Minimalizm

Coś za coś, czyli pierwsza porażka na drodze do minimalizmu

25/10/2014

Rzecz będzie o talerzach.

Na pierwszą parapetówkę dostaliśmy od teściów piękne talerze. Naprawdę mi się podobały, kwadratowe w liściasty wzór. Z biegiem czasu okazały się tak niepraktyczne, że za każdym razem, jak wyciągam je z szafki coś mnie trafia. Są nieporęczne i ciężkie, do tego stopnia, że z całego kompletu zostały tylko dwa do zupy, a reszta – talerzyki małe i duże – też jest niestety zdekompletowana. Bo trudno się je myje. Raz B. zbił przy jednym myciu dwa i w tajemnicy przede mną pojechał kupić takie same na sztuki. Niestety, nie przewidział, że będą różniły się wielkością (i to znacznie), a całą jego tajemnicę zdemaskuję w 5 minut ;) Tym sposobem mamy wszystkie talerze z innej parafii.
W tym roku powiedziałam – dość. Kupujemy nowy komplet talerzy. Zwykłych, lekkich, białych, okrągłych. Zgodnie ze złotą zasadą minimalizmu jeśli kupujesz coś nowego, musisz się pozbyć starego. Lub też inaczej – „one in, one out”. No ale jak tu pozbyć się prezentów od rodziców męża, żeby nie zranić jego uczuć?
Rozmawialiśmy o tym z B. On nie chce nikomu ich oddawać. Jestem zmuszona to uszanować. Tylko czy to oznacza, że mogę zapomnieć o nowych talerzach?
Zdecydowaliśmy, że kupimy nowe talerze na rocznicę naszego poznania. Stare na razie wylądują na najwyższej półce (na szczęście, mamy tyle miejsca w kuchni). To chyba pierwsza nasza taka „spektakularna” porażka na drodze do minimalizmu. Myślę jednak, że z czasem nasze piękne talerze w liście znajdą nowy dom, tak jak stało się to z innymi przedmiotami tak „otoczonymi opieką” przez mojego męża: musimy tylko wziąć udział w kolejnej wyprzedaży garażowej ;)

Przeczytaj także