Oczyszczanie przestrzeni

Silva rerum

17/03/2015

Rozmawiałam kiedyś z bliską mi osobą, która od czasu do czasu czyta mojego bloga. Powiedziała „Fajnie, fajnie, idea minimalizmu brzmi ciekawie, ale ja bym tak nie mogła. Lubię mieć coś swojego.” Była drugim dzieckiem, więc zawsze miała jedne rzeczy po kimś, inne wspólne, więc w dorosłym życiu chciała mieć rzeczy na własność, a nie pożyczać, tworzyć, kombinować. Jak najbardziej rozumiem tę postawę. Jeśli tytułowy las rzeczy otaczający osobę jej nie przeszkadza, to dlaczego ma to zmieniać? Nie każdy musi być minimalistą. Mieć mniej, bo to modne? Bo ktoś tak każe? Bez wewnętrznej potrzeby zmiany nie musimy przecież nagle wyrzucać szafy z ubraniami, sprzedać książki na OLX i zamieszkać w przyczepie.

Mnie do minimalizmu przekonały opowieści osób, które zmieniając (często radykalnie) swój tryb życia potwierdzały, że posiadanie mniej nie oznacza gorszego życia – wprost przeciwnie: ich życie stawało się lepsze, bogatsze poprzez eliminację tego, co zbędne. Na początku przekonało mnie to, że mniej rzeczy to mniej sprzątania, więcej pieniędzy – bo niewydawanych z braku irracjonalnych potrzeb – a przede wszystkim więcej czasu dla siebie i bliskich. Uświadomienie sobie niezdrowego podejścia do konsumpcjonizmu zajęło mi trochę czasu, ale zmiana sposobu myślenia wymaga skupienia na tym, co rzeczywiście ważne. Ile radości przynosi mi teraz zamiast gromadzenia rzeczy ich pozbywanie się czy też zastępowanie „gotowców” tworami własnych rąk czy pomysłowości powiązanej z kreatywnością. Bo człowiek dążący do minimalizmu nagle odkrywa w sobie pokłady kreatywności, by uruchomić to, co już ma, zamiast iść na łatwiznę i kupić/zdobyć. No dobra, oprócz książek, książki nadal lubię mieć, ale teraz każdy zakup musi być dobrze przemyślany, bo wiem, ile czasu, energii i kasy trzeba przeznaczyć, by niezbyt dobrze przemyślany zakup jakoś się zwrócił. (Może ktoś z Was ma chęć zaopatrzenia się w parę pozycji w języku hiszpańskim? Nikt na OLX na razie nie był zainteresowany.)

Nadal odkrywam las rzeczy w szufladach stołu, pudłach w szafie z napisem „artykuły papiernicze” (Dla kogo teczka na wiązanie, a dla kogo z gumką? Starczy dla każdego…) i mierzi mnie to, że kolejny raz przeczesuję te przestrzenie, trochę ubywa, ale i tak jest tych rzeczy jakby za dużo. Lata zaniedbań, chomikowania, wnoszenia przedmiotów z tzw. poprzedniego życia do nowego nie znikną z dnia na dzień. Dlatego tak bardzo zbawienna (i o ile łatwiejsza) byłaby ta czysta karta, o której już kiedyś wspomniałam. Cytując jednak klasyka: nikt nie mówił, że będzie łatwo, więc będę nadal powolutku, krok po kroku bacznie pilnując, by zbyt wiele do domu nie wchodziło, z nowym nastawieniem dążyć do minimalizmu.

forest

Przeczytaj także

  • Mam bardzo podobne przemyślenia. Walczę z nadmiarem, zadziwiona, jakim cudem tyle tego zebrałam, choć wcale nie uważałam się za osobę chomikującą. Skąd nagle tyle niezagospodarowanych teczek (zawsze wydawało mi się, że kupuję tylko wtedy, kiedy potrzebuję). Skąd te tony papierzysk? Ile sentymentalnych karteluszek? Brzydkich prezentów, których nie potrzebuję, ale niezręcznie mi było się ich pozbyć? Chwalę sobie ten proces oczyszczania i uszczuplania, choć mam wrażenie, że jest bez końca. Jest jednak mnóstwo osób, które zachowa do tego dystans, dla których przedmioty mają wartość materialną albo sentymentalną i jest im z nimi dobrze, dużo na ten temat rozmawiam z różnymi ludźmi, jednak doradzanie tej zmiany na siłę uważam za zbędne

    • Prezentujemy więc podobną postawę. W rozmowach mogę jedynie zwrócić uwagę, że dzięki zminimalizowaniu potrzeb i przedmiotu jest mi w życiu lepiej, ale to wcale nie znaczy, że komuś innemu też ten tryb życia podpasuje. Rzeczywiście, ten proces zwany decluttering jest wieczny. Dziś np. sprzedaliśmy 7 kg makulatury zebranej tylko w naszym małym mieszkaniu. A ciągle się waham nad jakimiś kserówkami zbieranymi do doktoratu i tego typu rzeczami… Masakra, ile jeden człowiek potrafi nagromadzić!

  • Ja się cieszę, że odkryłam to podejście teraz na tym etapie mojego życia, kiedy jeszcze nie mam tak wiele, bo studiuję i mieszkam w ciasnym akademiku i nie ma tu za wiele miejsca na upychanie rzeczy czy kupowanie mebli/pościeli/ozdób, to pomaga, bo wiem, że na wieczność tu nie zostanę :)

    • Na pewno Twój obecny tryb życia pomaga sobie uzmysłowić, co tak naprawdę jest potrzebne do życia, czyli przypuszczam niewiele ;) Oczywiście, jeśli chodzi o przedmioty materialne, bo studenckie życie to ludzie i może trochę nauki ;)

    • Tak, zazdroszczę ;) Zaczęłam minimalizować po 4 latach małżeństwa i…nie powiem że jest łatwo.
      Wytrwałości!

  • Bea

    O tak, też ciągle wyrzucam a i tak ciągle jest tego masa. A swoją drogą co to za hiszpańskie pozycje ? A może komuś miseczki do lodów ? jeszcze w opakowaniu ;D

    • A może jest tak dlatego, że dojrzewasz do pozbycia sie kolejnych rzeczy i coraz mniej potrzebujesz do szczęścia? Ja tak mam wiec może jesteśmy takie same :)

  • A co sprzedajesz hiszpańskojęzycznego? Mogę się zainteresować :)

    • Nic nadzwyczajnego tak naprawdę, ale może ktoś znajdzie coś dla siebie:

      P. Merimee „Carmen”
      J. Valera „Juanita la Larga”
      J. Fellowes „Esnobs”
      Sh. McKenna „Fuera de control”