Goście

Goście: Natalia aka Minimal Nat

28/05/2015

minimalnatJeśli minimalizm ma odcienie, to Natalia reprezentuje energetyczny minimalizm. Autorka bloga Minimal Nat zaintrygowała mnie swoim radosnym podejściem do zmniejszania posiadania oraz uwielbieniem do kolorów w szafie. Przeczytajcie jej historię.

Witajcie moi drodzy! Na wstępie muszę bardzo podziękować Kasi za zaproszenie. To mój pierwszy gościnny wpis więc bądźcie łaskawi! : )

Wszystko można o mnie powiedzieć, ale na pewno nie to, że całe życie byłam minimalistką. Wiele osób wytknęło mi niejednokrotnie, że nie zasługuję na to miano (40 par butów – SKANDAL!) , ale ja się tym nie martwię. Mam swój, własny „Natalkowy” minimalizm. Z głównego „nurtu” czerpię to, co sprawdza się u mnie i nie przejmuję się złośliwymi komentarzami.

Zaczęło się u mnie jak w większości takich przypadków: od przeprowadzki. A raczej powrotu do rodzinnego gniazda. Przez parę lat trochę podróżowałam, pomieszkiwałam w innych krajach i kupowałam, kupowałam, kupowałam. Wszystko zwoziłam do rodzinnego domu, nie korzystając w pełni z tych rzeczy. Na dodatek nie miałam swojego pokoju, tylko pomieszkiwałam w pokoju gościnnym. Nie wiedziałam ile mam, co mam i nie powiem żebym szczególnie się tym przejmowała.

Przełomem okazał się rok 2012 i studia na włoskim uniwersytecie. Przez ponad pół roku swój dobytek mieściłam w jednej walizce, czułam się wolna i szczęśliwa. Nic nie kupowałam, nic nie potrzebowałam. Sporo podróżowałam, poznawałam nowych ludzi i cieszyłam się życiem. Było wspaniale. To chyba wtedy naprawdę doświadczyłam tego jak niewiele potrzebuje człowiek do szczęścia. Coś zaczęło kiełkować…

Po powrocie do domu dostałam swój własny pokój. W końcu mogłam zebrać cały mój dobytek w jednym miejscu. I wiecie co? Zobaczyłam, ile tak naprawdę rzeczy posiadam. Spełnił się mój największy koszmar, bo byłam dosłownie zasypana przedmiotami. Sterta książek, starych magazynów, notatek, ciuchów, butów, długopisów i masa, naprawdę masa rzeczy, które „miały się kiedyś przydać”. Pamiętam, że siedziałam w tym pokoju i nie wiedziałam od czego mam zacząć. Porażające doświadczenie!

A kiedy nie wiesz od czego zacząć, zacznij od początku! Swoją złość i gniew przekułam w bezlitosny osąd przedmiotów. Zero sentymentów. Wyrzuciłam wszystkie notatki ze studiów, stare sukienki druhen, w które już się nie mieściłam, buty, które miałam na sobie jeden raz. Mierzyłam każdy ciuch i jeśli nigdy nie miałam go na sobie – wyrzucałam. Nie byłam idealna, wciąż miałam wiele rzeczy, które darzyłam jakimś sentymentem. Wiecie – każdy z nas musi pokonać swojego wewnętrznego chomika :) Etapów pozbywania się rzeczy było kilka, bo podeszłam do sprawy rozsądnie i postanowiłam do niczego się nie zmuszać.

Nie ograniczałam się do konkretnej liczby elementów, nie nałożyłam sobie konkretnego terminu, dałam sobie czas. I to w sumie było wszystko czego potrzebowałam.

Swoim czytelnikom powtarzam, że nie należy spieszyć się z wyrzucaniem rzeczy. Do pozbycia się pewnych przedmiotów należy dojrzeć. Jak wiecie minimalizm, to sposób na życie, nie cel sam w sobie.

Zdałam sobie sprawę, że mam wszystko. Osiągnęłam niesamowity spokój duszy i zapragnęłam tego samego dla swojej szafy. I tu pojawia się mały problem, bo jak zaprowadzić względną harmonię wśród ubrań? Mieszałam wszystkie style, ale nie umiałam ich połączyć, nie wiedziałam który jest mój. Podobało mi się tyle rzeczy na raz, że w sumie wyszedł z tego wielki bałagan. Teraz z perspektywy czasu myślę, że szafa była po prosu pudełkiem puzzli. Potrzebowałam tylko pomocy w ich ułożeniu.

Tak trafiłam na temat Capsule Wardrobe i Projektu 333. Podobała mi się idea, która mówi, że należy pracować z tym, co się ma. Chyba to właśnie podbiło moje serce, bo najchętniej wyrzuciłabym wszystko z szafy i zaczęła od zera. A za tym szłaby konieczność zakupów i powrót do starych nawyków.

Jedyna rzecz, która mi się nie podobała to kolory. Wszystko było biało-szaro-czarne, cieliste, beżowe. Słowem: depresja już na wstępie! A ja uwielbiam kolory! Pomarańczowy, różowy, zielony, niebieski. Kolory zdecydowane, mocne, trudne do zestawienia. Uważam, że wpływają one na nasz nastrój i nie wyobrażam sobie bez nich życia. Wiem, że super łatwo łączyć spokojną, stonowaną paletę, ale ja taka nie jestem. Postanowiłam więc ugryźć temat inaczej. I tak na moim blogu pojawił się projekt Capsule Wardrobe, nieco bardziej pstrokatej niż w definicji. Szafę kapsułkową postanowiłam zmieniać co miesiąc i ograniczyć kupowanie ciuchów do 12 sztuk rocznie, dzięki czemu zobaczyłam, że ograniczanie mi służy. W końcu miałam, co na siebie włożyć! Zrozumiałam że mam WSZYSTKO! Że w sumie szukałam prostych rozwiązań, oczywistych zestawień, a kiedy trochę pogłówkowałam znalazłam setki innych kombinacji. Dzięki nałożeniu na siebie zakupowego postu mogłam zastanowić się czego naprawdę potrzebuję. I okiełznać swoje zakupowe żądze.

Odkryłam, że to nie neutralna kolorystyka, brak wzorów lub 100 przedmiotów czyni z nas minimalistów, ale fakt wyzbycia się tych wszystkich „ogłupiaczy” z naszej głowy, które krzyczą „MUSISZ TO MIEĆ!”. Teraz na tygodniowy wyjazd zabieram plecak, wstaję rano i wiem co założę, idę do sklepu i wychodzę z pustymi rękami. Oddycham pełną piersią, czuję się jakbym obudziła się z długiego snu. Snu osoby, która w dzień wypłaty zaczynała od listy zakupów : ” W tym miesiącu muszę kupić”.

Niezależnie od życia jakie chcemy mieć, prawdopodobnie masz już wszystko, co jest potrzebne żeby je przeżyć. Wierzę, że minimalizm to narzędzie do maksymalizacji szczęścia, a jego wykorzystanie jest unikalne dla każdego użytkownika. Sama dalej odkrywam radość w docenianiu tego, co mam. I Ty także powinieneś spróbować.

capsule minimalnat (1)

Przeczytaj także

  • Pingback: Maj – wpis gościnny | Minimalnat()

  • Magda K-ska

    O to tak jak ja, też mam swoją własną wersję minimalizmu, dostosowaną do własnych potrzeb. I tak naprawdę chyba tylko takie podejście powoduje, że minimalizm daje szczęście. Co więcej myślę, że taki jest cel całej idei, nic na siłę, wszystko zgodnie ze swoją naturą:)

  • Dokładnie, zgadzam się z autorką! Nie ma znaczenia ile rzeczy mamy, bo nie ich określona liczba czyni z nas minimalistów. Przeszłam to samo już dawno i myslę, że jestem minimalistką, chociaż jeżeli ktoś spojrzy na moje mieszkanie to pewnie się nie zgodzi, bo jest malo ascetyczne. Ale to ja sie dobrze czuję otoczona ładnymi przedmiotami, które zdobią, a nie zalegają w szafach i tworzą chaos.

    • Myślę podobnie. Jeśli ktoś lubi otaczać się ładnymi rzeczami (czy książkami, butami, kubkami…), to wcale nie znaczy, że nie jest minimalistą.

    • Dokładnie Asiu! Ważne żeby nie gromadzić na siłę, tylko być szczęśliwym z tym co się ma!

  • Jest i moja imienniczka :) bywam i lubię, cieszy mnie to kolorowe podejście, potrzebujemy więcej takich ;)

  • Kiedyś próbowałam uporządkować szafę tak aby zawierała same najpotrzebniejsze rzeczy. Cóż zawsze żal było mi bluzki, albo o zgrozo kilku bluzek, w których nie chodziłam, ale mi się podobały. Tak jest właściwie ze wszystki, zawsze coś może się przydać, choć tak własciwe to nigdy sie nie przydaje. Teraz własnie się zorientowałam, że moje szuflady kuchenne pękają w szwach mimo, że większości rzeczy nie używam.

    • No niestety, tak to jest i chyba każdy tak ma. Nawet ci, którzy skłaniają się ku posiadaniu mniej odkrywają, że gdzieś tam w czeluściach szuflady znajdują się jakieś niepotrzebne, bo nieużywane rzeczy. Najważniejsze jednak uświadomić sobie ten stan rzeczy i albo pogodzić się ze zbieractwem, albo posłać niepotrzebne rzeczy dalej, tam, gdzie staną się potrzebne.

    • Cześć Aniu! Możesz traktować takie wyzwanie głównie jako okazję do zużywania ubrań które
      masz w szafie, które mogą „się kiedyś przydać. Czasami sama dorzucam jakieś elementy, których nie lubię, albo których dawno nie nosiłam. Zmuszam się do znalezienia na nie sposobu – jeśli zbrzydną mi okrutnie (a zdarza się i tak) oddaje je bez żalu :)