Goście

Goście: Alicja Oszczędnicka

22/02/2016

Alicja, autorka bloga Oszczędnicka.pl, to dziewczyna, która niejednego potrafi nakłonić do uważnego wydawania pieniędzy. Jest ekspertem w racjonalnym zarządzaniu domowym budżetem oraz autorką akcji „Ogarnij swoje finanse w 52 tygodnie”. Tutaj postanowiła podzielić się z nami historią swojej przygody z minimalizmem.

Alicja Oszczędnicka

Wiem, że to niepopularne, bo raczej ludzie zawsze się od tego odżegnują, ale ja lubię szufladki. Nie wzbraniam się przed nazywaniem siebie minimalistką. To nie tak, że sztywno naklejam komuś jakąś łatkę i nie przyjmuję do wiadomości, że może być inaczej. Po prostu tak łatwiej postrzega się świat i wszyscy to robimy. Nawet jeśli twierdzimy, że nie szufladkujemy ludzi… to nasz mózg robi to za nas, bez żadnych konsultacji. Jakie są zatem moje automatyczne skojarzenia z minimalizmem? Prostota, zdrowie, bliskość, czas, spokój i szczęście…

Gdy zastanawiam się, kiedy pierwszy raz zaświtała mi w głowie idea minimalizmu, to wydaje mi się, że (jak w wielu znanych mi przypadkach) zaczęło się od ubrań. Od zawsze byłam wielką fanką promocji w sklepach odzieżowych. Nie obce są (były!) mi zakupy typu : „nie do końca na mnie pasuje”, „nie podoba mi się kolor”, ale… „się przerobi”, „będę mogła nosić do tej jednej spódnicy” etc. Właściwie prawie nie kupowałam ubrań poza promocjami. Miałam ich zatem sporo, ale „nie miałam w co się ubrać”. Póki co żyłam jednak w przekonaniu, że wcale nie mam dużo rzeczy. Jednak „tony” zalegały u Rodziców….

Pewnym sygnałem do zmiany była nasza (moja, z teraz już mężem) 7-miesięczna podróż dookoła świata, w którą wyruszyliśmy po skończeniu studiów. Kiedy musieliśmy spakować nasz dobytek w 60 litrowe plecaki, okazało się, że wcale tak dużo człowiekowi do życia nie potrzeba. Co więcej, wcale nie miałam problemów z wyborem ubioru, i wcale nie brakowało nam większości gadżetów, którymi otaczaliśmy się na co dzień.

Po powrocie rozpoczęliśmy nowy etap w naszym życiu. „Normalna” praca, „własne “ mieszkanie. Musieliśmy zatem “wyprowadzić się” od rodziców… I wtedy złapaliśmy się za głowę. Tak naprawdę tonęliśmy w rzeczach. Tysiące nigdy nieprzeglądanych notatek, zapisków i „dupereli” zalegało w różnych zakamarkach. Odkryłam u moich Rodziców magiczną szafę, która pomieściła kilka sporych worków z rzeczami, których nie nosiłam od dawien dawna! A przecież ciągle „nie miałam w co się ubrać”. Odnalazłam nawet jakieś ubrania z podstawówki!

Jednak po tej wielkiej czystce (pomimo że ciężko było mi się rozstać z niektórymi rzeczami) poczułam wielką ulgę. Przestrzeń oraz swego rodzaju spokój i zadowolenie. Przewertowałam zatem internety w poszukiwaniu inspiracji i znalazłam jej aż nadto. Potem była rewelacyjna książka „Mniej” Marty Sapały, absolutnie najlepsza pozycja na temat  minimalizmu w Polsce. Wydawało mi się to wszystko tak oczywiste, a idee tak genialne, że wszyscy powinni się nimi zachwycić. Dlatego początkowo ze zdumieniem odkrywałam fakt, że część ludzi wcale nie widzi w tym nic fajnego. Że właśnie chcą mieć, i to dużo. Chcą brać kredyty na wakacje i nowy telewizor czy samochód. Kiedy zaczynałam jak nakręcona opowiadać ludziom o moich przemyśleniach, niektórzy patrzyli na mnie dziwnie, utożsamiając prostotę z niedostatkiem lub ze skąpstwem. Do dzisiaj mnie to zadziwia i chyba nigdy nie przestanie.

Z ubraniami teraz przesadzam trochę w drugą stronę. Zupełnie nic mi się w sklepach nie podoba. Muszę być przekonana w 100% do danej rzeczy i nie szukam na siłę promocji. Jasne, jeśli mogę z jakiejś skorzystać to świetnie, jednak cena nie jest już podstawowym kryterium zakupu. Mój mąż zupełnie tego nie może zrozumieć i nawet ostatnio kilka razy namawiał mnie, żebym sobie coś kupiła, bo “”akie promocje!” (no jak można nie kupić koszulki za 15 zł?!). Ale ja nie potrzebuję kolejnej sztuki ubrania, do której nie będę całkowicie przekonana. Już nie!

Myślę, że minimalizm bardzo ściśle wiąże się też z panowaniem nad swoimi finansami. To przecież sztuka uważnego życia w każdej dziedzinie. Kontrolując nasze wydatki, ale też wpływy i oszczędności możemy kierować pieniędzmi, tak jak chcemy i nie pozwalać na sytuację odwrotną. Jasne, że nie chodzi o to, żeby żyć w ascezie i odmawiać sobie wszystkiego (chyba że ktoś znajduje w tym radość), ale o świadome zarządzanie własnymi finansami.

Pieniądze są w wielu relacjach tematem tabu. Nigdy specjalnie nie rozmawialiśmy o finansach z naszymi bliskimi znajomymi, a już tym bardziej z tymi, z którymi łączą nas dalsze relacje. Wszystko zmieniło urodzenie dziecka. Jeśli chodzi o dzielenie się kosztami życia czy wychowania potomka, ludzie jakoś bardziej się otwierają. Niestety najczęściej przybiera to formę wszechogarniającego narzekania, że „dziecko kosztuje fortunę”. Kiedy byłam w ciąży, na nasze zaprzeczenia słyszeliśmy: „zobaczycie jak się urodzi”. Kiedy Junior przyszedł na świat i nasz domowy budżet wcale na tym nie ucierpiał, refren zmienił słowa na „zobaczycie jak podrośnie”. Junior zatem rośnie i rośnie (lada moment skończy roczek) i dalej nie widzimy tej dziury w naszych finansach, jaką miało spowodować pojawienie się dziecka. Jasne, zdajemy sobie sprawę, że niebawem koszty wzrosną z uwagi na, chociażby potrzebę zapewnienia opieki brzdącowi (bo przecież wkrótce wracam do pracy). Jednak dzięki naszemu racjonalnemu podejściu i obraniu drogi dobrowolnej prostoty, pojawienie się dziecka nie wpłynęło znacząco na nasze finanse, czy też stopień zagracenia domu.

Minimalizm czy też dobrowolna prostota to droga, która daje mi spokój i szczęście. Pomimo tego, że wydaje mi się, że nie miałam specjalnych problemów z nadmierną konsumpcją (co najwyżej z nieprzemyślaną i nieodpowiedzialną) i zawsze przedkładałam być nad mieć, to nigdy jednak nie miałam moich myśli poukładanych tak jak teraz…

Przeczytaj także

  • Lubię wokół siebie, kiedy jest mało rzeczy. Zdecydowanie zgadzam się z każdym słowem, autorki tego wpisu. Finanse faktycznie także w jakimś sposób minimalizm na swój sposób, każdy ma swój sposób na minimalizm wokół siebie.

  • Znam bloga Alicji i właśnie dlatego z taką radością przeczytałam ten post:)

  • Otóż to! Kiedy zadbamy o przestrzeń dookoła, naraz wszystko zaczyna się układać – myśli, finanse, robi siię miejsce na zmiany.

    • To w sumie proste, trzeba tylko uświadamiać innych :)

      • Niby to takie proste, a mimo wszystko tak trudno pozbyć się starych przyzwyczajeń :)

        • To chyba kwestia wewnętrznej gotowości. Jak się już dojrzeje do takich zmian, to coś zaczyna w środku uwierać, przeszkadzać i zaczynają się poszukiwania. Ja znalazłam książki o minimalizmie i Eureka! – od razu poczułam, że to jest rozwiązanie dla mnie. Wprowadzenie teorii w życie przyszło naturalnie.
          Jeszcze druga droga przede mną, nie śmiem nazwać się ‚minimalistką’, ale ciesze się z każdego kroczku.

  • ja też nie zauważyłam jakiegoś wielkiego załamania budżetu przy maluchu :) i to wcale nie znaczy, że zarabiamy strasznie dużo, po prostu nie otaczamy młodego zbyt dużą ilością rzeczy…

    • To takie proste, ale nie wszyscy to rozumieją.

      • Wydaje mi się, że większość nie rozumie :P Czuję się czasem jak dziwadło, gdy mówię, że nie kupujemy Juniorowi zabawek (co nie znaczy, że zabawek nie ma). Jest w rodzicach takie przekonanie (niestety wzmacniane przez marketingowców), że muszą dać dziecku „wszystko co najlepsze”,,, Tylko dlaczego to ma oznaczać rzeczy?!

  • Bardzo fajny wywiad :)

  • Jest tyle innych form niż zakupy, w ramach których można zaopatrzyć dziecko w ubrania i akcesoria (choćby ‚oddam za darmo’ na OLX czy wymienianki). To wcale nie musi być nadwerężeniem dla domowego budżetu. Widzę, że moja Juniorka jest chyba rówieśnicą Juniora Oszczędnickiego, a to już nasze drugie dziecko. I nie musiałam zmieniać pracy, żeby nadrobić finansowo. O tym rzeczywiście trzeba rozmawiać!

  • U mnie minimalizm zaczął się z kolejną przeprowadzką. Byłam przerażona, że z każdą kolejną mamy więcej rzeczy! Od kiedy mamy dzieci, nagle zaczęło się tych rzeczy mnożyć w tempie zastraszającym! Postanowiłam się temu przyjrzeć i działać! Kupuję tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Nie przesadzamy z ilością ubrań i zabawek, a nasz dom wygląda dosyć jasno i minimalistycznie, jeśli chodzi o meble i różne bibeloty (choć lubię tkaniny, więc mamy i zasłony, poduchy i dywaniki, by było przytulnie na pustkowiu :)). Niepotrzebne rzeczy na bieżąco wyprzedajemy lub oddajemy. Uwielbiam taką oczyszczoną, mniej zagraconą przestrzeń, a przy okazji mam poczucie, że nad tym panuje (a przy okazji nad domowym budżetem). Cieszy mnie, że widzę powoli podobne zachowania u mojego syna (14 lat) :)

    • Bardzo lubię takie historie, bo pokazują, że jest sporo osób przekonanych do minimalizmu, a nie że jest to sposób na życie oderwany od rzeczywistości :) dziękuję za komentarz!

  • a ja małymi krokami dążę do minimalizmu, ale jeszcze mi słabo wychodzi… wierzę, że w końcu się uda… kończymy remont sypialni i mam nadzieję, że nic niepotrzebnego tam nie dotrze!

  • Bardzo podoba mi się ten cykl na Twoim blogu. Pokazuje on, że porządkowanie (najczęściej szafy) tak naprawdę prowadzi do dalszych porządków już w głowie :-).

    • Też lubię wpisy moich gości, bo każda historia jest inna, ale ma wspólny cel – uproszczenie życia ze zbędności.

  • Ja również zaczęłam od uporządkowania szafy. Nie wyrzucałam, ale chowałam do worków. Nie zrobiłam rewolucji, za bardzo by mnie przytłoczyła. Skończyłoby się tym, że nic bym nie oddała.
    Mam przygotowany worek na dnie szafy. Wkładam tam każdą jedną rzecz, gdy stwierdzę, że już mi nie pasuje. Łatwiej jest oddać jedną bluzkę, niż pięć.
    Tak zbierałam worek za workiem. Okazało się, że w końcu mam się w co ubrać! Każdą rzecz, którą mam, lubię i noszę. Jeśli złapię się na tym, że czegoś nie mam ochoty założyć, wkładam to do worka.
    To był początek. Potem przyszedł czas na oczyszczanie domu i zapanowanie nad finansami (właśnie dzięki Oszczędnickiej).
    Dzięki podejściu minimalistycznemu, jest mi łatwiej „złapać oddech”, nadmiar nie przytłacza.

    • Bardzo lubię czytać komentarze z Waszymi doświadczeniami w dążeniu do prostego życia. Chciałabym, żeby mój blog był takim miejscem, gdzie wszyscy dzielimy się swoimi patentami na dobre życie, stąd m.in. pomysł na wpisy gościnne. Marzą mi się Goście nie-blogerzy :)

      • To zaproponuj to czytelnikom :) Jestem pewna, że zgłoszą się chętni – z przyjemnością przeczytam takie wpisy! :)

  • Widzę tutaj proces, przez który sama też przeszłam. Podróż, przeprowadzka, spokój i szczęście. :) Alicja pisze o tym, czym ja ostatnio zaczęłam sie moco interesować i chyba się polubimy, bo już widzę na jej blogu kilka postów, które koniecznie muszę nadrobić :)