Proste życie

Żyj jakbyś nie miał nic

27/07/2015

Jednym z pozytywnych aspektów tego całego procesu upraszczania, na jaki się jakiś czas temu zdecydowaliśmy, jest nauka nieprzywiązywania się do przedmiotów. Nie jest dla nas problemem pożegnać się z jakąś rzeczą, nawet sentymentalną, bo nie przywiązujemy już takiej wagi do posiadania. Nie pozbywamy się wszystkiego, bo nie mamy takiej potrzeby, jednak mogę zaryzykować stwierdzenie, że gdybyśmy musieli pożegnać się z tym, co posiadamy, byłoby nam łatwiej to przeżyć teraz, kiedy nawiązaliśmy zdrowe relacje z rzeczami.

Bywa, że przy okazji głośnych nieszczęść, jak np. wybuch gazu w kamienicy w Katowicach czy powodzi na terenach położonych na brzegach dużych rzek zastanawiam się, co ja bym wzięła ze sobą, jeśli musiałabym się ratować z podobnej katastrofy. Zakładając, że w ogóle miałabym możliwość zabrania czegokolwiek, bo przypuszczam, że w kryzysowej sytuacji myśli się tylko o tym, by ratować siebie i bliskich. Mimo wszystko człowiekowi przejdzie przez myśl coś wynieść, uratować.

Temat tego, co ratowalibyśmy w razie katastrofy, poruszyliśmy z B. oglądając kilka miesięcy temu relację spod zawalonej kamienicy na ulicy Chopina w Katowicach. Przejeżdżaliśmy tamtędy dość często (nadal to robimy), kilka razy nawet parkowaliśmy pod tą kamienicą, więc dość osobiście podeszliśmy do tego wybuchu. Komputer, najpierw komputer. Dokumenty, tak, dokumenty (akty ślubu, urodzenia, notarialne)… I skrzynki z pamiątkami…

Wtedy – to był październik – pierwszy raz zaczęliśmy rozmawiać o naszym przywiązaniu do rzeczy. To był czas powrotu do pisania bloga, więc wszystko zbiegło się w czasie. Bo może łatwiej byłoby – w przypadku jakiegokolwiek nieszczęścia – żyć tak, by móc cieszyć się w pełni z uratowanego życia, a nie martwić się straconymi rzeczami. Utrata całego dobytku to na pewno traumatyczne doświadczenie, nagle to, na co człowiek pracował często całe życie przestaje istnieć, życie trzeba przeorganizować do nowa. Nie chciałabym się znaleźć w takiej trudnej sytuacji, ale to często los wybiera za nas. Może można się do tego jakoś mentalnie przygotować?

Ta idea siedziała od tamtego czasu – i nadal siedzi – gdzieś z tyłu głowy. Żyć tak, jakbyśmy nie mieli nic.

Nie chodzi o gnanie w kierunku ascezy, totalnej pustki, całkowitego ekstremum. Chodzi mi bardziej o uzmysłowienie sobie tego, co tak naprawdę w życiu ważne: bliscy, zdrowie, wiedza, umiejętności i szczególnie dbać właśnie o to, a nie o książki na półce, talerze w szafce czy sukienki na wieszaku. Dopóki mamy dach nad głową, mamy co jeść, w co się ubrać, jesteśmy otoczeni bliskimi niczego nie powinno nam brakować. Jasne, że fajnie jest mieć kilka par butów czy piękne albumy o sztuce, wrażenia duchowe, estetyczne też są bardzo ważne, ale to nie one powinny być celem w życiu, celem na który wydajemy ciężko zarobione pieniądze.

Wyobrażając sobie to, że nie mamy niczego, a wszystko to, co jest  w naszym posiadaniu jest pożyczone pozwala nam traktować daną rzecz z szacunkiem, a jednocześnie nie przywiązywać się do niej zbytnio. Takie uczenie się nieprzywiązywania to żmudny proces, jak całe upraszczanie życia po latach chomikowania i nastawienia na konsumpcję, jednak nawet te początkowe małe sukcesy dają poczucie wyzwolenia, separacji od czegoś ciągnącego w dół. Ekstremalny minimalizm nie jest dla nas, ale życie z mniej to coś, co bardzo nam odpowiada.

sea

Przeczytaj także

  • Rzeczywiście, gdybym miał uciekać z walącego, palącego lub zalanego mieszkania – zabrałbym tylko portfel z dokumentami. Te dokumenty to najszybsza możliwa forma udokumentowania swojej tożsamości i miejsca zamieszkania, a w takich przypadkach nikt nie będzie sprawdzać w systemach komputerowych różnych instytucji, kim jestem i po co tu jestem. W takich sytuacjach nie myśli się o rzeczach sentymentalnych, albo tak jak napisałaś o komputerze, ważniejszych dokumentach, ale o sobie, rodzinie i innych ludziach.

    • Jasne, że tak. Można sobie gdybać, a jak przychodzi co do czego, to dbamy o to, co najważniejsze, czyli życie.

  • zrozumiałam to, gdy zepsułam prawie nowy telefon – po 2 miesiącach używania. wróciłam do starego i pogodziłam sie z tym, że nie mam tamtego :) tak sama da się zrobić ze wszystkim innym :)

    • Niestety taka zmiana myślenia łatwa nie jest, ale mając podobne do Twojego przykłady, można sobie uzmysłowić pewne rzeczy.

  • Agnieszka Kulawczyk

    złapałabym torebkę i gdybym dała radę ciepłe spodnie i sweter. dokumenty trzymam w torebce,są najważniejsze moim zdaniem. bez reszty dałabym radę przeżyć, tak myślę.
    akurat właśnie teraz płonie w Łodzi wielka fabryka, lakiernia. pierwsze co zrobiłam, to napisałam i zadzwoniłam do moich bliskich, aby uważali na siebie.

    • Słyszałam o tej fabryce, niefajnie, bo powietrze toksyczni niebezpieczne. Mam nadzieję, że wszystko ok.

      • Agnieszka Kulawczyk

        na szczęście mieszkam w innej dzielnicy. z tego, co wiem to lakiernia spłonęła doszczętnie, ale nikt nie zginął. powietrze – pewnie zajmie trochę czasu zanim się oczyści, cóż koszt ucywilizowania (niemniej jednak naszła mnie taka refleksja
        1. i tak mamy mniej skażone powietrze niż w XIX wieku i początkach uprzemysławiania kraju
        2. nie dorosłam emocjonalnie do jakiekolwiek katastrofy w Polsce i zaczęłam traktować terroryzm, jako realne zagrożenie. nie ma to może nic wspólnego z pożarem, ale chodzi mi o to, ze wkurza mnie, ze w Polsce nie ma żadnych zabezpieczeń na wypadek ataku oraz że leży prewencja…
        sytuacja lekkiego stanu zagrożenia w Łodzi wywołała we mnie takie emocje

        • To prawda, wydarzenia w ostatnich latach sprawiają, że czujemy się mniej bezpieczni, a zagrożenia zamachami są bardzo realne. Pewnie nigdy mentalnie nie będziemy gotowi na takie katastrofy…

  • Dobrze powiedziane. Hm czy udałoby mi się wziąć te ważne dokumenty? chyba nie mam ich razem w jednym segregatorze i mogłoby być ciężko:P

  • Włączę się jeszcze do dyskusji nt uciekania. „Gdybym miał, gdybym miała uciekać” – moi drodzy – nie życzę Wam, ale jak przeżyjecie moment grozy i będziecie musieli naprawdę uciekać – zobaczycie że wówczas wszelkie rzeczy po prostu nie istnieją. Wiele razy byłam w takich różnych nieciekawych sytuacjach, ale najsilniej doświadczyłam pierwszego w moim życiu trzęsienia ziemi – wówczas naprawdę się nie myśli. Po prostu ratujesz życie, to jest instynkt. Tak więc nie, nie zabralibyście ze sobą dokumentów etc. Po prostu byście uciekali, myślenie jest wówczas wyłączone. Ja pamiętam że wybiegliśmy wszyscy z budynku i dopiero po chwili zdałam sobie sprawę że moje ciało zachowywało się jak nigdy wcześniej – bardzo szybki puls, zero myślenia, tylko instynkt samozachowawczy + silne uderzenie adrenaliny. W takim momentach naprawdę nic ze sobą nie weźmiecie, co najwyżej dziecko (choć też niekoniecznie).

    • Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że w momencie strasznej sytuacji nie myśli się o materialnych sprawach. Można hipotetycznie zastanawiać się, co by było gdyby. Tutaj takie myślenie było dla mnie punktem wyjścia do przemyśleń na temat posiadania.

  • Często musimy na własnej skórze przekonać się, co jest tak naprawdę ważne, by potem w kolejnych życiowych sytuacjach mieć solidny punkt odniesienia.

  • Kiedy w zeszłym roku wybuchł pożar w piwnicy budynku, gdzie mieszkam, jedyną rzeczą prócz płaszcza i butów, którą ze sobą zabrałam, był telefon. Po to, aby się skontaktować z rodziną.

    Myślałam o tym, aby ratować moje współlokatorki. Gdyby nie to, że widziałam, jak wychodziły, martwiłabym się o nie. One przypomniały sobie o mnie wtedy, gdy były bezpieczne.

    Kilka lat temu pod wpływem impulsu zniszczyłam większość rzeczy, które miały dla mnie wartość sentymentalną, gdyż były związane z bliskimi. Później tego żałowałam. Z czasem żal minął – wraz z częścią znajomości. Teraz przechowuję niewiele pamiątek; są to głównie rzeczy robione własnoręcznie lub kupione z bardzo ważnego powodu. Uważniej dobieram sobie znajomych.

    • Współczuję okropnych przeżyć. A sentymentalne pamiątki to bolączki większości z nas, żal pewnie szybko minął i masz teraz lżej.