Goście

Goście: Anna Mularczyk-Meyer

03/02/2015

Anna Mularczyk-Meyer

Tym z Was, którym idea minimalizmu nie jest obca, Ani Mularczyk-Meyer nie trzeba przedstawiać. Autorka Prostego bloga i książki „Minimalizm po polsku” (w wersji papierowej do kupienia tutaj, e-book tutaj) od paru lat przybliża nam zasady prostego życia. Specjalnie dla czytelników Mojej drogi do minimalizmu Ania, nazywana też Ajką, zgodziła się podzielić historią swojej przygody z minimalizmem.

Gdy Kasia poprosiła mnie, abym opowiedziała Czytelnikom Jej bloga o początkach mojej minimalistycznej drogi, w pierwszym odruchu pomyślałam: „o, nie, znowu to samo, przecież opowiadałam tę historię już nieskończoną ilość razy”. Jednak fakt, że dzieliłam się nią ze światem wielokrotnie, nie jest jednoznaczny z tym, że i Wy ją znacie. Dałam się więc namówić.

O minimalizmie mówi się ostatnio sporo. Zauważam, że identyfikuje się z nim coraz więcej osób. Może właśnie tym ciekawsza dla początkujących będzie historia kogoś, kto zaczął tę przygodę już ponad pięć lat temu, chociaż oczywiście czas ten jest znikomy, jeśli pomyśleć, że po świecie chodzi też wielu ludzi, którzy minimalistami czują się od zawsze i nigdy tego podejścia nie musieli się uczyć, bo mają go we krwi.

W moim przypadku tak nie było. Owszem, dorastałam w domu, w którym żyło się prosto i skromnie. Jednak były to czasy PRL-u, więc gromadziliśmy wszystko, co się dało, chomikowaliśmy na wszelki wypadek. Niczego się nie wyrzucało, bo nigdy nie było wiadomo, do czego się przyda coś z pozoru zupełnie bezużytecznego. W ten sposób wyrobiłam sobie pewne nawyki – stałam się sentymentalnym chomikiem.

Gdy po studiach przez kilka lat nie mogłam znaleźć stałej pracy, bardzo zatęskniłam za tym, by móc kiedyś zacząć szaleć na zakupach, kupować ubrania, kosmetyki, urządzać własne, a nie wynajmowane mieszkanie. Niczym się nie ograniczać. Gdy wreszcie dostałam wymarzoną pracę w biurze tłumaczeń, ochoczo zabrałam się do realizowania tych marzeń i w krótkim czasie zapełniłam nasze małe mieszkanko gadżetami, sprzętami, szafy wypchałam ciuchami. Poza tym byłam też konsultantką trzech firm kosmetycznych – więc i w łazience sporo się działo.

Gromadziłam przedmioty i doświadczenia, a mój terminarz był szczelnie wypełniony różnymi zajęciami i planami. Wciąż brakowało mi czasu i sił. I pieniędzy, bo udało mi się wyhodować całkiem pokaźny debet na koncie. Czułam się coraz bardziej sfrustrowana i zagubiona. Byłam sobą rozczarowana, że nie potrafię zarządzać swoim czasem ani finansami. Wcale nie czułam się atrakcyjna ani zadbana, chociaż szafa i kosmetyczka pękały w szwach. W moim otoczeniu panował chaos i bałagan. Teraz wiem również, że tak samo działo się w mojej głowie. Kompleksy, szkodliwe nawyki, frustracje spowodowane ciągłym porównywaniem się do innych. Oddaliłam się od bliskich, całe moje życie koncentrowało się wokół pracy i zakupów. Zarabiania i wydawania pieniędzy.

Niby spełnione były wszystkie warunki, abym była zadowolona z życia – kochający mąż, dobra praca, zdrowie, życzliwi ludzie naokoło, a jednak wcale szczęśliwa nie byłam. Po omacku zaczęłam szukać jakiegoś lekarstwa na nieradzenie sobie z życiem i ze sobą. Przeglądając strony internetowe, poświęcone kwestiom organizacji przestrzeni i życia domowego, przypadkowo trafiłam na blog Amerykanina Lea Babauty, Zen Habits. Zaczęłam czytać z zafascynowaniem, chociaż prezentowane przez niego propozycje zrazu wydały mi się radykalne. Mówił: a może zamiast wymyślać systemy organizacji przedmiotów i czasu, lepiej byłoby pozbyć się nadmiaru? Uświadomiłam sobie, że to właśnie nadmiar i chaos są tym, co mnie uwiera.

Po kilku tygodniach czytania odważyłam się na pierwsze zmiany. Najpierw szafa – ale to nie było trudne, dawniej też zdarzało mi się robić w niej czystki. Nowością było, że nie poszłam zaraz na zakupy, by zapełnić opróżnione półki. Potem było znacznie trudniej – zmierzyłam się z zawartością potężnego regału z książkami. Po tym wyzwaniu poszło już o wiele łatwiej, bo pozbywając się części książek, przełamałam największe opory, to właśnie książki były zawsze moim najsłabszym punktem. Gdy nauczyłam się z nimi rozstawać, cała reszta wydała się dziecinnie łatwa. Gadżety kuchenne, kosmetyki, ozdoby, pamiątki z wakacji – stopniowo ubywało rzeczy, a przybywało przestrzeni w naszym gniazdku.

Jednocześnie sporo się uczyłam – jak komponować garderobę z mniejszej ilości ubrań, jak kupować mniej, jak oszczędzać. Co zrobić, by nie dopuszczać do powstawania nadmiaru. Jak znajdować ludzi, z którymi mogę dzielić się tym, co mi niepotrzebne, kanały dystrybucji. Zaczęłam doceniać porządek i na nowo cieszyć się prostotą. Zrozumiałam, że dobrowolne narzucanie sobie ograniczeń i dyscypliny przynosi same korzyści. Wyznaczanie sobie granic wyzwala kreatywność, uśpioną, gdy dysponuje się nieograniczonymi możliwościami.

Minimalizm coraz bardziej mnie wciągał i zachwycał. Z czasem zrozumiałam, że jego istotą nie jest walka z przedmiotami, ale nauka ich właściwego dobierania, tak, aby osiągać jak najlepsze efekty w każdej dziedzinie odpowiednią ilością i rodzajem narzędzi i środków. Przekonałam się również, że doświadczenia zdobyte w porządkowaniu przestrzeni materialnej można przełożyć na sferę ducha i umysłu, wykorzystywać w każdej dziedzinie życia, w pracy, wypoczynku, podróżach, relacjach z ludźmi.

Na samym początku tej drogi nie sądziłam, że kiedykolwiek poczuję się prawdziwą minimalistką. Z pozoru byłam całkowitym przeciwieństwem minimalizmu. Teraz myślę, że zawsze miałam upodobanie do prostoty, lecz wcześniej nie pracowałam nad nim świadomie. Na samym początku bałam się tej drogi. Na przykład tego, że pozbędę się czegoś, a potem dana rzecz okaże się potrzebna i będę żałować swojej lekkomyślnej decyzji. Nic takiego się nie wydarzyło, może dlatego, że zachowywałam sporo ostrożności w minimalizowaniu i dawałam sobie czas do namysłu w każdym budzącym wątpliwości przypadku.

Gdybym mogła przekazać wiadomość samej siebie sprzed pięciu lat, powiedziałabym: nie bój się! Minimalizm bardzo pomógł mi w rozwoju osobistym, przyspieszył go i pobudził. Skłonił do pracy nad sobą i do poznania siebie. Te parę lat temu myślałam, że powinnam być zupełnie inna niż jestem. Zmienić się. Okazało się, że zamiast na siłę przerabiać siebie i próbować być kimś innym, można wydobyć z siebie to, co najlepsze. By to zrobić, trzeba wiedzieć, kim się jest, czego się chce i potrzebuje.

Często ludzie pytają mnie, czy napotkałam na jakąś trudność w procesie upraszczania, może na przykład mam jakąś kolekcję, z której nie umiem zrezygnować. Napotykałam od czasu do czasu różne blokady emocjonalne – chociażby wspomniane porządkowanie księgozbioru było trudnym krokiem. Nie było łatwo oduczyć się zwozić niepotrzebne pamiątki z podróży (nadal czasem coś sobie przywożę, ale musi być to coś absolutnie wyjątkowego, zwykle ograniczamy się do specjałów spożywczych lub wina). W każdym przypadku dawałam sobie czas na przetrwanie tematu. Nie zmuszałam się do niczego. Nie o to chodzi, by robić cokolwiek wbrew sobie.

Do tej pory na przykład trzymam swoją suknię ślubną (a ślub braliśmy 10 lat temu). Jest nietypowa, lniana wizytowa, długa, ale nie wygląda jak ślubna. Nie noszę jej. Najpierw nie umiałam się z nią rozstać. Jest piękna i przywołuje wspomnienia. Potem próbowałam ją sprzedać, ale lato nie było dość upalne, nie było chętnych na biały len. Postanowiłam wreszcie, że oddam ją do przeróbki, skrócę i dopasuję do figury, by nadawała się na letnie eleganckie wyjścia o mniej formalnym charakterze. Cieszę się, że nie zmuszałam się do pozbycia się jej za wszelką cenę, w imię jakiegoś źle pojmowanego minimalizowania.

Nie bójcie się minimalizmu, jeśli Was pociąga, przekonacie się na własnej skórze, że to najlepsza przygoda, jaka może się Wam przydarzyć. Cóż może być lepszego od poznania siebie i nauczenia się najlepszego wykorzystania swojego potencjału?

Dziękuję Ani za ten inspirujący tekst i zgodę na umieszczenie należącego do niej zdjęcia.

Przeczytaj także

  • Mój tata mówi, że jestem złote dziecko do wyrzucania, po mamusi to mam:)
    Nie lubię talerzyków, filiżanek nie od kompletu. W czasie porządków zbił mi się jeden pucharek do lodów i nie mogę przeboleć, że nie ma całej 6-stki, ale do minimalistki dużo mi brakuje. Zabieram się do tego tematu jak pies do jeża. Pora chyba ogarnąć swoją życiową przestrzeń, ale na razie brak motywacji:(

    • Myślę, że jak już zaczniesz, to ogarnie Cię „szał”. Rzeczywiście najtrudniej zacząć, ale potem – jak widzi się, że odgruzowywanie ma sens – chce się mieć jak najmniej.

      • Pora zacząć wietrzyć głowę i przygotować się na przyjście minimalizmu:)

        • Trzymam kciuki! Daj znać, jak Ci idzie :)

  • Anna Mularczyk-Meyer

    Kasiu, to ja dziękuję za zaproszenie. Bardzo lubię Twojego bloga, cieszę się, że mogłam do niego dołożyć swoją cegiełkę.

    • Takie cegiełki to sama przyjemność :) A poza tym, ja też przerobiłam moją suknię ślubną i noszę ją na obiady rocznicowe :)

  • Fajny tekst, świetny gość. Ja się ostatnio mierzyłam z „Minimalizmem po polsku”. Dobra, inspirująca książka na początek spotkania z minimalizmem.

    • Ja jestem w trakcie czytania… najchętniej pochłonęłabym całość od razu, ale jak tylko zaczynam, to zaraz ktoś wola, żeby się bawić ;)

  • Wtyka

    Ja właśnie nie mogę siebie określić. Nie jestem zakupoholikiem, unikam kupowania jak ogień. Nie mam nawet swojego ostrego noża i miski. Trochę doskwierają mi braki w garderobie i wyglądam jak uboga krewna. Większość moich ubrań jest po rodzinie, znajomych. Nie potrafie kupować. Ostatnio bardzo bardzo podobał mi się pewien sweter. Nosiłam się z zakupem tydzień. W końcu kupiłam. Ale po dwóch dniach oddałam bo miałam wyrzuty sumienia wydanych pieniędzy. To już skąpstwo ? Nie jestem biedna.

    • Dotknęłaś ciekawego problemu, bo przecież zakupy to też sztuka… Nie wiem, czy to skąpstwo, może raczej przez te odziedziczone ciuchy nie znalazłaś jeszcze swojego stylu? Polecam blog Ubieraj się klasycznie, na początek powinno pomóc zrozumieć co i jak :)