprowadzka… :P

  • Ja jestem ostatnio na etapie odgruzowywania swojej przestrzeni zyciowej i mam podobne dylematy. Czesc rzeczy w dobrym stanie wrzucilam juz do kontenerow z ubraniami lub oddalam komus innemu, kto jeszcze z tego skorzysta. Teraz zamierzam oddac elektrosmieci do odpowiedniego punktu. Inne rzeczy juz niestety wyladowaly w smieciach. Na reszte nie mam do konca pomyslu.

    Staram sie tez nic na sile redukowac. Redukcja dla redukcji, by pochwalic sie przed soba jak malo posiadam;) mam jeszcze sporo ubran, ale sa ponadczasowe, lubie je i jeszcze dlugo beda mi sluzyc. Tak wiec tu nic na sile nie wyrzucam.

    To co mnie przy tych porzadkach boli to fakt jak czasami bezsensownie wydalam pieniadze, na ktore ciezko pracuje. Teraz staram sie przed kazdym zakupem zadac sobie pytanie czy rzeczywiscie musze to miec i czy nie jest to chwilowa zachcianka.

    To co w ten sposob zaoszczedzilam, staram sie wydac na niematerialne przyjemnosci:) koncert, wyjazd etc.

  • Inka

    A może jakaś organizacja/parafia w Twojej okolicy organizuje loterię fantową? Ja w ten sposób oddałam krokomierz, breloczek, kubki, nową bransoletkę i parę innych rzeczy fajnych, aczkolwiek trudno zbywalnych.
    Dużo rzeczy oddałam znajomym – np. moja przyjaciółka zachwyciła się perfumami, które do mnie nie pasowały. Żadnego uszczęśliwiania na siłę, zawsze pytam, czy ktoś chce wziąć daną rzecz. Zaskakujące, ile osób chętnie przygarnie drobiazgi typu smycze, notesy, długopisy – takie drobiazgi, które rzekomo zawsze się przydadzą, ale jednocześnie mają tendencje do masowego pojawiania się nie wiadomo skąd w naszych domach.
    Plastikowe pudełka rozchodzą się same gdy pakuję coś gościom na wynos – przeważnie ich nie zwracają, i wcale mnie to nie martwi.

  • Ruda

    Wyrzucanie na śmietnik boli. Z różnych powodów opisanych w komentarzach pod tym postem. Ale tak sobie pomyślałam – gdy brak sensownej alternatywy – może mimo wszystko warto wyrzucić. Niech boli. Dzięki temu nie będzie następnego razu (albo przynajmniej za bardzo dług czas) i globalnie będzie i oszczędniej i bardziej ekologicznie.

  • Ja się cieszę z zakupu nowego mieszkania. Nie mamy tu jeszcze za wiele. Brakuje nam nawet pudełek, które zorganizują nieład w szafkach. Zamiast pojemników wykorzystujemy słoiki – sól w słoiku po patisonach, stewia w słoiku po dżemie… :)
    Gdybym miała odgruzowywać dom rodzinny brakło by mi życia… U siebie wprowadzam ład i minimalizm od początku :)

  • a rozdawanie rzeczy potrzebującym? u mnie się to sprawdziło – pościel, ręczniki, naczynia, rzeczy dziecięce – oddajemy potrzebującym, jestem wolontariuszką w fundacji i często mają różne, bardzo podstawowe potrzeby. Dla nas to balast a dla innych nowa, użyteczna rzecz :)

    • Jak już wspomniałam w innych komentarzach – bardzo wiele rzeczy oddaliśmy do Pck czy Domu samotnej matki, ale masz rację, w takich miejscach wszystko się przyda.

  • makate

    Też mam często ten problem. Problem zarówno zewnętrzny – bo szukanie nowych miejsc i właścicieli dla tych przedmiotów wymaga zachodu, kombinowania, wożenia, itd. I problem wewnętrzny – jak daleko sięga moja odpowiedzialność za nabyte kiedyś rzeczy, jak wiele wysiłku powinnam włożyć w „pozbywanie się” ich z mojego domu, czy każda rzecz wymaga tego całego procesu czy coś jednak mogę po prostu wyrzucić.
    Niewątpliwie pewnym plusem tego trudnego procesu jest ostrzeżenie – wobec kupowania kolejnych rzeczy. Ostatnio miałam taką przygodę, że poprosiłam mamę o pożyczenie większej formy na wielkanocne ciasto i…. w ostatniej chwili powstrzymałam ją przed kupieniem nowej ;) mama niby nie jest typem „wszystko trzeba mieć swoje” ale jakoś tak uznała, że skoro pożyczam, to pewnie bardzo mi brakuje itd. A ja mam okrągłą formę, tylko trochę mniejszą – na co dzień idealna (mniejsza porcja ciasta!) i wyjątkowo na święta potrzebowałam czegoś większego. To tak na marginesie rozmów o pożyczaniu i nabywaniu nowych rzeczy :)

    • Mam podobnie z mamą ;) Już się boję cokolwiek od niej pożyczać, bo później mi daruje coś nowego, co używam raz na ruski rok… Widzę więc, że sporo nas łączy ;)

  • Magdalena

    Jeśli rzeczy są niezniszczone to wystarczy je położyć koło śmietnika, np. w pudełku (żeby się nie zabrudziły). U nas i u siostry znikają w kilka godzin.

    • Chyba ostatecznie tak zrobię, ale muszę przyznać, że odkąd opublikowałam ten post mnóstwo rzeczy udało mi się oddać/sprzedać.

  • Bardzo łatwo jest cos wyrzucić, pozbyć się czegoś bezrefleksyjnie. Wszyscy do tego zachęcają, przecież można kupić kolejne… kiedy zaczynałam sprzątać swój bałagan nie wyrzuciłam niczego, co było w stanie jeszcze spełniać swoja role. Wolałam oddawać, posyłać w świat dalej, za darmo. Niektóre rzeczy zostały dopóki ich nie zużyłam(ubrania), albo dopóki ktoś inny ich nie zechciał (biżuteria, książki, buty, naczynia). Nie wiem czy to nie zabrzmi głupio, ale chciałam się trochę skatować tymi niechcianymi przedmiotami, chciałam na nie patrzeć, używać ich i pamiętać każdego dnia, że są niepotrzebne, że mogłoby ich ze mną nie być. Mogłabym sobie kupić coś co lepiej do mnie pasuje, co jest ładniejsze, praktyczniejsze, ale wolałam się męczyć z tymi rzeczami, które już mam. Dzieki temu wkurzyłam się na nie, na stan w którym byłam i wyciągnęłam z niego lekcje, a przecież o to chodzi w zyciu :) Uściski N.

  • Może to dlatego, że minimalizm jest teraz modny, mało kto chce zbierać więc używane rzeczy ;)

  • Martyna

    Właśnie natrafiłam na Pani bloga i przyznam, że wreszcie „spotkałam” osobę myślącą jak ja! Niestety, mój mąż uważa moją filozofię życia jako fanaberię, ale nie przeszkadza, a często pomaga mi w jej realizowaniu, zeby mnie tylko uszczesliwić,dobre i to :) Ja podczas porządków i oczyszczania przestrzeni pakuję wszystko w torby, worki i kartony, a następnie wywożę do mojej mamy i babci. One uwielbiają nowe rzeczy i kolekcjonują dużo różnych „przydasi”. Symbioza kolekcjonerek przedmiotów z minimalistką. Dodam, że tym samym przyczyniam się do tego, że one już nie kupują dużych ilości nowych przedmiotów, bo mają dostawy ode mnie.

    • Ciekawa ta symbioza :) Trzeba tylko uważać, by nie przesadzić i nie zagracić życia innym.
      Dlaczego mąż uważa minimalizm za fanaberię? Nie zauważa uproszczenia życia czy po prostu jest chomikiem? :)

  • Kasia

    Zupełnie przypadkiem trafiłam na tego posta .Parę miesięcy temu byłam własnie w trakcie przeprowadzki z mieszkania do domku. Jako,iż zasady minimalizmu wdrażam do swojego zycia już od jakiegoś czasu, to okres przeprowadzki pozwolił mi jeszcze dogłebniej zweryfikować stan mojego posiadania. Doszłam do wniosku, że i tak posiadam zbyt dużo przedmiotów (mimo,iż od dłuższego czasu bardzo mało kupuję). Ze względu na fakt, iż przeprowadzka się przeciągała miałam tak na prawdę parę miesięcy by coś z tym zrobić. Zaczęłam sukcesywnie przeglądać wszystkie szafki, kąty i zakamarki w moim mieszkaniu a także piwnicę. Ilość rzeczy, która została przeznaczona do „wyrzucenia” była ogromna! I tu pojawił się ból bo ja nie znoszę wyrzucać! Ta niechęć do wyrzucania rzeczy została zakorzeniona już w moim domu rodzinnym i siedzi we mnie do dzisiaj. I to nie chodzi o to,że szkoda mi pieniędzy na wydaną rzecz tylko o to,że chciałabym by była ona komuś przydatna. Zaczęłam więc poszukiwać alternatywnych sposobów pozbycia się rzeczy. I tak np. stosy książek – częśc udało mi się sprzedać a resztę po prostu oddałam do biblioteki, ubrania – sporo sprzedałam, a szczególnie ubranek dziecięcych, część rozdałam po rodzinie, znajomych a część została odesłana dla potrzebujących z najbiedniejszych rodzin w moim mieście. Ta sama sytuacja miała miejsce z nadmiarem pościeli, obrusów i ręczników, które kiedys podostawaliśmy np jako prezenty na wesele a nie były w naszym stylu. Niektóre zabawki oraz akcesoria po moich dzieciach, z których już wyrosły, drobne meble i obrazy w zaskakująco prosty i szybki sposób sprzedały się na olx, co prawda często na symboliczną kwotę, ale przynajmniej ktoś z nich skorzystał. Z nadmiarem przedmiotów kuchennych pomogła mi rozliczyć się moja teściowa, która lubi kucharzyć. Największy problem stanowiły drobne dekoracje takie jak wazoniki, świeczniki, które były najczęściej nietrafionymi prezentami lub pochodziły z czasów zamiłowania do IKEA. Z tym niestety nie miałam szczęścia i po wielu miesiącach prób sprzedaży lub wydania komuś tuż przed przeprowadzką wystawiłam je ( z bólem serca )na śmietnik. Następnego dnia już ich nie było :) Obecnie kupowanie rzeczy jest u mnie ograniczone do minimum a każdy zakup staram się przemyśleć. Obiecałam sobie,że utrzymam przestrzeń, którą mam w domu bo jest ona zdecydowanie bardziej przydatna niż stosy bezużytecznych przedmiotow poupychanych po szafkach.

    • Kasiu, widzę, że nasza historia z minimalizmem jest bardzo podobna. I te prezenty ślubne, i te wazoniki – wszystko znam. Mimo że jestem zaprawioną w bojach prawie-minimalistką, to nadal muszę robić cykliczne przeglądy zakamarków, by nie dopuścić do ponownego chomikowania.

  • Jagoda

    Ja ubrań, kosmetykow, bizuterii i perfum pozbylam się w kilku krokach
    1. Spotkałam się z koleżankami z którymi często wymieniam ciuchy, pokazałam wszystko co mam, poprzegladaly, wybrały coś co naprawdę im się spodobało (dla mam też wybrały jakieś kardigany i perfumki :D). Zrobiło mi się ciepło na sercu gdy kilka dni później zobaczyłam koleżankę w plaszczyku który na mnie dobrze nie leżał..
    2. Lepsze ciuchy które koleżankom nie leżały, wystawioną na vinted.
    3. To co się nie sprzedało oddałam fundacji która zbierała także akcesoria, obrusy, koce, zabawki.. O!! Skoro o zabawkach mowa to wszystkie kredki, bloki rysunkowe oddałam małemu sąsiadowi i świetlicy w pobliskiej podstawówce.

    Stare podręczniki musiały polecieć na makulaturę, żaden skup książek by mi ich nie przyjął (ah ta zmiana podstawy programowej tak często). Mogłabym tak pisać w nieskończoność :)

    • Też oddałam tony podręczników na makulaturę, to naprawdę szkoda, ale co zrobić? A rozdawanie ubrań znajomym i rodzinie to naprawdę świetna sprawa.