Goście

Goście: Tomasz Bełza

07/08/2015

Tomasz BełzaJakoś tak wyszło, że sekcję „Goście” na moim blogu zdominowały panie-minimalistki. Stwierdziłam, że warto byłoby to zmienić i zaprezentować więcej męskiego punktu widzenia. Od razu pomyślałam o Tomku, autorze bloga Szczęśliwy Minimalista, którego cenię za konkretny, męski styl pisania. Ucieszyłam się, kiedy Tomek z entuzjazmem zgodził się napisać wpis gościnny.

Dlaczego nie warto przywiązywać się do rzeczy.

Moje minimalistyczne przebudzenie nastąpiło całkiem niedawno – a stało się to w prosty sposób. Uświadomiłem sobie po prostu, że mam praktycznie każdą rzecz, o której jako młodzian marzyłem – a mimo to wciąż pojawiają się u mnie nowe potrzeby. Co w takim razie było nie tak, skoro spełniałem swoje materialne pragnienia, a wciąż nie czułem się nasycony?? Przeanalizowałem swoje poprzednie decyzje i uznałem, że większość rzeczy po prostu kurzy się na półkach. Najgorsze jest jednak to, że odkryłem iż do zdobycia tych gadżetów poświęciłem mnóstwo czasu u nerwów. Nie będę ukrywał też tego, że w gonitwie za produktem utraciłem kontakt z wieloma spośród znajomych.  Ta świadomość to jak uderzenie o ścianę – zmiotło moje dotychczasowe podejście do pieniądza, do zakupów, do rzeczy i do ludzi.

Minimalizm przyszedł wraz z bonusem – świadomością pieniądza i potrzebą oszczędzania, a nie wydawania. Telewizja, radio, internet – z tych miejsc dotychczas byłem bombardowany niesamowitą ilością reklam, które mówiły mi o tym, że wydawanie jest dobre, że stać mnie, a jeśli nie stać – to kredyty są najlepszym co mogło mi się przytrafić. Minimalizm rozprawił się z tym momentalnie. Nie mam potrzeby na nowe „zabawki”, więc nie potrzebuję kredytów. Moje pieniądze mogą teraz naprawdę być moje, bo nie przekładam ich z konta bankowego na konta innych osób, żyjąc od pierwszego do pierwszego.

OK, ale czy minimalizm przystoi nowoczesnemu facetowi? Ależ oczywiście! Ktoś, kto potrafi panować nad potrzebami, powinien być oznaką sukcesu – szczególnie w czasach, gdy popularnym jest powiedzenie „róbta co chceta” , bez patrzenia na późniejsze konsekwencje. Niestety, póki co wśród młodych facetów pokutuje przekonanie, że posiadanie gadżetów, najlepiej najnowszych, to oznaka przynależności do elitarnych grup społecznych.

Rzeczy nie dają szczęścia, to pewne. Przedmioty to tylko przedmioty – potrafią ucieszyć na chwilę, by po kilku dniach stać się kolejną nudną zabawką. Są też oczywiście i takie, dzięki którym łatwiej się żyje – minimalizm nie zabrania zaopatrywania się w nie. Któż bowiem wolałby dziś prać ubrania w rzece, niż wygodnie w pralce? Tak, tak, wiem że są i tacy ;)

To, w co warto inwestować, to nie gadżety, ale przeżycia. Z czasem zostaną z nami wspomnienia – dlatego dobrze, by były to wspomnienia miłych, pełnych radości chwil. Bo czy bardziej wspominasz zakup wypasionego smartfona, czy raczej moment zdobycia wysokiej góry? Czy whisky kupione za pół wypłaty rzeczywiście zostanie w Twojej głowie na dłużej, niż smak kolacji, którą przygotowała Ci babcia gdy byłeś mały?

Moją pasją jest fotografowanie – kiedy jadę na urlop, zamiast kupować lokalne pamiątki, wolę  robić zdjęcia i chłonąć klimat danego miejsca. Zauważyłem, że gdy dawniej zwoziłem sobie kolorowe drobiazgi, prędzej czy później ładowałem je do jakiegoś pudła i wynosiłem na strych. Po pewnym czasie po prostu nie przedstawiały żadnej, nawet sentymentalnej wartości. Zdjęcia pomagają natomiast przypomnieć sobie te niezwykłe chwile. Dlatego aparatu nigdy nie zaliczę do zbędnych gadżetów ;)

Minimalizm rzuca też nowe światło na… odżywanie się. Dlaczego? Bo pomaga odkryć, że jedzenie nie musi być „szybkie” – ważne, by było dobre i zdrowe. A najlepiej spożywane wraz z osobami, z którymi czujemy się swobodnie :)

Osobiście podchodzę do minimalizmu, jako do filozofii która oprócz ułatwiania życia, pomaga zrozumieć to, co w moim życiu warte jest uwagi. Dzięki temu zrozumiałem, że nie powinno robić się rzeczy „na siłę”, albo „bo tak wypada”. Minimalizm łączę też z pozytywnym rozumieniem egoizmu – dlatego, że pozwala mi skoncentrować się na sobie i swoich bliskich, a nie na tym, co inni będą o mnie mówić.

Zdecydowanie polecam zainteresowanie się pojęciem minimalizmu, choć pewnie każdy kto to czyta już w jakimś stopniu minimalistą jest :) W takim razie proponuję, by zarazić jakiegoś wyznawcę konsumpcjonizmu ziarnem naszej filozofii :) Kto wie, może uda się komuś pokazać inną drogę do szczęścia? Jest to na pewno możliwe, w końcu sam jestem przykładem „nawróconego” z rozbuchanej konsumpcji…

Tomku, dziękuję za podzielenie się z nami swoją historią odkrycia minimalizmu i za poświęcony czas na jej opisanie.

Przeczytaj także

  • Bardzo ciekawa opinia :) Całkiem niedawno przeprowadzałam ankietę na temat zwyczajów zakupowych wśród kobiet i mężczyzn. Do tej pory byłam przekonana, że wszyscy mężczyźni są minimalistami, tylko kobiety tak łatwo ulegają zakupowym pokusom. Ale okazało się, że niekoniecznie jest to prawdą. Mężczyźni mają też swoje słabości i czasem spora część domowego budżetu odchodzi na nowe gadżety. Tomek, powodzenia w nawracaniu konsumentów! Ja też się staram ;)

    • Magda K-ska

      Popieram przedmówczynię. Ja mam w domu takiego gadżeciarza, chociaż trzeba mu przyznać, że te gadżety po pierwsze są przez niego używane codziennie, po drugie kupuje ich niewiele, po trzecie w pozostałych kwestiach jest totalnym minimalistą, więc to drobne odstępstwo mu wybaczam:)

    • No właśnie, tak się wydaje, że faceci nie potrzebują wiele, a jak przychodzi co do czego, to wychodzą z nich chomiki ;)

  • Świetnie się czytało i z przyjemnością odkrywam nowego minimalistę:)

  • Powiem szczerze, że według mnie mężczyźni maja gorzej by stać się minimalistami. To od nich oczekuje się że zapewnią byt rodzinie, zapłacą za kolację i kino na randce. Czasami przez presję społeczeństwa wpadają w spiralę długów, niestety znam dwa takie przypadki. A o ilu nie wiem?

    Wracając do Tomka – kolejny inspirujący minimalista ;) Gratuluje wpisu, powiem z głębi serca, że mnie pochłoną. Strasznie fajnie czyta się coś z męskiego punktu widzenia :)

    • Przyznaję, że zanim trafiłam na polskie blogi o minimalizmie znałam tylko te pisane przez facetów, więc przez pewien czas dla mnie „prototypem” minimalisty był facet i uważałam inaczej niż Ty – faceci mają łatwiej. Zazwyczaj nie mają napakowanej szafy i nie są przywiązani do ubrań czy bibelotów. Stereotypowo też mniej zajmują się domem, więc teoretycznie mniej gromadzą. Ale wiadomo, każdy medal ma dwie strony – faceci lubią te swoje gadżety, wiertarki, smary i cuda wianki. Nie ma co uogólniać :)