Goście

Goście: Marta – Pani Poczytalna

11/10/2015

Pani PoczytalnaZawsze kiedy wspominam o uważności myślę właśnie o tej dziewczynie. Marta, znana też jako Pani Poczytalna, jest dla mnie motywacją, by żyć bardziej świadomie, powoli i przyjemnie. Uwielbiam jej teksty – zawsze kiedy czytam bloga Pani Poczytalnej ogarnia mnie spokój i jakaś taka błogość. Z pewnością nie jestem w tym odosobniona. To dzięki niej w ogóle poznałam koncept uważności, któremu poświęca sporo miejsca w swoich blogowych wpisach. Bardzo się cieszę, że Marta znalazła czas, by podzielić się z nami swoją historią związaną z wprowadzaniem w życie idei minimalizmu i życia w stylu slow.

Przede wszystkim ogromnie dziękuję za zaproszenie, jest mi niesamowicie miło, bo blog Kasi jest jednym z moich ulubionych blogów, bardzo inspirującym i niebanalnym, a przy tym na ludzką miarę, bo zachęcającym do zmian małymi kroczkami. Uwielbiam tu zaglądać i mimo że nierzadko brakuje mi czasu, często to robię, bo czuję się nadzwyczaj dobrze w tej blogowej przestrzeni.

Mój minimalizm jest wciąż minimalizmem w toku. Nie czuję się skończoną minimalistką, raczej osobą, która dąży do minimalizmu. Już sama ta droga, niekiedy wyboista, daje mi jednak dużo satysfakcji. Oprócz sukcesów, często w moim odczuciu niemałych, wciąż borykam się z nadmiarem, choć  muszę też przyznać, że zdecydowanie są to już zmagania inne, bardziej świadome. Jestem więc w drodze, już inna, jeszcze niedoskonała i bardzo celebruję ten moment.

W zasadzie można uznać, że moje dążenie do minimalizmu ma dwa wymiary.

Pierwszy z nich jest pragmatyczny. Impuls był dość prosty  – bardzo mała życiowa przestrzeń i powiększająca się, a w tej chwili już czteroosobowa rodzina. W takiej sytuacji można załamać ręce, co niespecjalnie jest w moim stylu, a można też zastanowić się nad nadmiarem i szukać rozwiązań jak by się tu pomieścić. Z pomocą przyszły mi bardzo inspirujące książki Marty Sapały i Anny Mularczyk-Mejer, a potem już na dobre wciągnęła mnie minimalistyczna blogosfera, literatura i przede wszystkim praktyka. Poczułam się w swoim żywiole.  Zawsze postrzegałam siebie jako osobę z natury oszczędną i to chyba po części prawda, bo niespecjalnie lubię szastać pieniędzmi i w moim odczuciu nie mam zbyt wielu „zachcianek”. Gdy jednak zaczęłam brać „pod lupę” poszczególne przestrzenie w moim mieszkaniu, złapałam się za głowę. Za dużo książek. Za dużo papierów. Za dużo nieużywanych ubrań. Za dużo nieużywanych i przeterminowanych leków. Za dużo nieużywanych kosmetyków. Za dużo przypraw. Za dużo marnującego się jedzenia. Za dużo zabawek. W każdej z tych przestrzeni sukcesywnie robię i robiłam porządki, szukając też odpowiedzialnych społecznie rozwiązań.

Największą chyba batalię przeszłam z książkami. Dość szczegółowo opisałam ją na swoim blogu. Książki to  moja praca i moja pasja, byłam więc właścicielką bardzo dużego księgozbioru. Zawsze o takim marzyłam. Zrozumiałam jednak, że ten nadmiar mnie przerasta, że zgromadzone przeze mnie książki stanowią nie tylko czytelnicze, ale i przestrzenne wyzwanie. Zaczęłam go więc go ograniczać, moje książki powędrowały do znajomych, rodziny, bibliotek i różnych instytucji. Finalnie uszczupliłam go o mniej więcej 2/3, pozostawiając te tytuły, z którymi jest mi obecnie najbardziej po drodze. Ku mojemu zaskoczeniu nie miałam przy tym sentymentalnych rozterek, wręcz przeciwnie – dynamiczny księgozbiór dopasowany do moich potrzeb dał mi nową energię. To doświadczenie było dla mnie kluczowe, nauczyło mnie chyba dwóch rzeczy. Po pierwsze, odkryłam jaka potęga kryje się w ograniczaniu, pozbywaniu się, sprzątaniu. Po drugie, nauczyłam się w miarę skutecznie powstrzymywać od zachcianek.

Drugi wymiar mojego dążenie do minimalizmu jest bardziej niematerialny. Metaforycznie można by go nazwać duchowym, minimalizm stał się w nim impulsem pewnej życiowej zmiany. Nie chodzi tu bowiem wyłącznie o nadmiar materialny, ale też o pewien rodzaj maksymalizmu, który zmusza nas do wyścigu. Kiedy zaczynamy świadomie zajmować się ograniczaniem stanu posiadania, naturalnie pojawia się pytanie, po co to wszystko. Mam na swoim sumieniu różne grzeszki: łapałam kilka srok za ogon, zapędzałam się w kozi róg, wyznaczałam sobie cel za celem, żyłam w kłopotliwym szpagacie, godząc sprawy nie do pogodzenia. Zapłaciłam za to sporą cenę, byłam przemęczona, sfrustrowana i bezradna. Pragnęłam zmiany i nie umiałam jej sobie wyobrazić. Minimalizm rozumiany jako świadoma rezygnacja z tego wyścigu, wraz z niezwykle ważną dla mnie uważnością, czyli pełnią obecności, koncentracją na teraźniejszości, pozwolił mi znaleźć perspektywę, której szukałam. Jest we mnie głęboka potrzeba, by żyć uważniej, wolniej, mądrzej, by więcej czasu poświęcać na sprawy istotne.  Od minimalizmu wszystko się zaczęło, pozwoliło mi to na jakościową zmianę życia: na satysfakcję z tego co się ma, na radość z pozoru zwykłej codzienności, na zdroworozsądkowe gospodarowanie swoimi siłami. I jest to dla mnie wartość nie do przecenienia, jedna z ważniejszych lekcji życiowych, jakie do tej pory otrzymałam.

Choć, tak jak przyznałam się na początku, wciąż jeszcze postrzegam siebie jako minimalistkę w toku, to jednak to bycie-w-drodze-ku-minimalizmowi  to dla mnie bardzo ekscytujący stan. Myślę, że gdy się złapie bakcyla minimalizmu, nie ma już powrotu do dawnych przyzwyczajeń. I to jest chyba w tej przygodzie najfajniejsze.

Droga Marto, bardzo dziękuję za gościnny wpis i za zgodę na umieszczenie Twojego zdjęcia.

Przeczytaj także

  • Dziękuję ogromnie za dobre słowo, bardzo mi miło się tutaj w tym charakterze pojawić :)

  • Ruda

    Witam,
    czytam sobie przeróżne blogi o minimalizmie i jeden temat, który jest omawiany przez każdą osobę, to problem z pozbywaniem się książek. Ja sama na początku czytania blogów myślałam sobie: w życiu nie wyrzucę książek (powodów jest mnóstwo, zresztą każda czytelniczka i blogerka je zna). W tej chwili, gdy powoli przymierzam się do przeprowadzki i wyrzucam mnóstwo śmieci, patrzę na te książki i… w zasadzie może ok. 5-10 % mogłabym wyrzucić (to znaczy: oddać, sprzedać). Ale czy mogłabym mieć tylko np. 100 czy 200 sztuk? Bardzo bym nie chciała, chociaż może za rok, dwa znów pozbędę się jakiś książek.
    W kwestii przeprowadzek – one zazwyczaj motywują do pozbywania się śmieci. A co, gdy przeprowadzam się do domu, który jest większy od mojego mieszkanka trzykrotnie? Na pewno wszystko pomieszczę w szafach, garderobie, piwnicy, garażu. Mimo tego przestrzennego szaleństwa zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak dobrze wyglądałaby przestrzeń prawie pusta – w sypialni tylko łóżko i stoliki na lampki, w szafach – po kilka ubrań, w żaden sposób nie upchniętych, w salonie kanapa, stolik i kominek, może jakiś plakat na ścianie. i tak dalej ….

    • O tak, książki, temat rzeka. Ja też zawsze marzyłam o ogromnej bibliotece w salonie, o zbiorach w różnych językach i w ogóle… Do czasu, kiedy to uświadomiłam sobie, że trzymanie książek tylko po to, by je mieć, a nie czytać, jest lekko nie w moim stylu. Lubię, by wszystko, co robię, wszystko, co używam, miało jakiś cel i sens i nie pełniło tylko funkcji ozdobnej. Porządkowanie biblioteczki to jednak bardzo mozolna praca…

  • Marta to również moja ulubiona Pani Poczytalna. Dzięki niej uspokajam się, podświadomie zaczynam równo i głęboko oddychać, i odkrywać małe punkty w życiu, na których warto się czasem skoncentrować (ostatnio okruszki na śliniaku córki). A i minimalistycznie też inspiruje, przede wszystkim w kwestii niezwykle trudnego do opanowania zagracania dziecięcego pokoju. Dzięki Tobie, Kasiu, inni też będą mieli szansę ją poznać.